Śladem spomeników

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 01-09-2024 13:11

Najszybsza droga z Węgier do Serbii prowadzi przez... Chorwację. Taki mamy klimat, że kolejki na granicy węgiersko-serbskiej potrafią przyjąć rozmiary niewidziane w cywilizowanych krajach. Oczywiście można wybrać przejścia mniej popularne, ale na każdym jest to loteria, zwłaszcza w weekend. Postanowiłem zatem skorzystać ze sposobu już kiedyś wypróbowanego i opuścić EU innym pograniczem.

Z racji wielu kilometrów nie zakładałem żadnych dłuższych postojów tego dnia, pomijając siku i zakupy. Na Słowacji, podobnie jak rok temu, wszystkie toalety na autostradzie D1 zostały zamienione w toj-toje. Teraz już wiem czemu premier Fico mówił, że Słowacy mają gorzej niż Ukraińcy. Potem gdzieś na pustkowiu drogę przebiegł nam... czarny bóbr! Tego jeszcze nie widziałem: jedzie sobie człowiek spokojnie, a tu nagle z prawej do lewej pędzi zwierzak z charakterystycznym płaskim ogonem! Co ciekawe, w pobliżu nie dostrzegłem żadnych cieków ani zbiorników wodnych. Czyżby to był jakiś znak na rozpoczęcie wyjazdu?

Na Węgrzech także doszło do wiekopomnego wydarzenia, bowiem po raz pierwszy skorzystałem z kibelka w madziarskim Orlenie. Do tego akurat doskonale się nadaje. Autostrady zaskoczyły brakiem zatorów (nawet na M1 do Budapesztu), a M6 na południe tradycyjnie była pusta. Może to też skutek niedzieli, gdyż po raz pierwszy wyruszyliśmy na urlop w dzień święty. Od pewnego momentu Węgrzy stali się na autobanie mniejszością, dominowały śniade oraz słowiańskojęzyczne rodziny w samochodach z literkami D: niemiecka międzynarodówka wracała do ojczyzn.

W końcu trzeba było jednak stanąć i rozprostować kości. Krajobraz zmieniający się z płaskiego w pofałdowany sugerował, że mamy już bliżej niż dalej do celu.
Obrazek

Na sam koniec M6 rozczarowała: według map przedłużono ją prawie do granicy z Chorwacją, więc sądziłem, że zaliczę na niej kilkanaście dodatkowych kilometrów. Zrobiono mnie jednak w bambuko, okazało się, że tak jak zawsze muszę zjechać w okolicy Mohacza. A planowałem przejechać się przez dwie wioski zlokalizowane przy nowym (jak wyszło jeszcze nieotwartym) węźle! Ponieważ jednak czas mamy dobry, więc zamiast cisnąć od razu do przejścia granicznego, odbijam kilka kilometrów w bok, żeby zobaczyć Sátorhely.
Obrazek

Wioska, uśpiona atmosferą gorącej słonecznej niedzieli, wygląda na wyludnioną. Kilka osób siedzi w parku w cieniu drzew. Jedyny większy hałas dobiega ze starego budynku, gdzie ktoś intensywnie tłucze młotkiem mięso. To restauracja. W ogóle większość domów posiada długą metrykę. Są też zabudowania gospodarcze, pewnie dawny folwark.
Obrazek
Obrazek

Pomnik poległych w obu wojnach światowych. Sporo nazwisk niemieckich, niektóre w chorwackim brzmieniu. To pokłosie historii: do XVIII wieku mieszkali tu głównie Słowianie, a potem w skutek kolonizacji najliczniejsi stali się Niemcy przybyli znad Renu. W 1945 roku większość z nich uciekła albo została wygnana, lecz niewielkie ilości przedstawicieli tych dwóch grup etnicznych żyją w Sátorhely do dziś. Miejsce Niemców w pewnym stopniu zajęli Węgrzy wyrzuceni po wojnie ze Słowacji.
Obrazek

Nieduży kościół katolicki schowany w sąsiedztwie restauracji.
Obrazek

W pobliżu miejscowości w 1526 roku rozegrała się bitwa pod Mohaczem, w czasie której Turcy rozgromili Węgrów i ich chrześcijańskich sojuszników. Było to jedno z przełomowych starć w historii Europy: większość Królestwa Węgier dostała się na półtora wieku pod panowanie osmańskie, symbolicznie zakończyła się epoka potęgi Jagiellonów, a rozpoczęła Habsburgów. Przede wszystkim zaś od tego momentu środkowa Europa była ciągle narażona na ataki ze strony Turków. Tak naprawdę nie wiadomo w którym dokładnie miejscu doszło do bitwy; spory i poszukiwania pola walki trwają od końca XIX wieku. Według podań na terenie dzisiejszej wioski miały znajdować się namioty obozu tureckiego, stąd nazwa Sátoristye, która została później przekształcona w obecną (sátor to po węgiersku "namiot").
Wracając do głównej drogi mijamy Pomnik Narodowy Mohacza (Mohácsi Nemzeti Emlékhely). W latach 60. ubiegłego stulecia odkryto tutaj masowe groby węgierskich rycerzy, a w 1976 roku otwarto muzeum bitwy. Najprawdopodobniej jednak właściwa bitwa odbyła się nie tu, lecz kilka kilometrów dalej na południowy-zachód obok wioski Majz. Nie zmienia to faktu, że tysiąc siedmiuset poległych Madziarów spoczywa za pseudogotyckimi drzwiami i szklaną bramą główną, mającą chyba nawiązywać do Korony Świętego Szczepana.
Muzeum, niestety, jest płatne, a uważam, że w przypadku takich miejsc nie powinno się zarabiać na zwiedzających.
Obrazek

Do granicy z Chorwacją rzut beretem. Najpierw pojawia się płot z wieżyczką graniczną, jeszcze jugosłowiańską. Potem dziesiątki zaparkowanych tirów z rejestracjami z połowy kontynentu. Być może któreś z państw zakazuje jazdy ciężarówkami w niedzielę, na Węgrzech widziałem ich niewiele. Na szczęście to granica wewnątrzschengenowska, więc kontrole zniknęły. Zamiast czekać w kolejce można przyczepić nalepkę na tablicy z nazwą kraju.
Obrazek

Z węgierskiej Baranji wjechaliśmy do chorwackiej Baranji. Choć minęło już ponad sto lat od traktatu w Tranion, to za każdym razem mnie zdumiewa w jaki sposób państwa zachodnie wytyczały granice Węgier. Patrząc na mapy etniczne całość tej krainy powinna raczej pozostać pod władzą Budapesztu. Na południe od Mohacza dominowała ludność niemiecka, drudzy byli Węgrzy, Słowian zaś było niewielu, a samych Chorwatów wręcz garstka. Dochodziło jednak do sytuacji, że aby przyłączyć do Królestwa SHS cztery wioski z większością chorwacką odrywano od Węgier dwadzieścia wiosek niemiecko-madziarskich. Logiki nie było żadnej, bo zdarzało się, że osadę serbsko-niemiecką zostawiono po węgierskiej stronie granicy, a sąsiednią niemiecko-serbską już nie.
Najbliższa miejscowość to jedna z czterech wiosek w pobliżu nieodległego Dunaju, którą także w czasach Austro-Węgier zamieszkiwali głównie Chorwaci. Duboševica (węg. Dályok) posiada herb, w którym można dopatrzeć się krzyża lotaryńskiego, obecnego w państwowej symbolice Madziarów.
Obrazek

Ciekawostką związaną ze Śląskiem jest fakt, że właścicielami wioski i okolicznych dóbr aż do 1918 roku byli Habsburgowie cieszyńscy, więc być może wchodziły one w skład Komory Cieszyńskiej. Pamiątką po habsburskiej przeszłości jest kościół w stylu józefińskim z końca XVIII wieku. Na pobliskim cmentarzu na starych nagrobkach mieszają się nazwiska chorwackie i węgierskie.
Obrazek
Obrazek

Boisko miejscowego klubu ma tylko jedną trybunę, ale za to zadaszoną.
Obrazek

Krzyż upamiętniający wojnę z lat 90. ubiegłego stulecia. Chorwacka Baranja została wtedy zajęta przez Serbów i włączona do Republiki Serbskiej Krajiny. Serbów mieszkało tu niewielu, lecz ich procent zwiększono wypędzając inne nacje.
Obrazek

Na obrzeżach wioski Topolje (Izsép) zwraca uwagę biała bryła barokowej świątyni pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła. Wybudowana w 1722 roku dla uczczenia rocznicy zwycięstwa nad Turkami. Jest to ponoć najstarszy kościół Baranji, ale raczej tylko w jej chorwackiej części.
Obrazek

Zastanawiam się nad wzniesieniami w tle. To wzgórza ciągnące się w stronę Dunaju, będziemy musieli na nie wjechać.
Obrazek

Gajić (Hercegmárok) jak Polska: ze zdjęć patrzy JP2.
Obrazek

Draž (Darázs, niem. Darasch), stolica gminy. Biegnie przez nią wąski Crni kanal nad którym przycupnął jakiś obiekt gospodarczy. Dominantą wioski jest kościół św. Barbary z XIX wieku.
Obrazek
Obrazek

Stare domostwa Szokatów (Šokci), grupy etnicznej identyfikującej się z narodem chorwackim, choć istnieją teorie o ich niesłowiańskim pochodzenia. Niewielkie grupy żyją również w Serbii, Rumunii i na Węgrzech.
Obrazek

Droga zaczyna gwałtownie piąć się w górę. Mijamy ciągnące się we wszystkie strony winnice i przyklejone do nich gospodarstwa, niektóre są opuszczone. Uprawia się tu głównie białe winorośle z odmiany Welshriesling.
Obrazek

Wjeżdżamy na teren Batiny (Kiskőszeg). To największa miejscowość gminy i nadal przodują w niej Węgrzy. Po wjeździe następuje szybki zjazd brukowaną uliczką z widokiem na graniczny most nad Dunajem.
Obrazek
Obrazek

W Batinie już byliśmy przed siedmioma laty, więc możemy przez nią po prostu przemknąć do Serbii. Na forum podróżniczym (jednym z nielicznych, które jeszcze prężnie działa) zadałem pytanie czy istnieje jakaś strona na której można sprawdzić czas oczekiwania na przejściach granicznych, na żywo, na podobieństwo strony węgierskiej policji. Zaznaczyłem, że nie chodzi mi o aplikację, lecz normlaną stronę internetową. Zaproponowano mi... aplikację. Bo trzeba w końcu przestać być jaskiniowcem i być podpiętym do sieci przez cały czas jak cały świat. Inni podsuwali stronę z kamerkami, ale ona nie rozwiązuje problemu, bo działa tylko na głównych przejściach, a kamery obejmują jedynie teren przy samych pogranicznikach. Jeszcze inni byli na tyle mili, iż sugerowali skorzystać z google i google translatora, wpisując w językach miejscowych zapytania o czas oczekiwania i śledzić grupy na fejsbuku... Genialne.
Chcąc nie chcąc zainstalowaliśmy na smartfonie Teresy aplikację. Wybieramy sobie na niej granicę kraju (co ciekawe, nie ma Polski), w którą stronę chcemy jechać i przejście. Są jednak pewne ograniczenia: to przekraczający granice ludzie wpisują ile na niej czekali, więc mniej popularne przejścia mogą nie posiadać żadnych aktualnych informacji. Albo ostatni wpis jest sprzed pięciu godzin, co nijak ma się do czasu obecnego... Przejście chorwacko-serbskie było akurat z tych nieuczęszczanych, tylko raz - dzień wcześniej - ktoś zgłosił, że je przekraczał i czekał pięćdziesiąt minut. Strasznie długo, pamiętam, że w 2017 roku zrobiliśmy to prawie bez zatrzymywania się... No nic, zobaczymy jak będzie.
Obrazek

Na punkcie chorwackim jesteśmy sami. Minuta i możemy jechać dalej. Przez Dunaj przejazd umożliwia Batinski most zwany również Mostem 51. diwiziji, od jednostki komunistycznych partyzantów Tito.
Obrazek

W Chorwacji spędziliśmy niecałe czterdzieści minut. Ile czasu spędzimy na serbskiej kontroli granicznej? Ciut dłużej niż u Chorwatów, bo chcieli dokumenty od wozu. Miałem nadzieję na szybki przejazd, ale nie spodziewałem się, iż zajmie to nam mniej dziś dziesięć minut!
Obrazek

Na wszelki wypadek dałem znać właścicielom dzisiejszego noclegu, że przybędziemy między osiemnastą a dziewiętnastą. Tymczasem na zegarku nie ma nawet szesnastej, a do celu mamy może pół godziny drogi. W takiej sytuacji nie będę się spieszyć, mogę na spokojnie zatrzymywać się, gdy tylko zobaczę coś ciekawego i nawet nadłożyć kilometrów. Kawałek za przejściem odbijamy w boczny trakt z powrotem nad Dunaj, gdzie znajduje się kompleks pamiątkowy związany z bitwą batińską (Batinska bitka). Zespół pomników powstał po obu stronach rzeki, chorwackiej i serbskiej. Do obu zajrzeliśmy w 2017, chorwacka część prezentowała się lepiej, serbska wyglądała na totalnie zaniedbaną. Czy coś się zmieniło? Budynek muzealny prezentuje się dokładnie jak wtedy.
Obrazek

Konstrukcja z 1981 roku nie grzeszy urodą, choć chyba nie taki był jej cel. Przypomina mi nieco publiczne toalety. Do 1991 roku mieściła się w niej wystawa, potem wojna w Jugosławii przekreśliła sens jej istnienia, a teren przejęło wojsko. Zbiory przeniesiono do Somboru. W lipcu 2017 patrzyłem przez zamknięte drzwi na pokryte kurzem i gruzem opuszczone wnętrza. Po naszej wizycie muzeum wyremontowano i przywrócono do zwiedzania. Co prawda szklane wrota dziś znowu są zablokowane, ale widać, że coś z tym zrobili.
Obrazek

Można wejść na dach pawilonu i spojrzeć na okolicę z góry. Umieszczona tam ławeczka służy również za miejsce spotkań, o czym świadczą porzucone puszki z piwem.
Obrazek

Jeśli ktoś słucha zespołu Kult, to na pewno zna piosenkę "12 groszy", w której pierwsza zwrotka zaczyna się od słów:
Partyzanci Broz Tity wyzwolili Jugosławię
Bez pomocy Sowietów...

