Na urlop, w stronę Dunaju, w stronę Karpat, w stronę Morza Czarnego.

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Dolnoślązak
bardzo stary wyga
Posty: 2209
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Na urlop, w stronę Dunaju, w stronę Karpat, w stronę Morza Czarnego.

Postautor: Dolnoślązak » 13-11-2021 18:12

Boczne położenie oznacza również brak asfaltu, choć z jednej strony został on doprowadzony do... tabliczki unijnej!

Na więcej unia widać nie dała :P

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4984
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Na urlop, w stronę Dunaju, w stronę Karpat, w stronę Morza Czarnego.

Postautor: buba1 » 13-11-2021 20:50

Pudelek pisze:[ Co ty robiłaś na tym rondzie? :>



Jak to co? Siku! :lol: I myslalam, ze to byl moj autorski pomysl ;) (bo wczesniej chyba pol godziny szukalam kibla w tym miescie, w knajpach nawet za 5 dolarow nie chcieli mnie do kibla wpuscic - a bylo to kilkanascie lat temu) Na rondzie tuje byly tak niskie, ze nawet na kucaka wystawala mi glowa i musialam ją tak z lekka krzywo trzymac - no a potem sie okazało, ze nie ja pierwsza w Kluz Napoce kibla znalezc nie moglam ;) No i po prostu to miasto zawsze bedzie mi sie kojarzyc z owym rondem :D

na Dolnym Śląsku to raczej kościoły się rozpadają :P


No teraz powoli juz tak czas dziala. Ale widac 70 lat temu tereny te byly europejskimi prekursorami w nowoczesnosci - swiatynie zostaly zamkniete, nie pelnily funkcji sakralnych a czesto pelnily pozyteczne funkcje w stylu pijalnia wódy albo skład zboża??? :P

choć mołdawscy Rosjanie pewno twierdzą inaczej


Twierdzą inaczej ale rumunski paszport w szufladzie nie zawadzi ;)

jest tam trochę ciasnych pomieszczeń, a i jednak mamy świadomość, że nie jesteśmy na otwartej przestrzeni, tylko zamknięci


Ciekawe czy takim osobom w innych zamknietych pomieszczeniach tez sie to ujawnia strachem, np. w mieszkaniu, w sklepie, w tramwaju itp. To tez nie otwarta przestrzen.
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4261
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Na urlop, w stronę Dunaju, w stronę Karpat, w stronę Morza Czarnego.

Postautor: Pudelek » 03-12-2021 19:17

Braszów to południowo-wschodnie obrzeża Siedmiogrodu. Za nim zaczynają się wyższe góry, nad którymi niebo przybrało bardzo niepokojące barwy. Ewidentnie pogoda tam dokazuje.
Obrazek
Obrazek

Miasto mijamy obwodnicą (zwiedziłem je dokładnie podczas pierwszej wizyty w Rumunii) i wjeżdżamy na nieszczęsną drogę numer 1, prowadzącą na południe. Deszcz nas nie dopadnie, bo skupił się na innych. Szybko jednak powstał korek, w którym minęliśmy przełęcz Predeal (1033 metry n.p.m., oddziela Karpaty Południowe od Karpat Wschodnich) oraz granicę dwóch okręgów, a jednocześnie Transylwanii i Wołoszczyzny.
Obrazek

Zator wykorzystują sprzedawcy rozmaitych darów lasu (elegancko zapakowanych w koszyczkach), chętni mogą się także zaopatrzyć na licznych stanowiskach na poboczu.
Obrazek

Sądziłem, że korek spowodowany jest przejazdem przez popularne ośrodki wypoczynkowe, takie jak Bușteni, ale to tylko połowa prawdy...
Obrazek

Niedawno przeszła tędy nawałnica, widziana przez nas z daleka przed Braszowem. Potoki wody zrywały chodniki, zalewały i niszczyły domy, nawiozły masę błota. Trwa wielkie sprzątanie, drogę tarasuje ciężki sprzęt, wozy strażackie i policyjne, przemieszczają się funkcjonariusze. Zdjęcia robiłem w czasie jazdy, są wyraźnie niewyraźne.
Obrazek

