Góry Strażowskie i Mała Fatra - majówka bez tłumów

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4261
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Góry Strażowskie i Mała Fatra - majówka bez tłumów

Postautor: Pudelek » 11-05-2018 10:57

Góry Strażowskie (Strážovské vrchy) na majówkę - oto co wymyśliłem w tym roku. Tradycyjnie miała być Słowacja, więc tym razem wybrałem pasmo położone w jej zachodniej części. Dlaczego?

Powinienem napisać, że po pierwsze dlatego, iż tam jeszcze nie byłem, lecz byłaby to nieprawda: kilka lat temu podczas pobytu nad jednym z okolicznych zbiorników wodnych wyskoczyłem na pobliski szczyt. Trudno to jednak nazwać dokładnym zwiedzaniem, więc nadal te góry były dla mnie terenem do odkrycia.

Po drugie bardzo podoba mi się ich charakter - są niemal w całości zalesione, natomiast wiele szczytów to doskonałe punkty widokowe.
Obrazek

Po trzecie liczyłem, iż znowu nie będzie w nich zbyt tłoczno - oczywiście nie zakładałem niemal kompletnego braku turystów jak rok temu w Wołowskich albo jeszcze wcześniej w Weporskich, ale wiedziałem, że zalew z Polski nam nie grozi.

Po czwarte - w ten rejon mogliśmy w miarę sprawnie dotrzeć komunikacją publiczną także w polski dzień świąteczny.

Cały wyjazd zaczął się jednak od ataku licha - to stara świecka tradycja. Pojawiam się rano na dworcu i czekam grzecznie na pociąg pospieszny do Katowic. Na wyświetlaczu wszystko było w porządku i gdzieś minutę przed planowanym odjazdem facet stojący obok mówi patrząc w swój smartfon:
- K...a, on jeszcze nie wyjechał z Wrocławia!
Zaraz potem pojawiła się informacja o opóźnieniu... 50 minut!

Po peronie przetoczyły się bluzgi. Obsługa dworca od dawna wiedziała, że pociąg jest w czarnej d..e, ale nie raczyła nas o tym poinformować, uniemożliwiając wielu osobom skorzystania z wolniejszych, ale punktualnych połączeń osobowych. Ta instytucja jest niereformowalna, chyba tylko zaorać i zasadzić od nowa!

Dwoma pociągami regio pędzę do celu nerwowo zaglądając na zegarek. W Gliwicach... dościga mnie mój pośpiech! W Katowicach mam ponad godzinę spóźnienia, co jeszcze nie jest tragedią, ale... Spotykam się z Agą i Maxem, którzy pierwszy raz jadą na taką wyprawę. Jeśli chodzi o tegoroczny skład to, cytując klasyka: zmiany, zmiany, zmiany.

Ciasnym i syfiatem busem "bratniej" firmy transportujemy się w zaduchu do Cieszyna, gdzie chwilę wcześniej dotarła Neska. Jesteśmy w komplecie :). Przy okazji możemy obejrzeć świeżo wyremontowany c.k. dworzec z... bezpłatnymi toaletami! Można?
Obrazek

Na czeską stronę musimy przejść z buta. Z racji 3 maja wali tam prawdziwy polskojęzyczny tłum: na ulicach gęsto od ludzi, Czechów praktycznie nie widać, jakby chowali się przed stonką. To samo w markecie, w którym można zrobić zakupy, gdyż po drugiej stronie Olzy wszystkie zamknięte. Dopiero na czeskocieszyńskim banhofie zrobiło się luźniej.