Nie jest to do końca prawda, gdyż wojska radzieckie operowały na terenie Jugosławii i wspierały komunistycznych partyzantów, choć rzeczywiście ich udział w pokonywaniu Niemców był daleko mniejszy niż w innych krajach. Jednym z przykładów przeczących tekstowi piosenki była właśnie bitwa pod Batiną, kiedy to wspólnie Armia Czerwona i Narodowa Armia Wyzwolenia Jugosławii (partyzanci titowscy, m.in. 51 dywizja) starli się z oddziałami niemieckimi, wspomaganymi przez jednostki węgierskie, chorwackie (ustaszy) i kolaborantów serbskich. Sowieci i partyzanci zaatakowali z płaskiego, wschodniego brzegu Dunaju próbując się przedostać na zachodni, znacznie wyższy. Różnica poziomów oraz niekorzystne warunki okolicy (mokradła i podmokłe łąki, wiele cieków wodnych) sprawiły, że Niemcy nie spodziewali się ataku, a gdy on nastąpił (w listopadzie 1944 roku), to przyniósł jednej i drugiej stronie wysokie straty. Ponieważ jednak atakujących było raz tyle, co obrońców, to bitwa musiała zakończyć się porażką Wehrmachtu i jego sojuszników. Batińskie starcie miało wielkie znacznie dla dalszej wojny, gdyż Sowietom otwarło drogę na Wiedeń i Budapeszt.
Kompleks serbski łączy się w jedną całość z chorwackim umieszczonym na górze klifu. Pomnik chorwacki jest starszy i typowo socrealistyczny z 1947 roku, oddalony jest dokładnie o kilometr od serbskiego muzeum.
Obrazek
Obrazek

Przed tegorocznym wyjazdem na wakacje szukałem jakiegoś motywu przewodniego podróży. I wymyśliłem śladem spomeników, czyli jugosłowiańskich pomników z okresu komunistycznego. Kraje demokracji ludowej pod względem pomnikozy były bardzo rozwinięte, chyba bardziej niż te z wrażego kapitalizmu, przy czym rezultaty ich stawiania bywały różne. Odnoszę jednak wrażenie, że pomniki ze wschodu były często ciekawsze i bardziej intrygujące niż te z zachodu, gdzie dominowały wzorce stonowane i konserwatywne. A pomniki z kraju marszałka Tito mogły z powodzeniem startować w zawodach na te najbardziej zapadające w pamięć! Bo te obiekty mogą się nie podobać, ale obok wielu z nich nie można przejść obojętnie i nie zastanowić się "co autor miał na myśli". Kompleks muzealny nad Dunajem będzie spomenikiem numer jeden. Oprócz pawilonu w jego skład wchodzi: dawno wygasły "wieczny ogień", okręgi z chodników, w środku których stoją działka, małe słupki niewiadomego przeznaczenia, a także kilka innych dziwnych elementów. Podłużne betonowe rzeźby mają symbolizować... karabiny wymierzone w faszystów.
Dodam tylko, że istnieje specjalna strona poświęcona spomenikom, można według niej wytyczać sobie przyszłą trasę ;).
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przez dziesięć lat miejsce to tętniło życiem i było celem wycieczek, pielgrzymek pionierów i wielu imprez. Zbudowano infrastrukturę towarzyszącą, która teraz stoi opuszczona. Na parkingu oznaczono koperty dla autobusów, ale wątpliwe, aby znów zjawiały się tu tłumy. W niedzielne lipcowe popołudnie jesteśmy jedynymi turystami. Co prawda pobliską drogą co chwilę pędzi jakiś samochód, ale kierują się one do niedalekiej restauracji. Obok parkingu stoi czerwona Zastava i skuter, a w zacienionej wiacie trzech młodych chłopaków raczy się piwami, przyglądając nam się z rozbawieniem. Skuter musi się cieszyć wielkim uznaniem u biesiadników, bo nieustannie któryś na niego wsiada aby z hukiem i smrodem przejechać się po parkingu.
Pojawia się też samotny rowerzysta, który wita się z nami polskim... "dzień dobry".
Obrazek

Dunaj płynie sobie niespiesznie i wygląda niegroźnie. W pewnym momencie zaczyna po nim szaleć motorówka. Płynie sobie raz przy serbskim a raz chorwackim brzegu. Granica chyba biegnie środkiem, ciekawe jak to jest, czy mogą kogoś zatrzymać za pływanie sobie po całej szerokości?
Obrazek
Obrazek

Skoro znaleźliśmy się w Serbii (piąte odwiedzone państwo dzisiejszego dnia, niezły wynik), to musimy być w Wojwodinie, bo to najbardziej północny region tego kraju. Jego wschodnia część jest gęsto poprzecinana różnymi drogami wodnymi: tuż obok muzeum zaczyna się kanał Dunaj-Cisa-Dunaj (Dunav-Tisa-Dunav, D.T.D.), dzieło habsburskich inżynierów dokończone przez jugosłowiańskich.
Obrazek

Zawsze powtarzam, że Wojwodina to moja ulubiona serbska kraina, bo lubię jej zachowaną wielokulturowość. Najbliższa od przejścia granicznego wioska zwie się Bezdan (Бездан). Zgodnie z przepisami na tablicach wjazdowych umieszcza się również nazwy w językach istotnych mniejszości, ale w tym przypadku brzmią one niemal identycznie: po węgiersku Bezdán, a po niemiecku Besdan. Przed wiekiem mieszkali tutaj głównie Węgrzy, drugą narodowością byli Niemcy, następnie Chorwaci, a Serbowie dopiero na czwartym miejscu. Obecnie nadal dominują Madziarzy, Serbowie zaś przesunęli się na drugie miejsce podium.
Obrazek

Odbijam w boczną drogą na południe. W lesie trafiam na metalowy, ruchomy most (choć raczej już dawno nie ruszany). Przerzucony nad Wielkim Kanałem Baczki (Veliki bački kanal), będącym składem kanału D.T.D. (Baczka jest zachodnią częścią Wojwodiny). Przyjemnie tu.
Obrazek
Obrazek

Miejscowością położoną na uboczu, ale ciekawie turystycznie, bo pomiędzy dwoma kanałami, jest Bački Monoštor (Бачки Моноштор). Ponad połowę populacji stanowią Chorwaci (to a propos idiotycznie wytyczonych granic), którzy od 2009 zapisują nazwę wioski jako Monoštor (wcześniej podobnie jak Serbowie Bački Monoštor). W ogóle Serbowie są jedynie trzecią nacją osady, wyprzedzają ich jeszcze... Jugosłowianie. Węgrów mamy kilka procent (Monostorszeg), niewiele mniej Cyganów.
Obrazek

Zatrzymuję się na skraju wioski, przy cmentarzu. Mimo, że to nekropolia katolicka, to większość grobów posiada napisy "w nogach", czyli odwrotnie niż u nas. Nie umiem dojść od czego to zależy, bo zazwyczaj takie umieszczenie dotyczyło cmentarzy unickich lub prawosławnych. A może to nie jest wpływ danego wyznania tylko miejscowej tradycji?
Obrazek

Na cmentarzu stoi neogotycka kaplica św. Wojciecha z 1907 roku, a za nią trzy krzyże z węgierskimi napisami.
Obrazek
Obrazek

Podpisy zdradzają historyczne i współczesne multi-kulti. Nowe groby są przeważnie chorwackie, stare węgierskie. Na bardziej okazałych pomnikach są niemieckie (aż II wojny światowej obywatele niemieckojęzyczni ustępowali jedynie Chorwatom) lub mieszane z chorwackimi.
Obrazek

Stacje drogi krzyżowej są opisane w każdym języku poza serbskim. Intrygująco wygląda ceglany wychodek, który postawiono tuż obok kaplicy i między stacjami, więc sprawia wrażenie integralnej części drogi krzyżowej ;).
Obrazek

Na wyschniętym trawniku poza ogrodzeniem cmentarza dostrzegam fragmenty jakiegoś monumentu. Musiały być nieodpowiednie dla nowej administracji.
Obrazek

Bački Monoštor mimo swego peryferyjnego położenia, a może właśnie dzięki niemu, przyciąga weekendowych turystów. Jego atutem są otaczające go lasy, wody kanałów, położony dość blisko sam Dunaj. Dawno temu na rzece istniał niewielki port dla barek, po regulacji został zlikwidowany, lecz nadal można tam pływać łódkami.
Obrazek
Obrazek

Potwierdzeniem stanu demograficznego z początku ubiegłego wieku, kiedy to Serbowie praktycznie w wiosce nie mieszkali, jest brak cerkwi. Nie wybudowano jej również przez stulecie serbskich rządów. Od XVIII wieku działa natomiast katolicki kościół św. Piotra i Pawła. Na krzyżu przed świątynią znalazłem napisy niemieckie, natomiast na tabliczce hydrograficznej umieszczonej w ścianie są urzędowe z 1893 roku, węgierskie.
Obrazek
Obrazek

Bački Monoštor opuszczamy drogą w kierunku wschodnim. Na obrzeżach znowu przejeżdżamy przez Wielki Kanał Baczki; dołem pływają łódki, a z brzegu dochodzą wesołe głosy kapiących się ludzi.
Obrazek

Ostatnie kilometry suniemy przeważnie pustą drogą. Pola, łąki, drzewa i niewiele śladów obecności człowieka. A potem przed nami Sombor, miasto pierwszego noclegu podczas wakacyjnego wyjazdu w 2024 roku.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 05-09-2024 19:22

Sombor (Сомбор, Zombor) to największe miasto północno-zachodniej Wojwodiny. Największe nie znaczy bardzo wielkie, liczy sobie nieco ponad czterdzieści tysięcy mieszkańców. Założone zostało w XIV wieku przez węgierski ród Czoborów. Pełniło ono rolę twierdzi antytureckiej, ale Osmanowie i tak ją zdobyli w 1541. Dotychczasowa ludność madziarska albo uciekła albo została wypędzona. W ich miejsce zaczęli przybywać Słowianie. Rządy tureckie trwały półtora wieku, po ich pogonieniu nadeszła pora Habsburgów. Sombor stał się wolnym miastem królewskim, a następnie stolicą komitatu Bács-Bodrog. Miasto się rozwijało, powstawały okazałe, reprezentacyjne budynki. Na początku ubiegłego stulecia Zombor był wielokulturowy: najliczniejszą grupę stanowili Serbowie, niewiele mniej mieszkało Węgrów, następnie Chorwaci i Niemcy. Upadek Austro-Węgier przyniósł też koniec złotej ery miasta: z pozycji ważnego ośrodka Sombor spadł do roli serbskiej miejscowości peryferyjnej i przygranicznej, oddalonej od głównych traktów komunikacyjnych, bez znaczącego przemysłu. Urzędnicy wkrótce się wyprowadzili do Nowego Sadu, możliwości zarobkowe mieszkańców radykalnie spadły.
To tak pokrótce historia miasta. Do Somboru zajrzałem po kilkunastu latach od pierwszej wizyty. Z poprzedniej zapamiętałem całkiem ładne, pełne zieleni miasto z dużą ilością starej zabudowy. W Somborze widać, że to jeszcze nie właściwe Bałkany, architektura i układ przestrzenny jest znacznie bardziej uporządkowany, można napisać, że europejski. Dwa stulecia przynależności pod Wiedeń, a potem Budapeszt, są tu wyraźnie czytelne.
Zdjęcie przedstawia herb Somboru pochodzący z 1749 roku.
Obrazek

Sombor powitał nas... smakołykami ;). Dostaliśmy na przywitanie od właściciela noclegu. Sympatyczny facet, po imieniu mniemam, że Węgier, ale mówił do nas po serbsku. Jeśli chodzi o warunki też trudno narzekać: dwa pokoje z łazienką, klimatyzacją, parkowanie zaraz pod oknem, wewnętrzny ogródek z "groźnym" psem, a do ścisłego centrum dziesięć minut spaceru. I to wszystko za mniej niż sto złotych. Ta część Europy nadal pozwala przespać się tanio w godziwych warunkach.
Obrazek

Przyjechaliśmy - jak na nas - dość wcześnie, ale gdy ruszyliśmy w miasto na zegarku była już osiemnasta. Do zachodu daleko, jednak cień powoli zaczyna się kłaść na coraz większych obszarach. Chodnik w kierunku centrum to początkowo przyjemna alejka wśród drzew gubiących tysiące malutkich listków. Niektóre z nich nadal jeżdżą w moich samochodzie wciśnięte gdzieś między blachę.
Obrazek

Spotkanie z Zastavą 750 jest zawsze miłe.
Obrazek

Domy pamiętające Franciszka Józefa, takie same jak na Węgrzech, w Chorwacji, Siedmiogrodzie, na Słowacji, a także w krainach austriackich. O ile wioski dawnych Wielkich Węgier miały swój charakterystyczny sznyt, o tyle mieszczanie budowali się bardzo podobnie w całym państwie pod berłem Habsburgów. Bliżej jądra Somboru jest więcej nowszej zabudowy, zdającej się tu nie do końca pasować.
Obrazek
Obrazek

Po przekroczeniu wewnętrznej obwodnicy okalającej starówkę trafiamy najpierw na targowisko. Teraz zamknięte, lecz od jutra rana będzie tętniło życiem. Fajne stojaki na rowery.
Obrazek

Spora część centrum to strefy dla pieszych. I nadal sporo tu zieleni, klombów z kwiatami, drzew.
Obrazek
Obrazek

Ulica Kralja Petra I - główny deptak miasta. W przeszłości patronował mu już Lajos Kossuth, król Aleksander i marszałek Tito. To tutaj bije serce Somboru i spotkamy najwięcej przechadzających się mieszkańców. A także turystów, choć tych z zagranicy nie widzieliśmy. Trafiliśmy na grupę Azjatów, ale oni wyglądali na już zasiedziałych
Niedzielny wieczór to pora na przegląd mowy, więc przemykają koło nas dziesiątki odpicowanych pań z sukniami tak eleganckimi, że trzeba je podtrzymywać, aby nie szorowały po ziemi. Lub odwrotnie - tak krótkimi, że wszystko się spod nich wylewa ;).
Obrazek

Czytelnia Serbska (Srpska čitaonica), założona w 1845 roku, a ów budynek na rogu pochodzi z 1882 roku. Z kolei na zielono Pałac Semze (Semzeova palata), trochę młodszy od czytelni, wybudowany przez bogatego węgierskiego kupca.
Obrazek

Nowe elementy architektury, czyli pomniki znanych somborzan w pozycjach niepompatycznych. Jest więc facet z kamerą (sądziłem, że to aparat), czyli Ernest Bošnjak, uznawany za jednego z pionierów jugosłowiańskiej kinematografii. Starszy pan z wąsem i gołębiem paskudzącym do książki to poeta Veljko Petrović.
Obrazek

Wielki różowy ratusz (Gradska kuća) z połowy XIX wieku, na ujęciu od głównej fasady wychodzącej na największy w Somborze plac - Trg Svetog Đorđa. Do tyłu, łączącego się z deptakiem, przylepiły się stoliki knajpek.
Obrazek

Wokoło pełno bezpańskich psów. Mam wrażenie, że więcej, niż podczas poprzednich wizyt w Serbii. Niemal bez wyjątku same duże, natomiast mieszkańcy prawie zawsze przechadzają się z kurduplami i szczurkami. Na szczęście pieski nie wyglądają na zagłodzone, ale czasem skuszą się na żywienie czipsami.
Obrazek

Końcówka ulicy Króla Piotra I przerwana jest szosą, ale za nią wznosi się największy budynek administracyjny. Županija, dawna siedziba komitatu. Wzniesiona na początku 19. stulecia, pod koniec rozbudowana. We wnętrzu znajdziemy m.in. największe w Serbii malowidło wojenne.
Obrazek
Obrazek

Przed budynkiem wiszą cztery flagi. Od lewej: miejska, państwowa, następnie dwie Wojwodiny. Ta z tyłu jest flagą współczesną, wprowadzoną w 2004 roku, ta z przodu to flaga "tradycyjna", ale w praktyce nowsza, bo oficjalnie została ustanowiona dwanaście lat później. Piszę "tradycyjna" w cudzysłowie, bowiem bardzo luźno opiera się na fladze tzw. Serbskiej Wojwodiny, będącej krótko w 1848 roku prowincją autonomiczną państwa Habsburgów. Luźno, gdyż na oryginalnej fladze serbski herb umieszczono na dwugłowym austriackim orle i zwieńczono austriacką cesarską koroną, z kolei w innych wersjach zamiast niej była węgierska Korona Świętego Stefana. Z oczywistych powodów taka wersja byłaby dziś nie do przyjęcia, więc stworzono ahistoryczną hybrydę.
Obrazek

Na ścianach powieszono tablice urzędowe po serbsku, chorwacku (równie dobrze może to być serbski łaciński) i węgiersku. Dziś Serbowie stanowią w mieście około siedemdziesięciu procent mieszkańców, następni są Chorwaci z Bunjewcami (część z nich uważa się za Chorwatów, część nie) i Węgrzy. Przy każdym kolejnym spisie liczba ludności spada, bo kraj się wyludnia, lecz mniejszości kurczą się szybciej, asymilacja stopniowo postępuje, choć... pojawia się więcej przypadków bez określonej deklaracji narodowościowej lub "nieznanej". Albo obywatele nie chcą się afiszować ze swoją mniejszością albo nie czują się częścią żadnego konkretnego narodu.
Przy nazwach ulic panuje totalny chaos: są tablice z podwójną nazwą (serbską i węgierską), są tylko z serbską, ale raz w alfabecie łacińskim a raz w cyrylicy. Żadnej konsekwencji.