Wszystko się zmienia, gdy z Karpat zjeżdżamy na Nizinę Wołoską. Nie dość, że zrobiło się płasko (co oczywiste), to również chmury zostają z tyłu, podnosi się temperatura i nie ma śladu po opadach.
Obrazek

Nocleg zaplanowałem na rogatkach Ploeszti (Ploiești). Peryferyjna dzielnica, bliska obwodnicy, a daleka od centrum, w którym i tak nie ma zbyt wielu zabytków (zostały zniszczone podczas bombardowań alianckich w czasie ostatniej wojny). Wszystko po to, aby znowu wieczorem nie kusiło człowieka na zwiedzanie i łażenie z aparatem: tylko przyjazd, kolacja i odpoczynek przy piwku albo innym napitku.
Po dotarciu do Ploeszti pojawia się problem: czytałem, że do naszego pensjonatu ciężko trafić, ale nie sądziłem, że aż tak! Pensjonat położony jest w bocznej uliczce, lecz przy głównej szosie brak tabliczek. Może będzie jakiś szyld, aby turyści wiedzieli, gdzie skręcić? Ależ skąd, szyldów co prawda wisi sporo, ale z innych przybytków! Krążę tam i z powrotem, wreszcie staję w zatoczce i odpalam GPS-a. Okazuje się, że do celu mam w linii prostej kilkaset metrów. Należało skręcić w jedną z ulic i... przejechać pod słupem wysokiego napięcia :D.
Obrazek

Pensiunea Casa Simoni prezentuje się kiczowato: pastelowe kolory, szumiąca fontanna udająca antyczną, sztuczne marmury, trawa z rolki. Imitacja luksusu i wysokiego poziomu. Kobieta z recepcji (wiek pięćdziesiąt plus) czeka już cała w nerwach: jesteśmy ostatnimi klientami, choć według informacji na ich stronie przyjmują na nocleg aż do północy (a jest ledwo siódma). No, ale ona już wyszykowana, odpicowana, wyperfumowana, a jej men gazuje w wystrzałowym samochodzie, więc pewnie wybierają się na coś bardzo ważnego. Baba nawet nie próbuje silić się na trochę uprzejmości, spieszy jej się strasznie, choć znajduje chwilkę czasu na rozmowę po włosku z innym nocującym. Tak, po włosku, gdyż to pewnie Włoszka - na taką wygląda, tak się zachowuje (a konkretnie jak stereotyp Włoszki), a po rumuńsku szprecha z obcym akcentem. Na pytanie:
- Można tu w pobliżu coś zjeść?
Przewraca oczami i rzuca:
- Tam dalej jest włoska restauracja.
- A coś z rumuńską kuchnią?
Przewraca oczami jeszcze bardziej i z głupim uśmiechem tłumaczy po italiańsku temu lepszemu klientowi, jakie to paskudztwa jedzą Rumuni.
Sam pokój był w porządku, choć sprawiał zimne wrażenie (wszędzie kafelki, dziwne, że łóżka nie wykafelkowali), więc za niego obiekt dostanie czwórkę, za wygląd słaby dostateczny, a za obsługę pałę!

Z braku innych opcji musimy skorzystać z włoskiej knajpy. Na szczęście mają także rumuńskie jedzenie, więc zamawiam kotlet "po segesvardzku" (czy jakoś tak), a Teresa makaron z owocami morza (Rumunia ma dostęp do morza, więc można na upartego uznać, iż to miejscowa potrawa :D).
Obrazek

Kolejny dzień - czwartek - ma być najtrudniejszy logistycznie z całego wyjazdu. Musimy przejechać z Ploeszti do środkowej części bułgarskiego wybrzeża. Odległość nie jest może przerażająca (niecałe pięćset kilometrów), ale po drodze może zdarzyć się wiele przypadków, które nas spowolnią albo zatrzymają, a jeszcze trzeba liczyć się z tym, że na miejscu będziemy musieli szukać noclegu. W takiej sytuacji planowałem wczesny wyjazd i nawet udało się wcześnie wstać, lecz potem zaczęły się schody, gdyż chciałem jeszcze odwiedzić jakiś kantor. Znalazłem ich na mapie Ploeszti kilka, jednak żaden jeszcze nie działał, nawet w pobliskim centrum handlowym (które otwierało się dopiero o dziesiątej!). Postanowiłem zatem chociaż zrobić zakupy i przy okazji popodziwiać piękną architekturę peryferyjnych dzielnic miasta, będącego na dziewiątym miejscu w kraju pod względem liczby mieszkańców.
Obrazek