Express do Żyliny także ma lekkie opóźnienie. Czekamy obserwując nieodległy Beskid Śląsko-Morawski - tam pewnie też będzie tłoczno.
Obrazek

Do Żyliny docieramy w niecałą godzinę za śmiesznie niską stawkę jak na międzynarodowe połączenia. Na dzień dobry ucieka nam pierwsza przesiadka, więc mamy trochę czasu, który wykorzystujemy w znanej mi dworcowej spelunce ;).
Obrazek

Kolejny etap pokonujemy osobówką. Stare wagony przedziałowe posiadają charakterystyczne oparcia do których człowiek od razu się przylepia, co bardzo nie podoba się dziewczynom ;). Mnie to tam zwisa, zwłaszcza, że za oknem mijają malutkie stacyjki, a w tle Jaworniki, a potem Białe Karpaty.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Fotogeniczny zbiornik Nosice na Wagu z zabudową uzdrowiska.
Obrazek

W Ilavie (niem. Illau, węg. Illava) mamy niecałe dziesięć minut na następną przesiadkę, a tymczasem gdzieś znów łapiemy kilka minut opóźnienia. Pojawia się nerwówka czy zdążymy? Daliśmy radę, bowiem przystanek autobusowy zlokalizowano prawie pod dworcem... Choć Ilava to miasto powiatowe, to okolica kolejowa przypomina raczej wieś, nie licząc dawnego zamku, który obecnie służy jako więzienie. Warunki chyba mają tam ciężkie...
Obrazek

Autobus zawozi nas do Hornej Poruby (Oberporub, Felsőtölgyes), położonej w dolinie otoczonej Strážovskimi.

Na dworze upał, temperatury letnie. To miał być najcieplejszy dzień wyjazdu. Prognozy zapowiadały też wieczorne burze. Potwierdzili to Czesi w swojej telewizji, na którą zerknąłem w Czeskim Cieszynie: mocne wyładowania i gwałtowne opady do 30 mm na metr kwadratowy. Co prawda miały one przechodzić raczej na zachód od nas, ale w górskim rejonie wszystko szybko się zmienia. Z tego powodu Neska proponuje, aby od razu zarzucić plecaki i ruszyć na szczyt wyprzedzając zmianę pogody. Wysiedliśmy jednak przy dwóch knajpach i grzechem byłoby nie wstąpić na coś zimnego. Liczyliśmy też na coś do jedzenia, ale to jednak nie ta kategoria...
Obrazek

Około 17.30 zaczynamy wędrówkę. Najpierw przez wioskę.
Obrazek

Nasz dzisiejszy cel już widać - Vápeč, mierzący całe 956 metrów. Kompleks wapiennych skałek wychylających się z lasu.
Obrazek

Strážovské vrchy mają taki "urok", że odległości do przejścia są tu często krótkie, ale przy dużych zmianach wysokości. Na szczyt w linii prostej ledwie ze 2 kilometry, niebieskim szlakiem nieco więcej, ale za to ponad 500 metrów podejścia. To widać i czuć na naszych plecach.
Obrazek

Po minięciu ostatnich zabudowań zaczynają się polanki - przynajmniej według mapy, bo w rzeczywistości wyglądają one tak:
Obrazek

Ścieżka robi się coraz bardziej stroma. Dziewczyny zostają z tyłu, zwłaszcza na Agę trzeba uważać, ale po początkowym kryzysie daje sobie radę. Po wejściu na teren rezerwatu przyrody nachylenie jeszcze bardziej się zwiększa...
Obrazek

Pocieszamy się, że to już rzut beretem. Na osłodę pojawiają się pierwsze widoczki.
Obrazek

A szczyt rzeczywiście tuż przed nami.
Obrazek

Bajka!
Obrazek
Obrazek

Na przełęczy Palúch zostawiamy plecaki. Max z Agą mają początkowo pewne obawy, ale uspokajam ich, że mało prawdopodobne, aby przechodzili tędy jacyś inni wędrowcy, a jeszcze mniej, żeby ktoś się połakomił na cztery ciężkie toboły.
Bez obciążenia na najwyższy punkt skał docieramy w kilka minut.
Obrazek

Vápeč jest świetnym punktem widokowym, panorama nie jest ograniczona z żadnej strony!