W porównaniu z poprzednią wizytą park wokół siedziby komitatu jeszcze bardziej się zazielenił, drzewa urosły. Wiele osób siedzi w cieniu na ławeczkach, dzieciaki szaleją na rowerach.
Obrazek

Wśród drzew umieszczono pomniki. Są standardowe popiersia jakiś ważnych person. Jest też pomnik poległych w latach 90. ubiegłego stulecia. Pod postacią chudej kobiety umieszczono herb Jugosławii z czasów pokomunistycznych.
Obrazek

O co chodzi przy innych pomnikach ciężko stwierdzić, bo wyglądają jak wystawka złomu, którego nikt nie zabrał.
Obrazek

Centrum Somboru to również świątynie. Zaraz obok županiji stoi wielki katolicki kościół z dwiema wieżami pod wezwaniem św. Stefana (crkva Svetog Stefana Kralja), ukończony w 1904 roku. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że rozmiary oraz położenie tuż przy najważniejszym budynku nie były przypadkowe. Z drugiej strony w momencie budowy katolicy w mieście byli pierwszą grupą wyznaniową, więc sojusz ołtarza z tronem w ogóle nie dziwi.
Obrazek

Na krzyżu obok kościoła stare napisy są po niemiecku, natomiast na nowej tablicy sąsiadującego z nim klasztoru karmelitów również po chorwacku i węgiersku. W środku akurat trwa chorwacka msza, wiernych niewielu, a wnętrza są zaniedbane.
Obrazek

Inny katolicki kościół - św. Trójcy (crkva Presvetog Trójstva) - pochodzi z XVIII wieku i początkowo należał do franciszkanów. O tej porze jest zamknięty, spróbuję zajrzeć do niego rano.
Obrazek

Główną świątynią prawosławną jest położona przy deptaki cerkiew św. Jerzego (crkva Svetog Georgija), zwana też Wielką Prawosławną. To ten sam okres powstania co kościół św. Trójcy. I tu również trwa liturgia, więc ograniczam się do jednego zdjęcia ukazującego pobożne stroje wiernych.
Obrazek

Skromny kościół ewangelicki z 1901 roku, używany okazjonalnie. Na ścianie zachowała się węgierska tabliczka - czyżby reper?
Obrazek
Obrazek

Zaczynamy rozglądać się za jakimś lokalem na kolację. Na deptaku dominują kawiarnie i puby, a wypadałoby na dobry początek zjeść coś serbskiego. Kręcimy się zatem po mniej reprezentacyjnych zaułkach.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W końcu znajdujemy restaurację. Już po złożeniu zamówienia zorientowałem się, że daliśmy ciała: kawałek dalej były bary, w którym zjedlibyśmy o połowę taniej! No ale trudno, porcje były duże i wyglądały bardzo smacznie, choć uczciwie napiszę, że jadłem lepsze. Jak na początek wyjazdu to oczywiście ćevapčići w wersji tradycyjnej oraz z kajmakiem, czyli serem przypominającym śmietanę. Do tego sałatka szopska i serbska, ta druga z tak pikantnymi paprykami, że płakałem jak bóbr :P.
Obrazek

Ostatnie zdjęcie koszuli, która towarzyszyła mi w wyjazdach przez piętnaście lat, lecz w końcu czas ją pokonał :(.

Wracamy na nocleg jeszcze przed zapadnięciem kompletniej ciemności, więc po drodze zahaczamy o niewielką knajpkę. A tam na Teresę rzuca się... jamnik inwalida! Ma niesprawne tylne nogi, więc poruszał się na wózku, lecz i tak próbował atakować. Strasznie agresywny, zrobił z właścicielem kółko podczas spaceru i w czasie powrotu także na kogoś napadł.
Obrazek

Ponieważ nie chciało mi się jeszcze kłaść spać, to poszedłem sobie samotnie połazić po okolicy. Dosłownie rzut beretem od noclegu trafiłem na spelunkę, taką prawdziwą: w środku same ogorzałe chłopy i aż gęsto od dymu papierosowego. W wielu serbskich lokalach można palić; o ile smród jeszcze bym zniósł, o tyle moje oczy nie dają rady siedzieć w oparach, więc lokuję się przy otwartych drzwiach. U starszego barmana zamawiam piwo Nektar z Banja Luki... Reszta towarzystwa dzielnie łoi kolejne kielichy rakiji i zapije je wodą. Na stole obok dwóch wielkoludów walczy z wielkim zestawem jadła z grilla. Pomaga im kot, który zdaje się być spelunkową maskotką. Najedzony siada w wejściu i uważnie patrzy w ciemność.
Obrazek

Jeszcze z kronikarskiego obowiązku: piwo w restauracji kosztowało 230-250 dinarów (8,50-9 złotych), a w knajpce i spelunce 130-140 dinarów (4,80-5 złotych).

Poniedziałek wstaje słoneczny, zapowiada się upalny dzień. Zbieram się około ósmej, żeby skoczyć do centrum. Okolica wydaje się odsypiać weekend.
Obrazek

Muszę wymienić walutę. Rozpoczęcie wyjazdu w niedzielę sprawiło, że zdobycie dinarów stało się pewnym problemem. A od czego karta? No cóż, Serbia to nie Śląsk ani Polska, kartą nie zapłacimy w wielu miejscach, a już na pewno nie na noclegu. Teoretycznie powinni przyjmować euro, lecz nie mają takiego obowiązku (przyjęli). Można wybrać pieniądze z bankomatu, lecz im bardziej promuje się płatności bezgotówkowe, tym większe prowizje się pobiera. Ostatecznie kupiłem trochę dinarów w Katowicach, w sam raz na pierwszy dzień. W centrum Somboru działa kilka kantorów, więc teraz wymienię znacznie więcej i powinno starczyć na kolejne dni.

Na zdjęciu ciut zaniedbane okolice kościoła ewangelickiego. Przy ulicy znajduje się pomnik poświęcony somborskim Żydom - zostali oni w marcu 1944 roku wywiezieni przez Niemców do Auschwitz, gdzie prawie wszyscy zginęli (przeżyła garstka, w tym rabin).
Obrazek

Na końcu ulicy cerkiew św. Jana (crkva svetog Jovana), tzw. Mała Cerkiew Prawosławna, z końca XVIII wieku. Wybudowana w miejscu starszej świątyni, którą Turcy cerkiew zamienili na meczet, a potem z powrotem odmieniono ją w obiekt chrześcijański. Niestety, zamknięta.
Obrazek

Idę zajrzeć do kościoła św. Trójcy. Tym razem jest otwarte, choć wnętrza nie robią większego wrażenia. Ciekawa jest figura Jezusa zdjętego z krzyża, przy której zamocowano tabliczki dziękczynne w trzech językach.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ponad stuletni zegar słoneczny na bocznej ścianie kościoła przypominający, że każda chwila może być tą ostatnią.
Obrazek

Na ulicach pojawia się coraz więcej ludzi, również kawiarnie nie mogą narzekać na brak klientów: mała czarna to wręcz obowiązek.
Obrazek
Obrazek

W Wielkiej Cerkwi Prawosławnej dzisiaj pusto. Mogę w spokoju przyjrzeć się pięknemu ikonostasowi zwierającemu podobno aż siedemdziesiąt siedem ikon.
Obrazek
Obrazek

Dla tego osobnika nic nie mam, ale raczej nie cierpiał na wielki głód.
Obrazek

Wymieniam walutę i zaczynam powrót. Przy okazji zachodzę na targowisko kupić trochę owoców na śniadanie, podziwiam też Hotel International w stylu dojrzałego kiczu późnojugosłowiańskiego.
Obrazek
Obrazek

Pomnik Poległych na jednym ze skwerów. Na trzech stronach są napisy w trzech językach: po serbsku, niemiecku i węgiersku.
Obrazek

Na zakończenie wizyty w Somborze zajeżdżamy jeszcze na jeden z cmentarzy. Miasto ma ich kilka, w tym duży katolicki i duży prawosławny. Wybieramy ten drugi (Veliko pravoslavno groblje), ponieważ posiada też kwatery żołnierskie.
Nekropolia położona jest na uboczu, w jej pobliżu nieużywane tory biegną gdzieś na południe.
Obrazek
Obrazek

Za dzwonnicą znajduje się kolejny Pomnik Poległych, tym razem ku czci jugosłowiańskich partyzantów.
Obrazek

Partyzanci Broz Tity zajmują spory sektor. Nie wszyscy zginęli w czasie wojny, pochowano tu również ich towarzyszy zmarłych kilka lat po niej, a nawet i później.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na cmentarzu znajduje się także "monastyr" św. Stefana (Manastir Svetog Stefana). Znów piszę w cudzysłowie, gdyż monastyr to w końcu klasztor, a tu mamy pojedynczą, zamkniętą cerkiew z lat 30. ubiegłego wieku. W jej sąsiedztwie także leżą partyzanci, a z żywych osób spotykamy kilkoro młodych ludzi biesiadujących w cieniu i prowadzących ożywioną dyskusję w serbsko-madziarskiej mieszance.
Obrazek

Oddzielną kwaterę posiadają czerwonoarmiści padli m.in. w bitwie batińskiej, na miejscu której byliśmy dzień wcześniej. Różowy pomnik strzela dumnie w niebo z sierpem i młotem, ale patrząc na rzędy betonowych stel stwierdzam, że nie ma lepszej ilustracji do hasła o tym, że wojna mieli człowieka i zmienia go w odhumanizowany klocek.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Pomnik Poległych z Wielkiej Wojny. Serbowie z Somboru walcząc w mundurach armii austro-węgierskiej strzelali do swoich rodaków w mundurach armii serbskiej. Nie oni jedni w tamtym stuleciu.
Obrazek

W części cywilnej wznosi się cerkiew cmentarna z otwartymi drzwiami. Ekipa facetów szykuje się do kopania grobu, a przynajmniej tak mniemam, bo są też ślady, jakby niedawno kopali na środku ścieżki. Wodociągu chyba nie kładą?
Obrazek

Kręcimy się pomiędzy grobami. Niemal wszystkie są w cyrylicy, na większości umieszczono zdjęcia. Krzyże mieszają się z gwiazdami, nawet na jednym pomniku. I znowu ściana tylna grobu stała się przednią. To co oni kładą na płytach, skoro znicze też się ustawia od tyłu? I ciekawe, czy zmarli chowani są nogami do pomnika czy odwrotnie?
Obrazek
Obrazek

Drewniane krzyże używane podczas pogrzebów zostawia się na cmentarzu. Na jak długo? Ileś lat czy do rozpadu? Najstarsze spotkane egzemplarze miały dziesięć roków...
Obrazek

I tym cmentarnym akcentem zakończyliśmy wizytę w Somborze. Tak jak wspominałem na początku: to naprawdę ładne dla oka miasto z dużą ilością zieleni i zabytków. Warte odwiedzin.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 14-09-2024 13:52

Jadąc przez Wojwodinę zawsze żałuję, że mam za mało czasu, aby zatrzymywać się we wszystkich interesujących mnie miejscach. Tym razem będę przecinał tę krainę po skosie z północnego zachodu na południowy wschód, nie pędzę nigdzie dalej ani nie ograniczają mnie godziny otwarcia przejść granicznych, więc liczę, że zobaczę wszystko to, co sobie zaplanowałem.

Pierwszą miejscowością po opuszczeniu Somboru jest Kljajićevo (Кљајићево, węg. Kerény, niem. Kernei). Przy wjeździe wita nas mural z podobizną Ratko Mladića. Dla niewtajemniczonych: Mladić był dowódcą wojsk bośniackich Serbów i odsiaduje w Hadze wyrok dożywocia za zbrodnie wojenne. W latach aktywności wojennej zawsze był pucułowaty, ale tutaj wygląda jakby miał pęknąć od środka.
Obrazek

Mural wymalowano na płocie przy nieczynnej linii kolejowej z Somboru do Vrbasu, biegnącej mniej więcej wzdłuż mojej drogi. Prawdopodobnie wykonali go kibice Crveny Zvezdy Belgrad.
Obrazek

Historia Kljajićeva jest w dużym stopniu odbiciem historii całej Wojwodiny i w ogóle południowych terenów dawnego Królestwa Węgier. Mieszkający tu w średniowieczu Madziarzy uciekli przez Turkami, zastąpili ich Serbowie. Po przegonieniu Osmanów Habsburgowie zaczęli osadzać kolonistów niemieckich (Szwabów Naddunajskich), którzy stali się większością wśród ludności. W czasie II wojny światowej wielu Niemców służyło w jednostkach SS i antypartyzanckich. W 1944 roku połowa mieszkańców uciekła przed nacierającymi komunistami, wielu z tych co zostało osadzono w utworzonym tu obozie. Kilkuset przykazano do Związku Radzieckiego, pozostali albo zmarli w niewoli, albo z niej uciekli, albo zostali wypędzeni do Niemiec. Wioska została zasiedlona Serbami z Chorwacji i zmieniła swą serbską nazwę z Krnjaja/Крњаја na obecną, która pochodzi od nazwiska Miloša Kljajića, komunistycznego partyzanta. Obecnie jest to miejscowość niemal całkowicie serbska etnicznie - ponad dziewięćdziesiąt procent.
Obrazek

Mimo monoetniczności w Kljajićevie do niedawna stał tylko kościół katolicki. Przy głównej ulicy zauważyliśmy jednak nową świątynię, prawosławną jak mniemam.
Obrazek

Kolejna wioska to Sivac (Сивац, Szivác). Jej dzieje są podobnie do poprzedniej, tyle, że Szwabów zamieniono na licznych Czarnogórców, którzy stanowią współcześnie około jednej trzeciej mieszkańców. Tutaj, podobnie jak w wielu wojwodińskich miejscowościach, kościołów jest kilka. Prawosławni posiadają okazałą cerkiew św. Mikołaja
Obrazek

Oprócz niej trafimy również na mocno zaniedbany kościół ewangelicki i nieco mniej zaniedbany kościół katolicki. Na placu przed tym drugim wzniesiono pomnik Ferenca Planka, miejscowego proboszcza, który został zamordowany w 1944 przez partyzantów. Była to jedna z ponad czterdziestu tysięcy madziarskich ofiar zabitych przez komunistów w tej części Wojwodiny.
Obrazek

Na ścianie bloku powieszono plakat z podobizną innej ofiary... Ireneusz, poprzedni patriarcha Serbii, swojego czasu wielki obrońca Ratko Mladića. Jak wielu hierarchów różnych religii nie wierzył w pandemię koronawirusa. Gdy w 2020 roku zmarł na COVID Amfilochiusz, metropolita Czarnogóry, wyprawił mu tradycyjny masowy pogrzeb z otwartą trumną. Po trzech dniach sam wylądował w szpitalu i też zmarł na COVID... Czyli jednak ofiara.
Obrazek

Cervenka (Црвенка, Cservenka, niem. Rotweil) zwracam uwagę na drugą nazwę w cyrylicy. Po jakiemu to? Główne nacje to Serbowie i Czarnogórcy, jest też kilka procent Węgrów. Może po rusińsku? Ale ich mieszka w mieście garstka.
Obrazek

Na bocznych ulicach szukam cmentarza żydowskiego i go znajduję. Niewielka nekropolia została odnowiona w 2016 roku za niemieckie pieniądze, ale teraz była całkowicie zarośnięta, a bramę zastałem zamkniętą na klucz! Przez płot udało mi się dojrzeć pojedyncze macewy zasłonięte roślinnością.
Obrazek
Obrazek

Stojące w pobliżu domy i tradycyjne w formie obiekty gospodarcze do suszenia wszelakiego.
Obrazek

W innym miejscu Cervenki fotografuję duży most nad Wielkim Kanałem Baczki. Most to kolejna pamiątka po jednej z rozebranych linii kolejowych, dziś służy miejscowym do skoków do wody. W ogóle miejsce ciekawe, krzyki na całą okolicę, a w powietrzu unosi się jakby zapach siarki, człowiek ma wrażenie, że zaraz coś wybuchnie albo się zapali.
Obrazek

Sąsiednia Kula (Кула, węg. Kúla, niem. Wolfsburg) liczy ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców i jest siedzibą gminy. I znów na jej rogatkach jest ślad po dawnej linii kolei, która kiedyś obficie przecinała Wojwodinę, a obecnie prawie w całości przestała istnieć.
Obrazek

W ostatnim okresie monarchii Habsburgów w Kuli najwięcej mieszkało Węgrów, nieco mniej Serbów i Niemców, a także Rusini. Węgrzy stracili pierwsze miejsce w latach 50. i spadli na trzeci poziom podium, teraz ponad połowę ludności stanowią Serbowie, a drudzy są Rusini. Napisy urzędowe sporządzane są w językach tych trzech nacji.
Obrazek
Obrazek

Minęło południe, dzień zrobił się upalny, znacznie cieplejszy niż wczoraj. Temperatura zaczyna dobijać do trzydziestu pięciu stopni. Choć to o wiele mniej niż przed rokiem, to szukam jakiegoś miejsca w cieniu. Ciężka sprawa, w centrum wszystko pozajmowane, wreszcie udaje mi się stanąć pod jednym rachitycznym drzewkiem niedaleko zakładów przemysłowych.
Obrazek