Grille przy Kauflandzie to świetne miejsce, aby za dosłownie parę lei smacznie i szybko zjeść. Wiedzą to rumuńscy kierowcy, wiemy teraz i my! Tutejsze mici smakowały nawet lepiej niż w restauracjach.
Obrazek

Po zakupach i śniadaniu poszło już wszystko sprawnie, bo w kierunku Bukaresztu prowadzi stosunkowo nowa autostrada.
Obrazek

Gorzej z "obwodnicą" stolicy. Celowo piszę w cudzysłowie, gdyż jako żywo przypomina mi "obwodnicę" Opola - zwykła droga, tylko częściowo dwupasmowa, zwykłe kolizyjne skrzyżowania, częste światła i nieustanne korki. Sprawdziłem sobie wcześniej, który odcinek zwykle się zatyka i wymyśliłem, jak minąć go czwartorzędnymi drogami.
Na szczęście godzina była jeszcze na tyle wczesna, że korek do skrętu był niezbyt długi, a podczas oczekiwania mogłem podziwiać m.in. chińskie centrum handlowe z dojazdem zatarasowanym kamieniami.
Obrazek

Boczne szosy okazały się bardzo przyjemne i mało tłoczne. Dodatkowym plusem była okazja zajrzenia do monasteru Pasărea. To żeński klasztor zbudowany na początku XIX wieku nad brzegiem rzeki.
Obrazek

Po wyjściu z auta w końcu czuję, że mamy lato - do tej pory temperatury w ciągu dnia miały z przodu dwójkę, teraz pojawia się trójka i zrobiło się upalnie.
I taka mała ciekawostka - w ogrodzie stoi samochód z nalepką R. Takim symbolem posługiwała się Rumunia do 1981 roku, obecnie mają RO.
Obrazek

Mniszki nie patrzą na mnie zbyt przyjaźnie (czyżbym nie przypominał prawosławnego pątnika?), więc tylko wpadam do głównej cerkwi na jedno zdjęcie i się wynoszę.
Obrazek
Obrazek

Po kilkunastu kilometrach wkraczamy na autobanę A2. "Autostrada Soarelui" czyli "Autostrada Słońca" jest jedyną w pełni ukończoną w kraju. Posiada przyzwoitą nawierzchnię i panuje na niej ruch raczej umiarkowany, pomijając weekendy, kiedy to cały rumuński naród gremialnie udaje się nad morze.
Obrazek

Otaczający ją krajobraz jest dość monotonny, więc łatwo się znudzić. Lepiej jednak nie przegapić zjazdów, gdyż tych jest niewiele i potrafią być od siebie oddalone nawet o czterdzieści kilometrów. Stacji oraz parkingów także nie ma zbyt dużo i można w tamtejszych toaletach spotkać ponurych drabów-tirowców, którzy w momencie nagłego parcia na mycie rąk są w stanie człowieka stratować.
Obrazek

Punktem newralgicznym jest pobór opłat w Fetești. W weekendy potrafią się tu tworzyć wielokilometrowe korki (zwłaszcza, że na tradycyjne płatności przeznaczono aż jedną bramkę), teraz na szczęście wszystko idzie sprawnie i nawet pewna kobieta jadąca pod prąd nie psuje tego obrazu.
Obrazek

Za samochód osobowy musimy zapłacić 13 lei - to opłata za przejazd mostami nad Dunajami. Tak, Dunajami, gdyż w tym miejscu Dunaj rozdziela się na dwa ramiona, a pomiędzy nimi znajduje się ogromna, niezamieszkała wyspa. Ogólnie mostów widzimy tu sporo - najstarsze pamiętają końcówkę 19. stulecia, są też takie z czasów komuny i późniejsze; drogowe i kolejowe.
Obrazek
Obrazek