Najpierw spoglądam w kierunku południowo-zachodnim. W dolne zabudowania Hornej Poruby, z której wyszliśmy. W środku podłużne ramię szczytów Peršová i Baske, pod którymi leży Dolná Poruba. Horyzont zamyka Inovec (oddalony o 28 kilometrów), najwyższa góra kolejnego pasma jakim są Góry Inowieckie (Považský Inovec).
Obrazek

Na zachodzie słońce szykuje się już do ukrycia. Ciągnąca się w dolinie Porubá, szeroka dolina Wagu oraz graniczne Białe Karpaty z dość słabo zarysowanymi kolejnymi szczytami.
Obrazek

Na północ widać niższe partie Strážovskich, Białe Karpaty i zakryte w większości chmurami Jaworniki.
Obrazek

Ogólnie to w tamtych rejonach zaczyna się robić ciemnawo... W kierunku wschodnim dominuje Strážov (10 kilometrów w linii prostej od nas), na który pójdziemy jutro. Podobnie jak Vápeč jest to zgrupowanie skał wystające nad zalesioną okolicą.
Obrazek

Wszyscy szykują się już na spektakl kończącego się dnia. Aparaty w gotowości!
Obrazek

No dobra, chwila przerwy na grupówkę pod krzyżem ;). Plus sesje indywidualne.
Obrazek
Obrazek

Zaczyna się...
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dziura w chmurach.
Obrazek

Ostatnie chwile...
Obrazek
Obrazek

I zaszło. Jednocześnie północ nabiera coraz ciemniejszych barw, słychać także gniewne pomruki. Zapowiadana burza postanowiła jednak się pojawić, lecz wiatr wieje w taki sposób, że raczej nas minie.
Obrazek
Obrazek

Towarzystwo postanawia jak najszybciej zejść i udać się na miejsce noclegowe. Plecaki stoją spokojnie na przełęczy, więc wkrótce ruszamy w dół. W lesie szybko znikają resztki dnia i konieczne stają się czołówki.

Do przejścia mamy niewiele, ale czas się dłuży, tym bardziej, iż granice rezerwatu pomyliliśmy z parkiem krajobrazowym. Co jakiś czas niebo przeszywają błyski, ale to nadal dość daleko od nas.

W końcu trafiamy na polanę Srvátkova lúka, gdzie znajduje się leśne pole biwakowe. Szeroka łąka, zadaszona wiata i miejsce na ognisko. Brakuje tylko wody i wychodka (a przynajmniej takowego nie widzieliśmy).

Mamy pewne problemy z rozstawieniem namiotu Neski, bo to jego terenowy debiut, a wiadomo jak to jest z tymi dziewicami... Ostatecznie walka z kijkami kończy się sukcesem i można rozpalić ogień
Obrazek

Na kolację są wuszty, kartofle i pieczarki, a także zapiekanki "z kamienia". Z drewnem nie problemu, pełno go w okolicy, w dodatku jest suche, więc pali się znakomicie. Z racji konieczności odciążenia plecaków w ruch idą też różne napitki :D.
Obrazek

Sobotni poranek jest bardzo ciepły, a budzimy się tak długo, że niepostrzeżenie przechodzi w przedpołudnie.
Obrazek

Na śniadanie znów wędzimy się przy ognisku, co również jest majówkową tradycją. Potem pora wreszcie się spakować i opuścić sympatyczną miejscówkę.
Obrazek
Obrazek

Większość dzisiejszego odcinka to kilkanaście kilometrów czerwoną Cestą hrdinov SNP - najdłuższym słowackim szlakiem ciągnącym się przez całe państwo. Wielokrotnie pokonywałem różne jego fragmenty, ale całości chyba nie dałbym rady na raz, bowiem liczy on ponad 700 kilometrów (razem z Štefánikovą magistrálą).
Obrazek

Pierwsze półtorej godziny nie obfituje w nadzwyczajnie ciekawe miejsca: przechodzimy obok jakiejś zamkniętej chatki, a oprócz tego las i las. Natomiast jest w miarę płasko, bowiem wszystkie górki trawersujemy, zatem łykamy odległość dość szybko.
Obrazek

Temperatura rośnie w górę i zaczyna ubywać wody. Niby są jakieś strumyczki, ale albo wyschnięte albo niezbyt czyste.