Ulica z kilkoma pustymi knajpkami zaprowadzi nas do Wielkiego Kanału Baczki. Na drugi brzeg przejdziemy zwodzonym mostem, jednym z kilku takich w Kuli, choć nie wiem, czy one jeszcze działają, bo transport rzeczny na kanale praktycznie ustał.
Obrazek
Obrazek

Przy moście cuchnie padliną oraz gnijącymi roślinami, ale widok jest dość przyjemny, więc urządzamy spacer do następnego mostu.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Wschodni brzeg kanału jest bardziej zagęszczony: oprócz zabudowy mieszkalnej widać mniej lub bardziej opuszczone lokale, wieżę cerkwi oraz stadion miejscowego klubu Hajduk Kula. Stadion nie jest wcale taki mały, mieści prawie sześć tysięcy kibiców.
Obrazek
Obrazek

Najwyraźniej kanał zarasta tak mocno, że trzeba go trochę przefiltrować. Na wodę rusza specjalna maszyna do zbierania zielska i czyści przestrzeń przed drugim mostem, po którym wracamy w stronę centrum.
Obrazek
Obrazek

Zaglądamy do cerkwi św. Marka. Klasycystyczna z połowy XIX wieku, wnętrza ma skromne, podobnie ikonostas nie przytłacza całej reszty. Z głośników sączy się religijna muzyka.
Obrazek

Kawałek dalej stoi starszy o wiek kościół katolicki. Obie świątynie leżą przy ulicy Leninovej. Klepsydry przy drzwiach sporządzono głównie po węgiersku, są też po serbsku/chorwacku, ale w alfabecie łacińskim. Ciekawe kto ze Słowian tam uczęszcza? Chyba jednak przede wszystkim Chorwaci, mieszka ich w mieście kilkuset.
Obrazek

Idąc dalej ulicą Leninovą trafiamy na bar. Upał taki, że człowiek by się czegoś zimnego napił, ale Heinekena?? I jeszcze się chwalą taką ceną??
Obrazek

W zacienionym parku pierwszy dzisiejszego dnia spomenik. Wygrażający ręką facet stanął w Kuli w 1951 roku.
Obrazek

Podobnej wielkości jak Kula jest oddalony o dziesięć minut jazdy Vrbas (Врбас, węg. Verbász, niem. Werbass, rus. i ukr. Вербас). Po śmierci Tity aż do 1992 roku oficjalnie zwał się Titov Vrbas. I tu historia miejscowości znowu się powtarza: Madziary, Słowianie (lub odwrotnie), Turcy, znowu Madziarzy, Niemcy (przeważnie ewangelicy), wojna, Wehrmacht, SS, ucieczka, partyzanci, obozy, wywózki, socjalistyczny raj. Dziś Serbowie lekko przekraczają połowę ludności, ściga ich międzynarodówka z kilkunastu nacji (głównie Czarnogórcy, Rusini i Węgrzy). Parkuję z widokiem na zakład produkcji margaryny.
Obrazek

Przy głównym placu stoją tuż obok siebie dwa kościoły - ewangelicki i kalwiński (nie posiada na wieży krzyża, a gwiazdę). Ten pierwszy jest wyremontowany, drugi wygląda na opuszczony, podobnie jak otaczające go budynki.
Obrazek
Obrazek

W parku skromny spomenik. Bez żadnej postaci, tylko klasyczna czerwona gwiazda. Na sąsiednich ławeczkach siedzi lekko zamroczone towarzystwo i wydaje się być pochłonięte wielką zadumą prócz jednego faceta, który kręci się tam i z powrotem i drze się na siebie.
Obrazek

Oprócz świątyń centralny plac miasta musi pomieścić kilka reprezentacyjnych obiektów świeckich. Jest więc urząd gminy w stylu późnojugosłowiańskiego brutalizmu...
Obrazek

...a także Ruski kutak. "Kącik rosyjski", czyli Dom Przyjaźni Serbsko-Rosyjskiej. Powiewa też flaga Czarnogóry, bo w końcu według Serbów Czarnogórcy to Serbowie.
Obrazek

Pod siedzibą partii rządzącej oblepionej plakatami prezydenta z mocno nieaktualną liczbą kilogramów walają się cegły, a dostępu broni taśma. Był jakiś protest, czy dach zaczął się sypać?
Obrazek

Wyjeżdżając z Vrbasu uwieczniam jeszcze jeden przykład współczesnego eklektyzmu.
Obrazek

Za miastem wskakuję na autostradę. Od razu duży ruch, głównie "Niemcy", wszyscy pędzą na południe z bagażnikami wypełnionymi jedzeniem i prezentami. Zaczynają się wyścigi, biorą w nich udział również ciężarówki. Jakiś sportowy wóz zbyt wolno wyjeżdżał z parkingu, więc został zwyzywany trąbieniem przez tirowca. Potem sportowiec zawzięcie go gonił, aby się zrewanżować. Co jakiś czas z boku stoi samochód z zagotowanym silnikiem, spotkaliśmy też jedno odgrodzone auto z potężnym wyciekiem różnych płynów.
Obrazek

Za Nowym Sadem po raz trzeci na tym wyjeździe przekraczamy Dunaj. Nadal nie wjechaliśmy na Bałkany, one zaczynają się tutaj na Sawie. Po godzinie osiągamy przedmieścia Belgradu (Београд). W ten sposób opuściliśmy Baczkę i Wojwodinę jako prowincję, ale patrząc na nią jako historyczną krainę należącą niegdyś do Habsburgów, to cały czas w niej jesteśmy. A w stolicy nie byliśmy od dawna. Przetniemy jej północne dzielnice, żeby po raz czwarty przeskoczyć Dunaj. Główna droga od lotniska udekorowana jest flagami serbskimi, a także unijnymi i niemieckimi. Pokłosie niedawnej wizyty kanclerza Scholza, który przyleciał do Belgradu podlizywać się prezydentowi Serbii, Alaksandrowi Vučićowi. Na co dzień Vučić jest zły, bo kumpluje się z Putinem, ale podczas robienia interesów można o tym zapomnieć.
Obrazek

Stołeczność wyzwala u niektórych kierowców dodatkową agresję. Jak nie miną mnie z lewej, to z prawej, po awaryjnym. W pewnym momencie sunie na nim kawalkada kilku potężnych aut. Wszystkie czarne, ten sam model. Jacyś ministrowie śpieszą się do swoich obowiązków?
Niektóre banery przy autostradzie są wielce interesujące. Na przykład herby i flagi Serbii oraz Republiki Serbskiej z Bośni wraz z napisem "Nie jesteśmy narodem ludobójczym. Pamiętamy". O co tu chodzi??
Obrazek

To ślad ostatniej kampanii wyborczej Vučića. Nawiązał on do głosowania w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ nad rezolucją dotyczącą ludobójstwa w Srebrenicy. Serbscy politycy twierdzili, że to zamach na ich naród i grupowe oskarżenie o bycie ludobójcami, choć nic takiego w tekście nie padło; chodziło o potępienie negowania ludobójstwa i gloryfikowania zbrodniarzy wojennych, co przecież często ma miejsce w Serbii i w serbskiej części Bośni. Nawet serbska opozycja twierdziła, że te hasła to idiotyzm, gdyż nigdy w historii nie określono żadnego narodu jako ludobójczego, zawsze chodziło o konkretnych ludzi i instytucje, ale czego się nie robi dla ciemnego ludu... Wiele krajów nie wzięło udziału w głosowaniu, przeciwko były takie ostoje demokracji jak Rosja, Białoruś, Nikaragua, Kuba, Korea Północna i oczywiście Węgry, jednak rezolucję przyjęto. Vučić po swojemu ogłosił "moralne zwycięstwo" - skąd my to znamy?

Za Dunajem znów znaleźliśmy się w prowincji Wojwodina, ale tym razem w jej wschodniej części - Banacie. Mijamy Pančevo (Панчево, węg. Pancsova, rum. Panciov), siódme miasto w Serbii pod względem liczby mieszkańców. Na obwodnicy policja bawi się w łapanie kierowców na radarach, a poszczególne samochody rywalizują w konkursie na największy obłok dymu z rury wydechowej.
Obrazek

W Pančevie planowałem zrobić większe zakupy, znaleźliśmy nawet centrum handlowe. Okazało się tak nowoczesne, iż nie posiadało sklepów spożywczych, za to bez ograniczeń można było nabyć ciuchy, telewizory i hulajnogi.
Za Pančevem, pośrodku niczego, znajduje się wioska Bavanište (Баваниште, węg. Homokbálványos). Postanawiam do niej odbić, zwłaszcza, że wszędzie wiszą różne plakaty w serbskich barwach narodowych. Faktycznie miejscowość zamieszkują niemal sami Serbowie, którzy podkreślają swój patriotyzm m.in. odpowiednim malowaniem pieca grillowego ;).
Obrazek

Jeśli chodzi o parasole, to musieli się ratować importem z Unii Europejskiej :P.
Obrazek

Bavanište ma status wsi, ale dość dużej, ponad pięciotysięcznej. Być może dlatego uszczęśliwiono je spomenikiem. W tym przypadku forma jest z gatunku "co autor miał na myśli?".
Obrazek

Skoro jesteśmy w tematyce wojennej, to na jednej ze ścian trafiam na tablicę dotyczącą wydarzeń sprzed trzech dekad. Jeden młody chłop zginął jako żołnierz jugosłowiański, więc pewnie poborowy. Drugi pod sam koniec wojny w Bośni jako ochotnik SRS. Nie wiem co to za formacja - może bojówki Serbskiej Partii Radykalnej (Srpska radikalna stranka)? Do takich nie wstępowali grzeczni chłopcy...
Obrazek

Znowu plakaty Vučića. Z każdym zdjęciem coraz pulchniejszy, władza tuczy.
Obrazek

Cerkiew z XVIII wieku ukryta jest za drzewami, więc nie zrobię zdjęcia całej sylwetce, ale próbuję zajrzeć do środka. Nic z tego, zamknięta na głucho. Moim poczynaniom przygląda się podejrzliwie siedzący w pobliżu facet, lecz nic nie mówi.
Obrazek

Sporo budynków ma ponad stuletnią metrykę.
Obrazek

Na skrzyżowaniu widzę drogowskaz w stronę monastyru. Nie planowałem go, ale cóż szkodzi podskoczyć? Okazało się, że to był pierwszy i ostatni znak, potem zaczęła się jazda po omacku ulicami osiedla... Może mnisi nie chcą aby ich odwiedzano? No właśnie...

Manastir Bavanište leży około kilometra od wioski, otoczony drzewami. W obecnej postaci działa od 19. stulecia. Na niedużym parkingu pusto, wokół żywej duszy.
Obrazek

Przy furtce wiszą groźne kartki z zakazem wstępu w nieskromnych ciuchach. Norma. Ale tu zabraniają nawet wejścia w klapkach! A przecież to serbskie obuwie narodowe!
Za murem błyszczy się nieduża cerkiew. Nie zdążyłem przestawić opcji w aparacie, a wyszedł z niej wielki, ponury mnich i obrzucił nas niechętnym spojrzeniem.
- W bermudach nie można tu wejść - wycedził.
- Mogę założyć to - pokazuję chusty wiszące obok drzwi.
- One są dla kobiet. Proszę opuścić teren monastyru.
W pierwszym momencie go nie zrozumiałem. Myślałem, że sugeruje, abym wrócił się do auta i coś ubrał. Zaczynam tłumaczyć, że w taki upał wszystko jest głęboko pochowane.
- Nie, proszę w ogóle wyjść. Verstehen Sie Deutsch? Entschuldigung.
No to wyszliśmy.
Nie pierwszy raz jestem przy prawosławnym klasztorze. Bardzo rzadko się zdarzało, aby ktoś się czepiał ubrania. Ba, wczoraj w Somborze podczas liturgii praktycznie każdy wierny był w stroju niezgodnym z zaleceniami: krótkie spodnie, laćki, odkryte damskie ramiona i kolana... Kilka razy polecono mi coś założyć, więc zakładałem jakąś chustę, spodnie i kieckę. A tu nie, bo nie! Nie ma nic dla mężczyzn, trzeba po prostu spadać i już.
- Nie dziwię się, że nikogo tu nie ma - kręcę głową. - Z nudów zdziczeli i im odbija.
Na szczęście to nie ostatni monastyr na tym wyjeździe, więc kij mu w brodę.
Obrazek

Ostatnią miejscowością w której się zatrzymujemy jest Kovin (Ковин, węg. Kevevára, rum. Cuvin, niem. Temeschkubin). To już te okolice, że coraz bliżej do Rumunii, a pobliski Dunaj płynie nie na południe, lecz na wschód. Przez miasto wielokrotnie przejeżdżałem, ale nigdy nie stawałem. Tym razem zerknę do centrum, a przy okazji zrobi się zakupy.

Kovin jest oficjalnie trójjęzyczny (serbsko-węgiersko-rumuński), choć osiemdziesiąt procent stanowią Serbowie. Sto lat temu dominowali Niemcy, potem Serbowie, Rumunii, a Węgrzy dopiero na czwartej pozycji.
Obrazek
Obrazek

Zaczynam od zajrzenia do niewielkiego parku. Pomnik w kształcie książki udekorowany wysuszonym wieńcem upamiętnia ofiary ostatniej dekady XX wieku: od 1991 do 1999, czyli od początku wojen w Jugosławii do bombardowań NATO. W tle zamknięty kościół katolicki św. Teresy z Avili.
Obrazek

Zabytkowych kościołów posiada Kovin trzy. Oprócz katolickiego są dwa prawosławne: serbski i rumuński. Ten drugi stoi przy pobliskim deptaku, więc udało mi się go częściowo złapać na zdjęciu. Niestety, również był zamknięty; w ramach pocieszenia uwieczniłem bramę, która pochodzić będzie jeszcze z czasów austro-węgierskich.
Obrazek
Obrazek

Nie mogło zabraknąć murali. Jeden z nich przedstawia Željko Obradovića, jednego z najlepszych trenerów koszykówki na świecie. W 1992 roku z Partizanem Belgrad sięgnął po mistrzostwo i Puchar Jugosławii oraz po mistrzostwo Ligi Europejskiej FIBA. Był to pierwszy sezon jego kariery trenerskiej, która trwa do dzisiaj.
Obrazek

Zaglądam pomiędzy bloki na podwórze, a tam kałuże... Ciekawe kiedy ostatni raz u nich padało?
Obrazek

Wyjeżdżamy z Kovina w tym samym kierunku co zawsze, czyli w stronę Beli Crkvi.
Obrazek

Tutejsza część Wojwodiny jest mniej gęsto zaludniona niż północ. Pomiędzy wioskami potrafi być kilka kilometrów kompletnego pustkowia. I właśnie na jednym z nich staję po kilkudziesięciu kilometrach jazdy. Te okolice nazywane są Deliblatską peščarą. Pierwotnie była to pustynia, pozostałość po dnie Morza Panońskiego. W XIX wieku zaczęto ją obsadzać drzewami. Pustynia zmieniła się w półpustynię, największą w Europie, a obecnie ma charakter stepowy z mocnym pofałdowaniem terenu.
Obrazek
Obrazek

Na horyzoncie majaczą kominy elektrowni w Kostolacu, to już za Dunajem, na Bałkanach. Patrząc bardziej w lewo dojrzymy rumuńskie góry.
Obrazek
Obrazek

I na tym przecinanie po skosie Wojwodiny się zakończyło; jeszcze kilkanaście minut i będziemy w Beli Crkvi, gdzie zakotwiczymy na trzy noce.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 24-09-2024 17:15

Bela Crkva (miasto w Wojwodinie z oficjalnymi nazwami w czterech językach - Бела Црква, Fehértemplom, Biserica Albă, Bílý kostel, do tego historyczne Weißkirchen) to najczęściej odwiedzana przeze mnie miejscowość podczas wyjazdów do południowo-wschodniej Europy. To już piąty raz. Przyciąga nas kemping położony nad jednym z kilku tutejszych jezior, dawnych wyrobisk żwiru. Kemping jest swojski, z umiarkowanymi cenami i oferuje ładne widoki na wodę, gdy rano człowiek nie potrafi spać.
Obrazek
Obrazek

Oprócz odpoczywania i kąpania się od trzech lat wykorzystuję pobyt także na zwiedzanie rowerem okolicy. W 2022 roku wybrałem się nad kanał Dunaj-Cisa-Dunaj i nad granicę rumuńską (Bela Crkva to gmina graniczna, Rumunia otacza ją z trzech stron). W ubiegłym odwiedziłem serbskich Czechów w maleńkiej wiosce, jedynej w Serbii zamieszkałej niemal w całości przez Pepików. Tym razem chciałem połączyć jedno z drugim: zajrzeć do innej wioski z czeskim osadnictwem, a jednocześnie przejechać się przy granicy serbsko-rumuńskiej. Rowery można wypożyczyć na kempingu, ale wyglądają one coraz gorzej: wydaje się, że po zakończeniu sezonu sprzęt jest jesienią pakowany do komórki, a wiosną wyciągany bez żadnej konserwacji i remontów. Już ostatnim razem blokował się hamulec, tym razem jedyny egzemplarz zdolny do dalszej jazdy wygląda jeszcze gorzej. Szybko okazuje się, że:
* tylny hamulec nie działa w ogóle,
* przedni na słowo honoru, pewniejsze okazują się stopy,
* nie wskakuje część przerzutek, a ostatnie dwie godziny bałem się w ogóle cokolwiek zmieniać, bo ciągle spadał łańcuch,
* plastikowa osłona przy łańcuchach najpierw zaczyna się ruszać, a potem odpada, trzymając się tylko na pedale.
Dodatkowo siodełko niemiłosiernie wbija się w tyłek, a rączki są skrajnie niewygodne. Cóż, nikt nie obiecywał, że będzie lekko.