Wschodnie ramię Dunaju - granica pomiędzy Wołoszczyzną, a Dobrudżą. W tej drugiej jeszcze nie byłem, debiut! Aaa, i wreszcie dotarliśmy na Bałkany!
Obrazek

Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów mija przyjemnie, gdyż zmienił się krajobraz na bardziej zielony i bardziej pofałdowany.
Obrazek

W całkiem niezłym czasie osiągamy Konstancę (Constanța). Największy port Rumunii (tych zresztą nie ma ona zbyt wiele), największy port Morza Czarnego i jeden z największych w Europie. Przedmieścia nie wyglądają zbyt zachęcająco (udało mi się skorzystać z oferty kantoru, którego dojrzałem przy drodze), lecz wkrótce widzę rzędy żurawi portowych i niebieską taflę odbijającą słońce.
Obrazek
Obrazek

Morze, skryte za falochronem. Ogarnia mnie wewnętrzna radość, choć przecież widzę je nie pierwszy raz ;). I tylko zapach taki mało morski, bo śmierdzi smołą.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Planowałem zrobić w Konstancy przerwę i rozejrzeć się trochę po mieście. Niestety - ogromny parking przy porcie oraz wszystkie inne w okolicy są płatne, a zapłacić można jedynie poprzez smsa. Do tego jednak muszę posiadać rumuńską kartę SIM, a - jak łatwo się domyślić - takiej nie mam. To od pewnego czasu norma, że turysta ma problemy z parkowaniem, bo tradycyjne parkometry zostały zlikwidowane jako przestarzałe. Nowoczesność... Na domiar złego symbol Konstancy - słynne kasyno - akurat przechodzi remont, więc wygląda tak:
Obrazek

Nie będę ryzykował parkowania darmowego, więc ograniczam się do kilku zdjęć w pobliżu parkingu.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Zajeżdżam jeszcze na chwilkę do przystani dla żaglówek. Stąd odpływają także statki wycieczkowe, więc panuje tam typowy nadmorski harmider i gwar.
Obrazek

Nad pasem drzew góruje minaret meczetu sprzed stu lat. Muzułmanów żyje w Rumunii kilkadziesiąt tysięcy - to niewielka mniejszość - lecz najwięcej właśnie w Dobrudży. Przeważnie są to Turcy albo Tatarzy.
Obrazek
Obrazek

Gdyby ktoś chciał dostać udaru słonecznego, to przygotowano dla niego specjalne takie miejsce:
Obrazek

Po zbyt krótkiej wizycie opuszczamy Konstancę i kierujemy do granicy z Bułgarią.

Rumuńska linia brzegowa liczy ponad dwieście kilometrów, ale większość to niezagospodarowany teren Delty Dunaju. Dla masowej turystyki nadaje się tylko południowy odcinek - nieco ponad pięćdziesiąt kilometrów. W takiej sytuacji z tej przestrzeni starano się wycisnąć ile się da - tutejsze "kurorty", intensywnie tworzone za komuny i po jej upadku, są opisywane jako miejsca straszne, więc nawet nie próbuję do nich zaglądać. Spokojnie jadę główną drogą, wypatrując czegoś ciekawego - na przykład samolotu na rondzie (a w budynku w tle mieści się siedziba związku Turków w Rumunii).
Obrazek

Z rzadka między drzewami pojawiają się hotele albo dmuchane place zabaw.
Obrazek
Obrazek

Ciut większą uwagę poświęcam Mangalii - z mostu mam ładny widok na jezioro lub dawne koryto rzeki.
Obrazek
Obrazek

Zarośnięte tory łączą port z dworcem w centrum miasta.
Obrazek
Obrazek

Mangalia to również baza marynarki wojennej - stacjonują w niej korwety. Na zdjęciach widać kilka z nich - po lewej F-264 "Contraamiral Eustațiu Sebastian", rodzima konstrukcja z 1988 roku. Generalnie to rumuńska flota potęgą nie jest...
Obrazek
Obrazek

Gigantyczne zabudowania stoczniowe w sąsiedniej miejscowości 2 Mai (dziwaczna nazwa, ale upamiętnia zamach stanu z 1864 roku).
Obrazek

Za Maiem jest jeszcze wioska Vama Veche i zaraz potem granica.
Obrazek