W pewnym momencie zaczyna się odkryty teren z zabudowaniami - niewielki przysiółek Lapšovci. Ładnie położony, ale mieszkać bym tu nie chciał.
Obrazek
Obrazek

Przechodząc nad potokiem widzimy w dole Maxa, który tak popędził do przodu, iż spodziewaliśmy się, że spotkamy go dopiero w najbliższej wiosce siedzącego na piwie. Ten tymczasem postanowił urządzić sobie kąpiel, z czego (prawie) wszyscy także korzystamy :).
Obrazek

W słońcu wszystko szybko schnie, ale po ruszeniu w dalszą drogę człowiek znowu się poci, zwłaszcza, że mamy trochę krótkiego podejścia.
Obrazek
Obrazek

Na niewielkiej przełęczy chwilowy postój, po którym okazuje się, iż... nie mam kapelusza! Jeszcze chwilę wcześniej nosiłem go na głowie, potem ściągnąłem i zniknął :(!
Obrazek

Pozostało nam zejście w dół do kolejnej doliny. Szlak jest tu słabo oznaczony, czasem wręcz znaczków nie ma wcale! Idziemy na wyczucie, miejscami jako ścieżka służy kawałek zaoranego pola.
Obrazek

Z boku wyrastają poszarpane grzbiety, na które będziemy wspinać się za jakiś czas. Nie ma dnia bez "ściany płaczu". Podejście musi być ostre, bo w końcu to sam Strážov.
Obrazek
Obrazek

Po prawej ładny wąwozik z drogą asfaltową.
Obrazek

Plan majówki ułożyłem taki, aby każdego dnia mieć na trasie co najmniej jedną miejscowość, w której można sobie usiąść w knajpie i/lub uzupełnić zapasy. Dzisiaj przechodzimy przez Zliechov (niem. Glashütte, węg. Zsolt), wioskę w całości otoczoną górami.

Spotykamy jegomościa, który kombinuje coś z ogrodzeniem przy szlaku. Próbuję wypytać się o "atrakcje" Zliechova, ale mamy pecha, bowiem trafiamy na pijanego jąkałę. Co prawda potwierdził, że mają tu sklep i restaurację, lecz godziny otwarcia mu się mieszały.

Pierwsze zabudowania wioski wyglądają bardzo biednie... Sypiące się chałupy, cygańskie domki, wreszcie gospodarstwo z wynędzniałymi owcami, a Aga stwierdziła, że widziała wśród nich także dwie martwe.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Tablica z poprzedniego systemu.
Obrazek

Centrum Zliechova: skrzyżowanie, przystanek i kościół św. Wawrzyńca, pierwotnie gotycki.
Obrazek

Pomnik Poległych - mężczyźni w austriackich mundurach.
Obrazek

Biegające dzieciaki wybijają nas z błędu: nie ma tu restauracji, co najwyżej knajpka. No cóż, lepsze to niż nic.
Obrazek

W środku chłodek i milcząca grupa stałych bywalców zaskoczona widokiem obcych. Facet, który przyjechał na motocyklu, wybija szybkim haustem piwo i poprawia kielonkiem. Widać, że odpowiedzialny człowiek, w końcu mógł się uwalić do nieprzytomności.

Sklep, otwarty do 17-tej, położony jest po drugiej stronie ulicy, zatem udaje nam się zrobić zakupy.
Obrazek

Siedzi się przyjemnie, ale niektórzy sugerują, że można podążać dalej, zwłaszcza, iż na zewnątrz niepokojąco gromadzą się ciemniejsze chmury właśnie tam, gdzie mamy iść.
Obrazek

Przed wyjściem napełniamy jeszcze butelki wodą - chcieliśmy kranówę z kibla, ale pani z obsługi sama zaproponowała swój kranik na zapleczu :).

No więc komu w drogę, temu...