Po pierwszych dwóch kilometrach przypominam sobie, że w moim plecaku leży piwo, które miałem wsadzić do lodówki na kempingu. Nie chce mi się zawracać, więc chowam je... w krzakach. Może żaden żul nie znajdzie i nie wypije ;).
Obrazek

Centrum Beli Crkvi jest rozkopane, chyba wymieniają kanalizację. Muszę przeskakiwać nad rowami i pilnować, żeby nie wpaść do dziur, które zmieniły się w małe baseny. Niebieskie znaki drogowe, pochodzące jeszcze z czasów nieboszczki Jugosławii, wskazują, że do Rumunii mam jedenaście kilometrów, jednak ja będę do niej jechał bardziej okrężną trasą.
Obrazek

Zanim opuszczę miasto chcę jeszcze zajrzeć na cmentarz. W każdym roku odkrywam coś nowego w tej miejscowości i coraz mniej białych plam mi zostało - w ubiegłym roku zobaczyliśmy cmentarz katolicki, teraz przyszła kolej na prawosławny. Leży on na skrzyżowaniu dróg Kosowskiej i Sarajewskiej. Przypadek?
Nie spodziewałem się, że nekropolia będzie aż tak interesująca! Zachowało się na niej kilka pięknych, acz zaniedbanych kaplic-grobowców. Jedna z nich kojarzy się z architekturą osmańską. Oprócz nich cmentarz posiada własną niewielką cerkiew.
Obrazek
Obrazek

W grobowcach pisano po łacinie, serbsku i rumuńsku. Zdarzało się, że mąż był Rumunem, a żona Serbką. Nie ma tutaj napisów węgierskich i niemieckich, gdyż te nacje grzebano na cmentarzu katolickim.
Obrazek
Obrazek

Wśród pozostałych grobów także jest sporo ciekawostek. Na cmentarzu chowano Rosjan, którzy uciekli z kraju po rewolucji październikowej: Bela Crkva była największym skupiskiem białogwardzistów w międzywojennej Jugosławii, przybyło ich tutaj ponad dwa tysiące, założyli własną szkołę kadetów. Ich historia skończyła się w 1944 roku, po wkroczeniu komunistycznych partyzantów.
Obrazek

Niedaleko znajdziemy Pomnik Poległych oraz zbiorowe mogiły rosyjskich żołnierzy z czasów Wielkiej Wojny, którzy zmarli tutaj w niewoli.
Obrazek
Obrazek

Wreszcie nie mogło braknąć rozmaitych partyzantów Broz Tity.
Obrazek

Przechadzanie się pomiędzy grobami przerywa nagły ból w lewej stopie! Zaglądam, a spod sandała wylatuje osa! Cudownie, zaraz na początku zostałem dziabnięty! Kuśtykając docieram do roweru i wracam na ulice miasta, pedałuję w stronę kościoła katolickiego.
Obrazek

Wielokrotnie pisałem, iż większość Wojwodiny jest płaska jak młoda dziewczyna. Są jednak wyjątki, okolice Beli Crkvi są jednym z nich ;). Zaraz za końcem zabudowy zaczyna się mocny podjazd, prawie wyzionąłem na nim ducha. Z zazdrością patrzę na rowerzystę, który śmiga z góry.
Obrazek

Po wjeździe zatrzymuję się na chwilę na skraju łąki, aby spojrzeć w dal. Tereny za pasem drzew to już Rumunia, niewielkie góry osiągają wysokość 500 metrów.
Obrazek

Mijam tablicę kończącą miejscowość. Przy każdej drodze jest ona trochę inna. Ta od strony kempingu posiadała cztery wersje (brakowało serbskiej w alfabecie łacińskim) oraz inną kolejność języków: węgierski był wyżej niż rumuński, odwrotnie niż tu. Mogliby się jakoś zdecydować.
Obrazek

Słoneczniki, nieodłączny element każdego wyjazdu na południe, są w tym roku wyjątkowo słabe. Wypalone, przejrzałe, chylące się ku ziemi. Nigdy nie widziałem ich w tak kiepskiej formie.
Obrazek

Teren się wypłaszczył, więc jedzie się lepiej. Po pewnym czasie trafiam na świeżej daty krzyż, przy którym złożono... kierownicę!
Obrazek
Obrazek

Po niecałej pół godzinie pojawiają się tablice rozpoczynające wioskę Kruščica (Крушчица, węg. Körtéd, czes. Kruščice). To jedna z osad, gdzie w latach 30. XIX wieku osiedli czescy koloniści. Początkowo mieszkali we wschodniej (dziś rumuńskiej) części Banatu, ale ciężkie warunki klimatyczne spowodowały, że przenieśli się na bardziej urodzajne i łagodniejsze dla uprawy tereny. Czesi nie przybyli na gołą ziemię, w miejscowości mieszkali już Wołosi (Rumuni) oraz Serbowie. Później dołączyli do nich rodacy z rejonu Pilzna i Klatova, skąd pochodzili pierwotnie migranci. O ile odwiedzone przed rokiem Češko Selo jest niemal całkowicie czeskie, o tyle w Kruščicy Czesi stanowią około jednej czwartej lub jednej piątej ludności. Češko Selo było malutką wioseczką liczącą kilkudziesięciu mieszkańców, Kruščica ma ich prawie tysiąc, więc w sumie Czechów spotkamy tutaj więcej. Przynajmniej teoretycznie.
Obrazek

W praktyce obecności Czechów prawie nie widać. Rok temu witały mnie czeskie flagi i dwujęzyczne napisy, ulice Havla i Masaryka, a z miejscowymi uciąłem sobie długą pogawędkę po czesku o tym, jak się żyje w Serbii. W Kruščicy brak czeskiej nazwy miejscowości, choć zgodnie z prawem powinna się znajdować na tablicy. Próżno szukać znajomych flag czy ulic, a miejscowi zajmują się smarowaniem na murach serbskich flag i zaproszeń na jakieś turnieje czy otwarcie parku.
Obrazek
Obrazek

Lekko rozczarowany podjeżdżam pod jedną z dwóch świątyń. W niej można odnaleźć czeski ślad: świątynię w 1912 roku wybudowali potomkowie przybyszów z Korony Czeskiej, jest katolicka i posiada arcyczeskiego patrona, czyli św. Wacława. Podobno kościół nadal jest używany w każdą niedzielę, a msze odbywają się po czesku.
Obrazek

Tuż obok niej znajduje się Český dům, o czym informuje po czesku mała tabliczka będąca częścią ścieżki historycznej Toulky srbským Banátem. Dom postawiono w 1967 roku, trzy lata po zamknięciu czeskiej szkoły w wiosce. Choć procent Czechów pozostaje od stu lat na tym samym poziomie, to jednak spada ogólna liczba mieszkańców, a więc i Pepików. W pewnym momencie szkoła stała się niepotrzebna. Jak przeczytałem w internecie, lekcje języka czeskiego prowadzone są prywatnie przy wsparciu Republiki Czeskiej. Działa również Česká Beseda, jedno z najstarszych w tych stronach czeskich stowarzyszeń kulturalnych. Posiadają zespół artystyczny, który sam wymyślił sobie stroje ludowe (podobnie często ma się rzecz w Polsce na Ziemiach Wyzyskanych). Wzorowano się na historycznych ciuchach znad Wełtawy, do których dodano motyw gruszki, bo właśnie od tego owocu osada wzięła swą nazwę. Dopiero po powrocie do domu dowiedziałem się, że kilka dni wcześniej Česká Beseda zorganizowała w Kruščicy międzynarodowy festiwal folklorystyczny.
Na zdjęciu można także zobaczyć moją wspaniałą maszynę ;).
Obrazek

Niestety, przegapiłem cmentarz, więc ograniczam się do lustracji klepsydr. Pisane są wyłącznie po serbsku, ale na niektórych pojawiają się typowe czeskie imiona i nazwiska. Jednak coś z tej czeskości zostało.
Obrazek

W XIX wieku miejscowi Czesi trudnili się głównie rolnictwem, ale pracowali też przy budowie kolei, a nawet transportem końskimi powozami węgla z kopalń nad Dunajem. Pewnie ważną rolę odgrywało także winiarstwo, mocno zniszczone w czasach komunizmu. Czym się dziś zajmują? Nie wiem, ale kilku panów spotykam pod sklepem. Kiwam im głową, patrzą się trochę podejrzliwie, ale szybko wracają do poprzedniej czynności, czyli niespiesznego popijania piwa i zaangażowanych dyskusji. Jest środek tygodnia i zbliża się południe, więc chyba nie mają nic innego do roboty. A tak, chroniąc się w cieniu i wietrząc gołe klaty, mogą rozwijać się społecznie.
Opieram rower o ścianę, kupuję sobie zimnego radlera i przysłuchuję się z boku rozmowom, ale prowadzone są po serbsku. O wszystkim i o niczym.
Obrazek

Po przerwie i nawodnieniu ruszam dalej. Kawałek za kościołem katolickim jest cerkiew prawosławna św. Dymitra z końca XIX wieku.
Obrazek

Im bardziej oddalam się od świątyń, tym robi się biedniej. Wiele domów jest opuszczonych, z niektórych zostały tylko ruiny. Później kończy się asfalt.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na obrzeżach Kruščicy położone jest boisko miejscowego klubu piłkarskiego FK Ratar. Jak informuje tablica przy szatniach, obiekt jest współfinansowany przez rząd Czech. Wygląda jednak dość marnie, a opuszczony budynek obok bramy sprawia wrażenie kostnicy z horroru, wieje od niego chłodem i padliną... Inna tablica przypomina jakieś wiekopomne wydarzenia z historii ruchu komunistycznego.
Obrazek

Kruščicę opuszczam szutrową drogą w kierunku wschodnim, ku Rumunii. Według mapy powinien mi towarzyszyć czerwony szlak i rzeczywiście co jakiś czas widzę znaczki w takim kolorze. Podejrzewam, że wymalowali go Czesi z Czech, którzy odpowiadają także za wyznaczenie i utrzymanie niektórych tras w Rumunii. Przemykam obok dzikiego wysypiska śmieci oraz obok dużego prawosławnego krzyża ustawionego obok ścierniska. Zegar na wieży kościoła św. Wacława już dawno temu wybił dwunastą, zrobił się straszny hyc, a mimo to czasem trafiam też na śmierdzące kałuże.
Obrazek

Na horyzoncie ładnie widoczne są Góry Wrszackie (Vršačke planine, Munții Vârșeț). Na lewo ich najwyższy szczyt - Gudurički vrh. Na prawo Vršišor, leżący praktycznie dokładnie na granicy serbsko-rumuńskiej.
Obrazek

A propos granicy... znacznie bliżej pojawia się samotna wieża przypominająca komin, ale to dawna wieża obserwacyjna jugosłowiańskich pograniczników. Słupki graniczne biegną prawdopodobnie w linii krzaków, a kępa drzew wraz z kilkoma (opuszczonymi?) domami leży już w Rumunii. W tym momencie od tego kraju dzieli mnie około kilometra.
Obrazek
Obrazek

Szlak i główna polna droga skręca w prawo. Gdybym jednak zdecydował się jechać prosto, to po jakiś czterystu metrach stanąłbym przy granicy, a po kolejnych dwustu trafiłbym na schowany wśród drzew posterunek serbskiej straży granicznej. Nie mam ochoty na żadne potencjalne rozmowy, więc grzecznie odbijam jak znaki wskazują.
Obrazek

Teraz zamiast na północ, będą się gapił na wschód. W oddali bieleją elektrownie wiatrowe w okolicy miasta Oravița (węg. Oravicabánya, niem. Orawitz), oddalonego o niecałe dwadzieścia kilometrów. A za nimi kopce pasma Munții Aninei, po polsku tłumaczone jako Góry Aninei lub Góry Anińskie. Są makroregionem Gór Banackich (Munții Banatului) i w przeciwieństwie do sąsiednich Gór Wrszackich należą do Karpat Południowych. Dodam jeszcze, że kopulasta górka z prawej zwie się Tîlva Mare.
Obrazek

Moja rozjechana traktorami droga wjeżdża w las, po czym po jego opuszczeniu zmienia się w... mocno zarośniętą miedzę pomiędzy dwoma polami słoneczników. Ewidentnie żaden turysta z niej dawno nie korzystał, gdyby nie ciężki sprzęt, to nie wiem, czy udałoby się nią w ogóle przejechać. Pedałując non stop walczę z atakującymi mnie roślinami, różne chwasty smagają mnie po nogach i atakują okolice krocza.
Obrazek

Nagle kończy się też miedza i po prostu staję przed polną ścianą. I co teraz? Przebijać się na żywioł czy zawrócić? Zerkam w lewo, tam pole już skoszono, więc postanawiam przejechać kawałek skrajem w kierunku dziwnej białej budki. Budka okazała się przyczepką, a za nią majaczy ślad drogi, która prowadzi w interesującym mnie kierunku. No to jedziemy dalej!
Obrazek

Na wschodzie warczy traktor, a dalej stoją kolejne wieże obserwacyjnej, nowszej już generacji. Widziałem takie na granicy chorwackiej oraz dwa lata temu przy Dunaju. Podejrzewam, że skonstruowano je w ostatniej dekadzie istnienia Jugosławii.
Obrazek
Obrazek

Nadal jestem na górce, na którą wjechałem po opuszczeniu Beli Crkvi, więc są ładne widoki na prawie wszystkie strony.
Obrazek
Obrazek

Ponownie Rumunia za pagórkiem: na tym zdjęciu widać samochód dostawczy jadący po ichniejszej drodze krajowej nr 57. To jakieś dwa kilometry ode mnie.
Obrazek

Pomarańczowy budynek policji granicznej, na prawo schowane za drzewami dachy przejścia granicznego po rumuńskiej stronie. Przy zbliżeniu można dostrzec rumuńskie flagi powiewające na słupach.
Obrazek

A to najbliższa wioska, jeszcze serbska. Do niej właśnie się kieruję.
Obrazek

Znowu pojawia się las i... oznaczenia szlaku. A więc cały czas dobrze jechałem, po prostu ktoś sobie zaorał to i owo, normalka. Zaczyna się ostry zjazd. Pofałdowana ziemia trzęsie niemiłosiernie rowerem, pół działającego hamulca również nie pomaga. Kiedy w końcu znalazłem się na dole, to w korycie jakieś wyschniętego potoku trafiłem na tak wciągające błoto, że ledwo się z niego wydostałem! Zziajany, spocony i z bolącymi od hamowania kończynami wpadam do Kaluđerova (Калуђерово, Szőlőshegy). Wioska na samej granicy nie epatuje zamożnością.
Obrazek
Obrazek

Niemal wszyscy mieszkańcy to Serbowie, spis wskazał oprócz nich tylko jednego Czecha i jednego "muzułmanina z narodowości". Mimo to przy wjeździe do miejscowości jest też nazwa węgierska i jeszcze jedna (albo czeska albo rumuńska), a tablice urzędowe wiszą w czterech językach obowiązujących w gminie Bela Crkva. Tym bardziej dziwi ten brak konsekwencji, biorąc pod uwagę jedną nazwę w Kruščicy oraz brak zdecydowania w przypadku języka czeskiego (bo powinien być Bílý Kostel).
Obrazek

Cerkiew prawosławna z 1872 roku, przy niej biały krzyż z datą 1820 i półnagi mężczyzna w klapkach.
Obrazek

Kilkaset metrów za świątynią jest serbskie przejście graniczne. Ruchu za dużego nie widać.
Obrazek

Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie skoczyć do najbliższej rumuńskiej miejscowości. Pomyślałem jednak, że jakby mi się tak rozkraczył tam rower, to mógłbym mieć później problem wrócić z nim do Serbii. A to nawet nie połowa dzisiejszej trasy. Z żalem więc odpuściłem i podszedłem pod niedaleki sklep. Wziąłem z półki zimne piwo, a nieuprzejma kobieta za ladą coś wymamrotała. Nie zrozumiałem.
- Dinary czy leje? - syczy. Ano tak, oczywiście, że dinary.
Siadam na zewnątrz na ławce. Starszy facet, pewnie małżonek nieuprzejmej baby, zapytuje o godzinę, a następnie głęboko wzdycha i zabiera się za opróżnianie wszystkich okolicznych pojemników.
Przy sklepie co kilka minut zatrzymuje się samochód na rumuńskich blachach albo Cyganie na niemieckich. Zakupy robią raczej nieduże, głównie patrzą na ceny i jadą dalej. Rok temu miejscowi Czesi mówili, że u Rumunów jest taniej niż w Serbii, ale pewnie papierosy nadal stoją tu niżej niż w EU.

Po przerwie znów wskakuję na rower i sunąc na zachód tymczasowo oddalam się od granicy. Najpierw muszę ponownie podjechać pod górkę, mijam zamkniętą restaurację i zaczynam dłuuugi zjazd. Jednocześnie z lekkim niepokojem spoglądam na niebo, które od północy przybrało ciemne barwy jakby nadchodziła chmura burzowo-deszczowa.
Obrazek

Spoglądam w bok wypatrując skrętu do jeszcze jednej granicznej wioski. Szukam go, szukam i tak... dojeżdżam z powrotem do Beli Crkvi! Okazało się, że interesująca mnie droga była niewielką pylistą szutrówką przez pola, takich tutaj wiele, więc zwyczajnie nie przyszło mi do głowy, że to ona! Patrząc na wieże cerkwi na cmentarzu, którą oglądałem kilka godzin wcześniej, zastanawiam się, czy nie olać wszystkiego i po prostu wrócić na kemping. Bolą mnie kolana, bolą mnie ręce od ciągłego szarpania za rączki a rower zaczął coraz bardziej odmawiać posłuszeństwa, lecz jednak zew przygody wygrywa i ruszam do owej wioski główną arterią, nadkładając ponad sześć kilometrów. Gdy widzę tabliczkę rozpoczynającą Kusić (Кусић, Kusics) jednocześnie mam wszystkiego dość, ale i jestem z siebie dumny.
Obrazek

Kusić jest większą mieściną, bo liczy ponad tysiąc mieszkańców, choć to i tak o ponad połowę mniej niż przed wiekiem. Ponad osiemdziesiąt procent stanowią Serbowie, jest też kilkunastoprocentowa grupa Cyganów, których domy mijam na samym początku.
Obrazek

Zaglądam pod cerkiew, ale ta ma zamkniętą nawet bramę. Przez chwilę waham się nad sklepem przy którym urzęduje kilku żulików, jednak zwalczam tę pokusę i ruszam dalej ulicą Marszałka Tito, na której kończy się asfalt. Zamiast niego trafiam na studnię stojącą pośrodku duktu.
Obrazek

Cmentarz wiejski to jeden z takich serbskich końców świata. Szutrówka za płotem prowadzi do posterunku pograniczników, ale ja skręcam w prawo.
Obrazek

Wkrótce widzę pierwsze słupki graniczne.
Obrazek

Granica z Rumunią biegnie tutaj dziwnie, bowiem szeroką łąką, ale... zygzakami. Podejrzewam, iż przy podziale Banatu w latach 20. ubiegłego wieku ustanowiono ją na rzece Nera, lecz ta później zmieniła swoje koryto. W efekcie rzeka płynie sobie kawałek niżej na południe, a granica wywija zawijasy na pastwisku.
Obrazek
Obrazek

Dosłownie na pastwisku, bowiem na trawie pasą się setki owiec. Jest również sklecony z byle czego szałas, już po rumuńskiej stronie. Na pewno używają go obywatele Serbii, jeden z nich idzie w moją stronę z psami i rowerem, przechodzi sobie spokojnie granicę i wchodzi na wał, którym jadę. Łąka jest w większości rumuńska, lecz od Rumunii nie dostaniemy się na nią suchą stopą, więc Serbowie wykorzystają sytuację i trzymają na niej swoje zwierzęta. Ciekawe, czy mają na to zgodę Rumunów czy na łapu capu? Myślę, że jednak musiały być na to odpowiednie zgody, bo szałas to konstrukcja stała i raczej nikt by nie ryzykował, że przez całe miesiące będzie tam mieszkał na nielegalu, nawet Cyganie; mogłaby by wybuchnąć afera międzynarodowa. Chociaż, może się mylę... Serbowie też mają swoje enklawy na drugim brzegu Nery, ale są to przeważnie tereny leśne.
Obrazek
Obrazek

Kusiło mnie, aby też przejść za słupek, najbliższy jest kilka metrów ode mnie. Powstrzymałem się jednak, bo co uchodzi miejscowym to niekoniecznie turystom z zagranicy. Co prawda nigdy przy Beli Crkvi nie widziałem straży granicznej, lecz po co niepotrzebnie kusić licho? Żałowałem tylko, że nie skorzystałem z rumuńskiego zasięgu i nie zadzwoniłem do domu po unijnych stawkach ;).
Obrazek

Białe niskie słupki noszą daty z lat 50. i zawierają literki PC (Република Србија), są to więc znaki serbskie. Czy zatem szare wysokie słupki należą do Rumunów, czy może oznaczają dokładny przebieg granicy, a rumuńskich tu w ogóle nie ma?
Obrazek

Kucić ma takie położenie, że bliżej mu do rumuńskich osad, niż do serbskich. Za drzewami widać wieżę monastyru przy wiosce Zlatița (serb. Златица, węg. Néraaranyos). Oddalony jest o około pół kilometra, natomiast do Beli Crkvi mamy stąd kilometrów pięć. Zlatița to typowa wymieszana narodowościowa miejscowość Banatu: w czasach Austro-Węgier najwięcej było tam Serbów, nieco mniej Rumunów i jeszcze Czesi. Dziś Rumunii są najliczniejsi, ale Serbów nadal mieszka dużo i do tego jeszcze setka potomków kolonistów znad Wełtawy, którzy posiadają swój katolicki kościół św. Wacława.
Obrazek

Ciekawe, czy tu też nie można fotografować ziem sąsiedniego kraju jak w niektórych polskich województwach?
Obrazek

Niedokończony most na potoku (?) Jaruga, oddzielającym mnie od Kusića.
Obrazek

Granica się oddala, a na łąkach zamiast owiec pojawiają się całe tabuny śmieci. Musieli je wywozić masowo!
Obrazek

Jadę na zachód ziemnymi drogami, totalnie na wyczucie, od pewnego momentu nie jestem już pewien, czy to dobry kierunek. Przecinam lasy, mijam jeziorko. Na skraju pola trafiam na wieżę obserwacyjną, taką samą jaką widziałem obok Kruščicy. Ceglana konstrukcja, z otworami strzelniczymi pośrodku. Stawiam, że to koniec lat 40. lub następna dekada ubiegłego wieku, kiedy to Tito miał na pieńku ze Stalinem.
Obrazek

Dojeżdżam do asfaltu i wreszcie wiem, gdzie jestem. Zaglądam jeszcze nad Nerę, która tym razem na pewnym odcinku w całości jest serbska. Znajduje się tam nieoficjalne kąpielisko, więc spotykam sporo osób i samochodów, niektórzy siedzący w wodzie mi machają :P.
Obrazek

Znad Nery już tylko kilka kilometrów do Beli Crkvi. Znowu udaje mi się zobaczyć nowe zakątki...
Obrazek

...lecz w głowie mam tylko wizję czegoś zimnego do picia! I nagle, jak w jakiejś bajce, pojawia się bar. Prawdziwa spelunka i to na drodze do kempingu! W ogródku siedzi tylko właściciel, ogląda telewizję i wytrwale poluje na muchy. Wieczorem pewnie lokal się zapełni. Zziajany zamawiam piwo i colę.
- Piwo i cola? - dziwi się chłop. To prawie jakby w Czechach zamówić piwo z sokiem. Wypijam prawie duszkiem, lekko stawia mnie na nogi. Na ekranie telewizora pojawia się gębą prezydenta Serbii, lecz barman szybko z niesmakiem zmienia kanał.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4990
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Śladem spomeników

Postautor: buba1 » 02-10-2024 12:34

I nadal sporo tu zieleni, klombów z kwiatami, drzew.


Wiele razy się zastanawiałam od czego to zalezy, ze na Bałkanach nie wycinają tak wszedzie drzew jak u nas. I to juz na Węgrzech sie zaczyna. Czy bardziej lubią zielen? Czy nie mają kija w d.. jak listek upadnie na auto? Czy to raczej kwestia cieplejszego klimatu i dlatego umiejetnosc docenienia cienia?

Na ścianach powieszono tablice urzędowe po serbsku, chorwacku


Te języki się jakos od siebie różnią? Bo wrecz kiedys słyszałam o mozliwosci nauki języka "serbochorwackiego"

O co chodzi przy innych pomnikach ciężko stwierdzić, bo wyglądają jak wystawka złomu, którego nikt nie zabrał.


Taka sztuka nowoczesna to mi sie nawet całkiem podoba! :D

A tam na Teresę rzuca się... jamnik inwalida! Ma niesprawne tylne nogi, więc poruszał się na wózku, lecz i tak próbował atakować.


Może to jest odpowiedz jak został inwalidą? ;) Ktoś mu juz kiedyś zapodał odpowiednio solidnego kopa, a ten sie nic nie nauczył?
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 03-10-2024 19:19

buba1 pisze:Wiele razy się zastanawiałam od czego to zalezy, ze na Bałkanach nie wycinają tak wszedzie drzew jak u nas.


myślę, że pod wpływem wzrostu zamożności zmienia się postrzeganie świata. To, co jeszcze do niedawna było fajne, naturalne, nagle staje się zaplutym karłem reakcji i do usunięcia.
Ale na Bałkanach też nie jest idealnie - np. centrum Skopje to betonoza. W Somborze te parki i drzewa są częścią historycznych ulic, może dlatego się ostały?

Te języki się jakos od siebie różnią? Bo wrecz kiedys słyszałam o mozliwosci nauki języka "serbochorwackiego"

zależy kogo spytasz :P Chorwat i Serb odpowiedzą, że oczywiście iż się różnią :P Lingwiści powiedzą, że różnice są niewielkie, mniejsze niż pomiędzy poszczególnymi dialektami innych języków


Może to jest odpowiedz jak został inwalidą? ;) Ktoś mu juz kiedyś zapodał odpowiednio solidnego kopa, a ten sie nic nie nauczył?

jamniki mają to do siebie, że się nie uczą pewnych rzeczy :P
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 04-10-2024 10:44

Na kemping wracam wymiętoszony jak stary płaszcz! Miało być trzydzieści pięć kilometrów, a wyszło ponad pięćdziesiąt. Kolejny dzień przeznaczam na relaks i taplanie się w jeziorze!
Obrazek

Jak już wspominałem: kemping w Beli Crkvi jest fajny. Główną klientelą są Serbowie, chociaż zdarzają się bardziej egzotyczni goście - w tym roku był to młody chłopak o hebanowej skórze. Z dziećmi mówił po serbsku, ale z mamą po angielsku. Z międzynarodowego towarzystwa są Brytyjczycy, których terenówkę oblepiono pamiątkami z większości Europy. Jest kamper rumuński, słoweński i niemiecki (obsada tego ostatniego zawsze tkwi w tej samej pozycji, nawet się zastanawiałem, czy żyją). Są dwie Francuzki na rowerach. I Czesi w namiocie na jedną noc. A także Bośniacy. Nikt z nich nie rzuca się w oczy, bo prawie cały czas siedzą przy laptopach. My po raz trzeci śpimy w przyczepie rodem z Holandii. Właściciel kempingu był na tyle miły, że zarezerwowaną zamienił na lepszą, z zadaszonym wejściem. Leżaki musiałem samemu ukraść z plaży ;).
Obrazek

Kolejny plus to względny spokój. Na sąsiednim kempingu cały czas hałasuje muzyka, którą czasami słychać przez jezioro, choć na ich plaży prawie nikt się nie kąpie. Dochodzą też stamtąd dziwne piski, jakby godzinami zarzynano prosiaka. Z szosy dobiega warkot ścigających się motocykli, a za płotem na polach... ścigają się traktory. Nasz kemping Oaza wydaje się enklawą zawieszoną w lenistwie i braku pośpiechu.
Obrazek

Jedynym prawdziwym minusem jest odległość od gastronomii. Najbliższa znajduje się nad głównym z belocrkvińskich jezior, czyli dwa i pół kilometra od kempingu. Niby niedużo, ale w dwie strony robi już się pięć. Rok temu stołowaliśmy się tam w jednej z knajpek na wolnym powietrzu, lecz tym razem dzieje się tam coś złego... Beach bary pozamykane na głucho albo polikwidowane. A "nasz" lokal wraz z sąsiednim obklejony taśmami z groźnymi napisami. Sanepid? A może skarbówka, bo otaśmowano również lodówki z piwem! Ruszyliśmy w stronę centrum Beli Crkvi, potem jednak stwierdziliśmy, że to za daleko i wróciliśmy na kemping. Błąd - zaledwie kilkaset metrów dalej była spelunka, którą odkryłem kolejnego dnia na rowerze. Pierwszego wieczoru na kolację były zatem chipsy i wino.
Na drugi dzień zdecydowaliśmy się skorzystać z jedynej restauracji przy głównym jeziorze. To dziwny obiekt. Zawsze jest tam pusto, zawsze! Jedzenie nawet akceptowalne, ale ciągle mam wrażenie, że przeszkadzamy obsłudze. Tak było i tym razem, ale po posprzątaniu stołu z okruszków kolację spożyliśmy. Inni mieli mniej szczęścia, kelner udawał, że ich nie widzi. A potem... spelunka. Pełna, sami faceci. Zamawiam piwo (150 dinarów) i rakiję (100 dinarów) i znowu faux pas, bo bez wody do popicia ;). Niektórzy zerkają na telewizor, gdzie Partizan Belgrad grał w Lublinie z Dynamem Kijów. Ciekawie wyglądali serbscy Murzyni z cyrylicą na koszulkach. Partizanowi nie pomogli, Dynamo wygrało 6-2.
Trzeciego dnia, tego przeznaczonego na relaks, zdecydowałem się ponownie wypożyczyć rowery. Mój rozpadający się po długiej wyprawie, a dla Teresy jakiś z powietrzem w oponach, który jako tako jeździł. Postanowiliśmy poszukać jedzenia gdzieś dalej na mieście, ale najpierw chciałem pokazać Teresie cmentarz prawosławny. Po drodze... dopadł nas deszcz. Intensywny, ale ciepły. Jak się potem okazało - jedyny w czasie całego wyjazdu. Początek przeczekaliśmy pod jednym domem, gdzie mizialiśmy kota. Resztę pod drzewami na cmentarzu, gdzie mijało nas kilka starszych kobiet w czarnych ubraniach. Deszcz wkrótce ustał, ale było widać, że nad górami przechodzi burza z wyładowaniami.
Obrazek
Obrazek

Powietrze zaczęło parować, kręciło w nosie. Znowu oglądam groby. Znalazłem pojedyncze z napisami po rumuńsku, jest też jeden z sierpem i młotem. Koledzy z forum austro-węgierskiego zidentyfikowali mi generała majora Alexandra Milenkovića: był artylerzystą, przez pewien czas dowodził m.in. regimentem artylerii z Lwowa. Po śmierci zażyczył sobie kremacji (był prawosławnym), ale w państwie Habsburgów nie było ani jednego krematorium, kościół katolicki zabraniał spopielania. Zwłoki przewieziono z Grazu do Monachium, a potem - jako prochy - do Weißkirchen. Podejrzewam, że Milenković może być najwyższym stopniem Serbem służącym pod banderą Franciszka Józefa.
Obrazek

Niedaleko głównej drogi znajdujemy bar, gdzie stołują się miejscowi. Bałkański fast food. Za niecałe pięćdziesiąt złotych dostaliśmy gurmańską pljeskavicę (z kaszkawałem i boczkiem), banjalucki ćevapi (grubszy niż standardowy), chleb i trzy piwa. Smakowało obłędnie, a jeszcze przyplątał się słodki kociak, którego miejscowy karmili surowym mięsem.
Obrazek
Obrazek

Główna droga, jak zwykle w letni wieczór, jest zamknięta dla samochodów. Grupka panów urządza sobie małą imprezkę na schodkach. Przejeżdżający samochód z rumuńskimi rejestracjami macha wesoło w ich kierunku.
Obrazek

Powoli zaczyna się ściemniać. Na jednej z ulic dostrzegam tabliczkę z nazwą Wendelini Gasse i towarzystwa ubezpieczeniowego Dunav. Pamiątka po niemieckiej przeszłości miasta.
Obrazek

Graffiti, którym wysmarowana jest cała Serbia, Czarnogóra i pół Bośni. Kad se vojska na Kosovo vrati... to wyjedzie stamtąd w trumnach - tak sobie dopowiedziałem.
Obrazek

W spelunce właściciel już nas poznaje.
- Piwo i rakii... Bez wody - kiwa głową, zanim zdążyłem się odezwać.
Dziś jest nawet kilka pań, wielki pies chcący się bawić i listonosz. A w tv znowu mecz, lecz tym razem eliminacje olimpijskie, bo zbliżał się Paryż. Znów Ukraińcy, tym razem przegrali z Irakiem. Mężczyźni nie udający kobiet.
Obrazek

Pędząc w ciemnościach po wyjeździe z miasta wymyślam, żeby zajrzeć jeszcze na skraj Vračev Gaju (Врачев Гај, Vracsevgáj), wioski położonej kawałek za kempingiem. Miejscowość jednak śpi, nie widać tam życia, za to wracając na kemping spotykamy... przejechanego borsuka.
Obrazek
Obrazek

Ostatni wieczór w Wojwodinie. Kemping szybko kładzie się spać lub do laptopów. O dwudziestej trzeciej tylko pojedynczy wędkarze siedzą nad wodą.
Obrazek

Do tej pory Bela Crkva była na końcu bałkańskiej przygody, w tym roku prawie na początku, bo jutro jedziemy dalej na południe. Za Dunaj!
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 11-10-2024 12:49

Czytając hasło Serbia Centralna większość osób będzie miała przed oczami centralną część Serbii. Ale nie, w tym przypadku mowa o regionie obejmującym wszystko w Serbii, co nie leży na terenie Wojwodiny i Kosowa (które, co oczywiste, Serbowie nadal uważają za integralne ziemie ich państwa). Mowa więc zarówno o Belgradzie, jak i np. gminach przy granicy z Bośnią, jak i na południu z Macedonią czy na wschodzie z Bułgarią i Rumunią. Nie jest to jednak jednostka podziału administracyjnego, a jedynie określenie potoczne.

Lipcową podróż na południe wykorzystałem, aby odwiedzić kilka kolejnych punktów na terenie Serbii Centralnej. Zamiast pędzić cały czas autostradą A1, postanowiłem z niej zjechać i na pewnym odcinku korzystać z równoległych bocznych dróg. Najpierw zatrzymuję się na chwilę pod cerkwią św. Eliasza w wiosce Mihajlovac (Михајловац). To również Serbia centralna w sensie geograficznym, jesteśmy mniej więcej w środku kraju.

Obrazek

Tematyka religijna będzie obecna przez dłuższy czas. W okolicy miasta Velika Plana (Велика Плана) znajdują się dwa prawosławne klasztory. Są z gatunku tych mniej znanych, ale ponieważ większość najsłynniejszych już widziałem, więc teraz zwiedzamy takie, o których wiedzą głównie najwięksi fani monastyrów. Zachodni klasztor zwie się manastir Koporin (Копорин). Prowadzi do niego boczna droga, z której trzeba w pewnym momencie ostro zjechać w dół. Parkując zastanawiam się, czy tym razem znowu nas nie przegonią, jak kilka dni wcześniej w Bavanište. Okazało się jednak, że wszyscy inni odwiedzający - kilka rodzin - poubierani są typowo turystycznie. I tutaj krótkie spodenki ani sandały nikomu nie wadzą.

Obrazek

Cerkiew klasztorna pod wezwaniem św. Szczepana datowana jest na początek XV wieku. Przez długi czas rządów tureckich była w stanie ruiny, jej odbudowa zaczęła się w wieku XIX.

Obrazek

Mocno zniszczone freski nieznanego autora pochodzą z czasów budowy świątyni. Praktycznie wszystkie twarze świętych mają wydrapane oczy. To nie pokłosie walk doktrynalnych (ikonoklaści zwalczali oddawanie czci wizerunkom ludzkim, podobnie jak muzułmanie), lecz wiary w to, że oczy są zwierciadłem duszy. Turcy wydrapywali je, aby pokazać chrześcijańskim świętym swą pogardę, prawosławni wierni, bo liczyli na to, że fragmenty malowidła z newralgicznych części ciała ich uzdrowią.

Obrazek
Obrazek

Poniżej cerkwi, na skraju lasu, znajduje się niewielka kaplica, w której można nabrać wody. Wiadrami. Całkiem smaczna. W międzyczasie przyczepia się do nas miejscowy piesek, który ewidentnie szuka partnerów do zabawy.

Obrazek
Obrazek

Od okresu międzywojennego do początków komunizmu w klasztorze mieszkali mnisi, dziś to monastyr żeński, ale panie w habitach są schowane przed ludźmi. W klasztornym sklepiku sprzedaje kobieta po cywilnemu i namawia do kupienia bimbru o gruszkowym smaku. Zwalczam pokusę i ograniczam się do zapalenia świeczki w czarnym od dymu pomieszczeniu.

Obrazek

Drugi klasztor, położony na wschód od Koporina, to Pokajnica (Покајница). Pomiędzy dwoma obiektami można przejść się szlakiem turystycznym, zajmuje to niecałe trzy godziny, natomiast samochodem musimy przejechać przez Veliką Planę, a następnie znowu skorzystać z bocznej, wąskiej drogi. Na drogowskazie przyklejono kartkę informującą o tym, że "całe Kosowo jest serbskie", gdyby przypadkiem ktoś jeszcze tego nie wiedział.

Obrazek

Monastyr Pokajnica leży w niepasującym do niego towarzystwie wielkiego hotelu, który wydaje się być zamknięty. Na pustym parkingu spotykamy tylko psy, jest ich w sumie kilkanaście, bo część leży na trawie. Śpią w cieniu, czasem tylko któryś otworzy oczy i spojrzy z lekkim wyrzutem.

Obrazek
Obrazek

Pokajnica wyróżnia się spośród serbskich klasztorów tym, że tutejsza cerkiew jest drewniana! Nigdy nie widziałem jeszcze drewnianej świątyni w Serbii, choć ponoć w całym kraju można ich spotkać około osiemdziesięciu. Powstawały od XVII do XIX wieku na odludnych terenach, często w lasach. Nietrwałe materiały pozwalały w razie potrzeby przenieść je szybko w inne miejsca, mniej narażone na tureckie szykany. Są to proste konstrukcje jednonawowe, przypominające odwróconą łódź, a mnie kojarzące się z Beskidami...

Obrazek

Nie wiem czy jakikolwiek inny kościół pełni w Serbii funkcję klasztornego. Ten tutaj od momentu budowy w 1818 roku aż do 1954 był normalną świątynią parafialną, dopiero potem pojawiły się tu mniszki.

Obrazek
Obrazek

Jedna z nich, starsza kobieta, siedziała w podcieniach domu klasztornego położonego za fikuśnym ogródkiem i rozmawiała z kilkoma innymi paniami. Widząc nas zerwała się i podeszła, otwierając drzwi cerkwi. Otrzymałem chustę, którą mogłem owinąć nogi wystające spod krótkich spodenek. A mogła nas pogonić...
Wnętrza są skromne, ale ikonostas wykonany przez miejscowego rzemieślnika ciekawy. Ponieważ byliśmy jedynymi gośćmi, to wypadałoby coś kupić u mniszki, lecz zamiast dewocjonaliów nabywamy magnesy na lodówkę ;).

Obrazek

Wokół cerkwi jest mały cmentarz. Kilka starych grobów bez czytelnych napisów i kilka z ubiegłego stulecia, z których spoglądają twarze surowych mnichów.

Obrazek

Młodsza nekropolia leży za płotem cmentarnym, lecz wygląda na rzadko odwiedzaną, pomiędzy nagrobkami leżą zwalone drzewa i suche gałęzie.

Obrazek

Wracamy do główniejszy dróg, choć jeszcze nie wskakuję na autostradę, biegnącą kawałek dalej. Początkowo jadę na południe drogą numer 158. Nawierzchnia bywa tu lepsza, niż na autobanie, a ruch znacznie mniejszy.

Obrazek

Zatrzymuję się, aby zrobić zdjęcie doliny Wielkiej Morawy (Velika Morava). W dole można dojrzeć i A1 i linię kolejową w stronę Macedonii (pociągi przez granicę nie kursują). W tle majaczą góry: albo Homoljske planine albo Beljanica. Zalicza się je do Gór Wschodnioserbskich, a więc i do Karpat, chociaż niektórzy fachowcy mają w tej kwestii inne zdanie.

Obrazek
Obrazek

Fotografuję również przydrożną restaurację, co bardzo dziwi wychodzącą z niej kobietę. Próbuję się tłumaczyć, ale ostatecznie rzucam tylko słowo turisti i kiwa ze zrozumieniem głową.

Mijam kolejne niewielkie miejscowości, lecz nie ma w nich nic specjalnie ciekawego. To nie Wojwodina, żeby zachowały się stare habsburskie domy, tutejsze są zbieraniną nijakości i bylejakości. Czasem tylko wpadnie w oko coś się wyróżniającego, na przykład opuszczony zajazd (?) obok warsztatu samochodowego.

Obrazek

Pora w końcu wjechać na autostradę. Czynię to z bólem serca, ponieważ od razu zaczynają się wyścigi debili z zachodnimi rejestracjami. "Niemiec" wyprzedza "Austriaka", "Francuz" goni się z "Holendrem", "Belg" blokuje "Szwajcara" i tak dalej. Serbskie auta są w mniejszości i zazwyczaj nie opuszczają prawego pasa.

Obrazek

Za siatkami co rusz wyskakują reklamy po turecku. Tureckie żarcie, tureckie noclegi z meczetem w pakiecie. Ktoś był dowcipny i nazwał jeden z takich lokali "Europa". Zastanawiam się, co wspólnego z tymi przybytkami ma żyrafa, złapana na jednym ze zdjęć?

Obrazek

Ciekawostka na jednej ze stacji benzynowych: tanksztela podzielona jest na dwie części. Główna leży przy autostradzie, a za płotem ustawiono samoobsługowy dystrybutor, żeby lokalsi także mogli sobie zatankować. A wszystko to na tle modlącego się wiedeńczyka.

Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4990
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Śladem spomeników

Postautor: buba1 » 11-10-2024 21:51

W ogóle miejsce ciekawe, krzyki na całą okolicę, a w powietrzu unosi się jakby zapach siarki, człowiek ma wrażenie, że zaraz coś wybuchnie albo się zapali.


Ciekawe czy to woda w rzece ma taki zapach? Czy gdzies w krzakach cos wali z rury?

I znów na jej rogatkach jest ślad po dawnej linii kolei, która kiedyś obficie przecinała Wojwodinę, a obecnie prawie w całości przestała istnieć.


Napotykales tam inne pozostalosci kolejowe niz mosty/wiadukty np. jakies opuszczone stacyjki? W sensie takie z budynkami dworca, nastawni itp. Chyba ze tam ich nigdy nie bylo - tylko trawiasty peron i tyle?

Na wodę rusza specjalna maszyna do zbierania zielska i czyści przestrzeń przed drugim mostem, po którym wracamy w stronę centrum.


Ale kapitalna maszyna! Nigdy czegos takiego nie widzialam!

leżą przy ulicy Leninovej.


A to ma cos wspolnego z Leninem? Czy jakis szanowany Serb zwal sie Leninov? ;)

Powiewa też flaga Czarnogóry, bo w końcu według Serbów Czarnogórcy to Serbowie.


A jakie odnoszenie mają Czarnogorcy do Serbów? Bo z tego co pamietam jak tam z kims gadalismy - to raczej bylo ono pozytywne (acz 2 albo 3 osoby nie moge uwazac za reprezentatywne dla całego kraju). Bo chyba Czarnogora odłaczyla sie od Serbii w miare pokojowo jak na bałkanskie klimaty i juz jakis czas po wojnie?

Jakiś sportowy wóz zbyt wolno wyjeżdżał z parkingu, więc został zwyzywany trąbieniem przez tirowca.


Skad ja to znam! Mielismy okazje się tam przejechac kawałek osiemdziesiątką! Wesoło było - i głosno ;)

a poszczególne samochody rywalizują w konkursie na największy obłok dymu z rury wydechowej.


Tu akurat nadrabialismy wtapianie sie w lokalne zwyczaje :P

Pokłosie niedawnej wizyty kanclerza Scholza, który przyleciał do Belgradu podlizywać się prezydentowi Serbii, Alaksandrowi Vučićowi.


A w czym Serbia tak Niemcom potrzebna, żeby az sie podlizywac?
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 13-10-2024 18:08

buba1 pisze:
Ciekawe czy to woda w rzece ma taki zapach? Czy gdzies w krzakach cos wali z rury?

przy wodzie nic nie czułem, to jakby waliło coś na ściernisku


Napotykales tam inne pozostalosci kolejowe niz mosty/wiadukty np. jakies opuszczone stacyjki? W sensie takie z budynkami dworca, nastawni itp. Chyba ze tam ich nigdy nie bylo - tylko trawiasty peron i tyle?

takie stacyjki są koło Beli Crkvi. Myślę, że tu też, to są jeszcze linie z czasów Habsburgów, a wtedy budowano dworce lub takie budynki prawie wszędzie

A to ma cos wspolnego z Leninem? Czy jakis szanowany Serb zwal sie Leninov? ;)

Myślę, że chodzi o tego sławnego Lenina ;)

A jakie odnoszenie mają Czarnogorcy do Serbów? Bo z tego co pamietam jak tam z kims gadalismy - to raczej bylo ono pozytywne (acz 2 albo 3 osoby nie moge uwazac za reprezentatywne dla całego kraju). Bo chyba Czarnogora odłaczyla sie od Serbii w miare pokojowo jak na bałkanskie klimaty i juz jakis czas po wojnie?

spora część Czarnogórców uważa się po prostu za Serbów. Ba, niektórzy Serbowie znani z wojen bałkańskich - jak chociażby Karadzic - pochodziła z Czarnogóry. Tam plebiscyt odnośnie odłączenia się przeszedł niewielką przewagą, gdyby nie mniejszości to być może Czarnogóra nadal byłaby w związku z Serbią.

A w czym Serbia tak Niemcom potrzebna, żeby az sie podlizywac?

kopalnia litu ;) Bardzo brudny biznes, nawet Serbowie przeciwko temu protestowali, ale politycy zwęszyli okazję na gigantyczne zyski.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 23-10-2024 13:30

Za Niszem (Ниш) ruch się zmniejsza, większość Turków, Kurdów i Arabów skręciła w stronę Bułgarii. Ostatnie sto kilometrów mija znacznie przyjemniej niż poprzednie. Krótko po siedemnastej przyjeżdżamy do Vranje (Врање, bułg. Враня), kilkudziesięciotysięcznego miasta na południu Serbii. Godzina to znacznie młodsza niż zazwyczaj zdarzała nam się w czasie podróży po Bałkanach, lecz w tym roku trochę odchudziłem programy zwiedzania w ciągu dnia, aby mieć więcej czasu po południu i wieczorem.
Nocować będziemy w domu przerobionym na pokoje dla turystów. Wita nas tam uśmiechnięta pani i łamanym angielskim dopytuje się, czy wracamy z Grecji. Nie, nie tylko nie wracamy, lecz jedziemy w drugą stronę, choć znacznie bliżej ;). Vranje nie jest turystyczną miejscowością, więc pierwsze skojarzenie jest takie, iż szukaliśmy noclegu tranzytowego po długiej jeździe. To połowicznie prawda, bo w końcu jesteśmy w trakcie tranzytu, lecz Vranje wybrałem specjalnie, żeby je sobie dokładnie obejrzeć. Na pewno znajdziemy tu kilka interesujących miejsc.
Za około 111 złotych dostaliśmy wielki pokój z tarasem, na którym można sobie przyjemnie posiedzieć i popatrzeć sąsiadom w okna.

Obrazek
Obrazek

Najbliższa okolica składa się z domów jednorodzinnych, są też jakieś biedne zakłady i szkoła, przy której na betonowym boisku dzieciaki grają w kosza aż do późnego wieczora. Ogólnie widać, że nie ma tu nadmiernego bogactwa, co zresztą dotyczy całego miasta.

Obrazek
Obrazek

Kolejnym plus naszego noclegu jest bliskość centrum. Właściwie to praktycznie jest centrum, a do głównego deptaka mamy kilkaset metrów. Idziemy tam mniej lub bardziej bocznymi uliczkami. Znów spotykamy masę bezdomnych psów. Nie wyglądają na głodne, ale jakoś bardziej rzucają się w oczy niż w poprzednich latach.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Vranje nie posiada rynku, ale plac z pocztą i fontanną jest jedną z jego namiastek. W pobliżu byle jak parkuje kilka radiowozów, gliniarze nie prezentują się zbyt przyjaźnie.

Obrazek

Vranje to de facto miasto prawie graniczne. Do Kosowa jest stąd kilkanaście kilometrów, z tego też powodu swoją siedzibę ma tutaj 4. brygada serbskiej armii. Klimaty militarne są obecne na niektórych muralach. Na przykład przedstawiono na nich niejakiego Alberta Andijewa (Альберт Андиев), Rosjanina rodem z Władykaukazu, który w 1999 roku przybył do Jugosławii, aby jako ochotnik walczyć z Albańczykami w Kosowie. Tam stracił oko, ale szybko wrócił na front. Potem w 2001 roku znowu bił się z Albańczykami, tym razem w Macedonii. Jako serbski bohater osiadł w Belgradzie, gdzie zmarł trzy lata temu na koronawirusa.

Obrazek

Kapral Ognjen Trajković był spadochroniarzem, pochodził z Vranje. Zginął podczas skoku w czasie ćwiczeń. Młody chłopak.

Obrazek

Czy we Vranje (Vranju?) zobaczymy jakieś zabytki. Owszem, coś się znajdzie, choć czapki z głów nie zerwą, zwłaszcza latem. Niedaleko poczty bieleje sobór św. Trójcy, centralna świątynia eparchii Vranje. Oddano go do użytku w 1860 roku, niecałe dwie dekady przed przejęciem miasta z rąk Turków.

Obrazek

Właśnie skończyło się nabożeństwo, kobiety całują całą trójkę księży po rękach, inna obślinia kolejne święte obrazy, ale potem prawie wszyscy wierni wyszli, więc skorzystałem z okazji, aby zrobić zdjęcia. Zauważył mnie jakiś cień.
- Turysta z zagranicy? - rozpoznał od razu. - Trzeba poprosić proboszcza o zgodę.
Tak, już lecę. Ale w inną stronę. A Jezus pod kopułą wygląda jakby śpiewał.

Obrazek

Vranje leży dziś w Serbii, ale wcale nie musiało tak być, całe Bałkany to jedno wielkie pogranicze, nawet jeśli przedstawiciele konkretnych narodów twierdzą, że to "zawsze była ich ziemia". W średniowieczu ten ośrodek miejski kilkukrotnie zmieniał właścicieli, był częścią państwa serbskiego, a także bułgarskiego i Bizancjum. W czasach osmańskich mieszkało tu wielu Turków i Albańczyków, ale mapy demograficzne pokazują, że terenach tych dominowała ludność bułgarska, podobnie jak w całej obecnej południowo-wschodniej Serbii. W 1878 roku wojska serbskie pokonały pod miastem armię turecką, lecz według traktatu w San Stefano Vranje miało został przyłączone do Bułgarii, tak jak cała Macedonia. Ponieważ traktat ten za bardzo wzmacniał Rosjan na Bałkanach, więc w Berlinie dokonano jego korekty i Vranje przypadło Serbii. Gdyby utrzymano ustalenia z San Stefano, to historia Europy, a może i świata, mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Ale się nie potoczyła. Turków i Albańczyków wypędzono albo wymordowano, było to częścią szerszej akcji antymuzułmańskiej na terytorium odebranym Osmanom. Według dzisiejszej terminologii - czystki etniczne lub wręcz ludobójstwo. Słowian (Bułgarów) zserbizowano. W czasie I wojny światowej weszły tu bułgarskie wojska i znowuż bułgaryzowali Serbów (pod tym terminem należy też rozumieć zabójstwa). W okresie Jugosławii ponownie rządzili tu Serbowie, a w czasie II wojny światowej znowu Bułgarzy. Lista wzajemnych oskarżeń o zbrodnie właściwie nie ma końca, każdy ma coś na sumieniu.
Na rondzie naprzeciwko soboru wznosi się Pomnik Poległych. Początkowo upamiętniał Wielką Wojnę, zburzony w 1941 przez Bułgarów został odbudowany jako Pomnik Ofiar Faszyzmu.

Obrazek

Na deptaku zaczyna się ruch, jak w każdy wieczór. Na jednym z parkingów spotykamy... Murzyna w stroju franciszkanina. Też mają kryzys powołań?
Przy głównym skrzyżowaniu strefy pieszej znajduje się Muzeum Narodowe, dawny Dom Paszy (Pašin konak) z 1765 roku. Na tyłach stoi jeszcze budynek haremu.

Obrazek

Kawałek dalej przedziwny dom w stylu Avatara!

Obrazek

Z kolei przy gmachu urzędu gminy powiewa rosyjska flaga. W innych miejscach także się taka zdarza. O miłości serbsko-rosyjskiej powszechnie wiadomo, lecz żeby aż tak? A może oni solidaryzują się podobnie jak w innych krajach, tylko tym razem z Rosjanami zdradziecko zaatakowanymi przez Ukraińców?

Obrazek

Idziemy w kierunku dawnej dzielnicy tureckiej położonej za rzeką. Jedyni muzułmanie, którym Serbowie pozwolili zostać, to Cyganie. Pewnie dziś wielu z nich tego żałuje. Zaraz za mostem stoi hamam, wybudowany około 1690 roku. Kobiety i mężczyźni kąpali się tu na przemian w różne dni tygodnia. Jak na zabytek z tureckim rodowodem jest w niezłym stanie.

Obrazek
Obrazek

Dzielnica turecka, a dziś romska, szczególnie główny plac, okazała się najbardziej fascynująca ze wszystkich. Ruch tam jak w ulu, harmider, zgiełk, wszelkie możliwe dźwięki. Orgia dla zmysłów, idealna do uwieczniania. Ale mój aparat zwraca uwagę, czuję liczne spojrzenia stojących pod ścianami mężczyzn i ograniczam się do kilku zdjęć spokojniejszej strony placu. Niektóre kamienice wypełnione są... drewnem, tak, że nie idzie przejść.

Obrazek

Wchodzimy do sklepu po coś do picia, a ponieważ sprzedawczyni nie ma drobnych, to zamiast reszty dostaję... cukierki :D. Kawałek za placem robi się luźniej, spotykamy jedynie trochę śniadych dzieci i jakąś kobietę siedzącą na ziemi. A także turecką fontannę.

Obrazek
Obrazek

Są też inni mieszkańcy, wszyscy w podobnym umaszczeniu ;).

Obrazek
Obrazek

Najważniejszy zabytek Vranje: Biały Most (Beli Most) wzniesiony w 1844 roku. Według legendy miał upamiętnić młodą Turczynkę, przypadkowo zabitą przez własnego ojca chcącego przebić nożem młodego Serba, w którym się zakochała. Z boku zachowała się tablica z inskrypcją w językach tureckim i arabskim, ale kamienne barierki nie przydają przeprawie uroku.

Obrazek
Obrazek

Wracamy do centrum. Uliczki są bardzo fotogeniczne, choć pewnie mieszkańcy nie do końca się z tym zgadzają.

Obrazek
Obrazek

Moja ulubiona pora wszystkich wyjazdów: temperatura spadła, ludzie wyszli z domów. Dzieciaki szaleją na hulajnogach i rowerach, a bezpańskie psy gonią się i szczekają.

Obrazek

Na kolację wbijamy do lokalu obok Muzeum Narodowego. Obsługuje tam tylko jedna pani, więc wszystko idzie wolno, dopiero po przyjściu drugiej akcja trochę przyspiesza. Jedzenie pierwsza klasa: gurmanski ćevapi (z boczkiem w środku), punjeni ćevapi (z serem), pohovani kačkavalj (wariacja na temat smażonego sera w panierce). Jedyni zgrzyt, to że nie dostaliśmy rachunku a cena była na oko, ale akceptowalna (2000 dinarów).

Obrazek

Miejscowe psy są tak przyzwyczajone do hałasu i ruchu, że potrafią spać na środku ulicy i dosłownie depta im się po uszach.

Obrazek

Poszliśmy jeszcze do innej knajpki na samo piwo. Klimat rockowy, oprócz nas siedzi tam kilkuosobowa rodzinka i większa ekipa młodych ludzi. Pięciu chłopów i jedyna kobieta. Kleiła się do długowłosego sąsiada, ale ten wolał puszczać oczko do Teresy :D.
Na kwaterze oglądamy prognozę pogody na najbliższe dni. Oczywiście obejmuje ona również Prisztinę, lecz do Kosowa się tym razem nie wybieramy.

Obrazek

Zgodnie z prognozą piątkowy poranek wstaje słoneczny, ani jednej chmurki. W tym roku mieliśmy trochę szczęścia z pogodą: o ile w 2023 męczyły nas upały przekraczające 40 stopni, o tyle teraz ani razu z przodu nie pojawiła się czwórka. Jadąc do Vranje termometr pokazywał maksymalnie 31 stopni, więc nie było tragedii.

Obrazek

Tradycyjnie rano wyskakuję na miasto - chcę kupić coś na śniadanie, a i jeszcze trochę zdjęć wypadałoby zrobić.
Na sąsiednich ulicach Indianie i Serbowie od kilku lat zbierają drewno, więc szykuje się mroźna zima.

Obrazek

Zaglądam na najbliższy cmentarz, najstarszy w mieście. Jest Pomnik Poległych oraz czerwona cerkiew z okresu międzywojennego. Sporo grobów wykonano w formie popiersi zmarłych osób.

Obrazek
Obrazek

W okolicznych ulicach działa kilka zakładów pogrzebowych. Wieczorem nadal w wielu świeciło się światło, a ludzie dyskutowali obok rozłożonych trumien. Symbolicznie - naprzeciwko nich ulokowano lokale z napitkami. Śmierć zwarła się z życiem...

Obrazek

Na mieście bardzo powoli zaczyna się ruch, niektóre kawiarnie są już otwarte. Ogromny ruch panuje w piekarniach, niemal w każdej spora kolejka. Stoję i ja, aby nabyć coś na dalszą drogę.

Obrazek

Odwiedzam trzy parki. W pierwszym zwraca uwagę spomenik z 1985 roku przedstawiający kobiety dosiadające dwa konie! A może to partyzanci, którzy we wrześniu 1944 wkroczyli do Vranje? Odbyło się to bez walki po wcześniejszych negocjacjach z władzami bułgarskimi, które zdecydowały się opuścić wraz ze swoim wojskiem miasto.

Obrazek

W drugim początkowo wziąłem siedzącego za fontanną osobnika za Stalina. Jednak to nie uncle Joe, lecz Borisav Stanković, poeta, który uczył się w miejscowym gimnazjum. Pomnik komuś się nie podobał, bowiem kilka lat temu nieznani sprawcy zrzucili go z postumentu.

Obrazek

Wreszcie park numer trzy i pomnik wyzwolenia miasta w 1878 roku (Bułgarzy napisaliby, że "zdobycia"), popularnie zwany Čika Mitke. Postawiono go na początku XX wieku, Bułgarzy dwukrotnie go niszczyli.

Obrazek

Z Vranje planowałem ruszyć na autostradowe przejście graniczne z Macedonią, ale aplikacja pokazuje, że już rano czas oczekiwania wynosił na nim półtorej godziny. Zmieniamy więc plany, skorzystamy z alternatywnego przejścia na bocznej drodze w górach. Początkowo przemieszczamy się szosą wzdłuż autostrady, a przed nami ktoś uczy się jazdy na motorze. Dziwna sprawa, u nas kursant jedzie przodem, a instruktor w aucie z tyłu, tutaj odwrotnie :D. Gdy motor zniknął, pojawiły się dwie kolejne L-ki.

Obrazek

Wjeżdżamy w okolice górskie. W mijanych miejscowościach trwa handel na ulicach, czasem ciężko przejechać.

Obrazek

Po trzydziestu kilometrach staję na skraju wzgórza, a pode mną rozciąga się znajomy widok: Prohor Pčinjski, największy serbski klasztor prawosławny w kraju (jeden większy znajduje się przy Górze Athos).

Obrazek
Obrazek

Byliśmy w nim dwa lata temu, więc tym razem zatrzymujemy się tylko na chwilę na parkingu, żeby rozprostować nogi i zrobić kilka zdjęć. Rozglądam się po okolicy i zauważam, że od ostatniej wizyty obudowano brzegi płynącej obok rzeki.

Obrazek

Po kilku kilometrach drogę przecina granica serbsko-macedońska. Przejście przy klasztorze jest jedynym poza autostradą z Macedonią; oba kraje od lat mówią o otwarciu kolejnych, ale na rozmowach się kończy, a podróżujący są skazani albo na stanie w korkach albo na jazdę po totalnych odludziach.
Na serbskim posterunku czeka parę aut, lecz posuwają się szybko do przodu. Z jednym wyjątkiem - pogranicznicy mocno trzepią turecką rodzinę z auta ze szwajcarskimi rejestracjami. Słychać podniesione głosy, faceci w mundurach wręcz wyrywają torebki kobietom w chustach i zaglądają do środka. Wielki chłop z plikiem papierów - pewnie kierowca - tłumaczy coś nerwowo, lecz Serbowie kręcą głową. W przeciwieństwie do autostrady tutaj na Turkach się nie zarabia, więc można dać upust swojej historycznej niechęci do przybyszów znad Bosforu.
Czekając na kontrolę dokumentów obserwuję akcję pod zadaszeniem: siedzi tam starszy facet, cały się trzęsie, gwałtownie gestykuluje, próbuje wstawać, otaczający go policjanci grzecznie, lecz stanowczo usadzają z powrotem na krześle. Pokazuje na góry, czyżby złapano go gdzieś na granicznej ścieżce? Może się zgubił, bo wygląda na chorego albo będąc pod wpływem jakiś środków.

Obrazek

Podjeżdżam do okienka, oddaję dowody, chwila wbijania danych do komputera i można jechać dalej. Na pewien czas żegnamy się z Serbią, lecz jeszcze do niej wrócimy na tym wyjeździe.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 13-11-2024 22:30

Młoda funkcjonariuszka macedońskiej straży granicznej pyta się, dokąd jedziemy.
- Nad Jezioro Ochrydzkie - odpowiadam.
- Aach, Ochrydzkie - rozmarzyła się. - Tam jest pięknie, udanego pobytu!
Na pewno będzie udany, choć wjeżdżamy do państwa, które niedawno wprowadziło stan wyjątkowy. Powodem są szalejące od pewnego czasu pożary. Pojawiają się one w Macedonii Północnej co roku, ale te w 2024 były wyjątkowo duże i władze nie radziły sobie z gaszeniem ich przy wykorzystaniu standardowych środków. Paradoksalnie temperatury tego lata były nieco niższe niż poprzedniego, lecz być może na taką skalę zniszczeń złożyło się kilka innych czynników: mieszkańcy opowiadali, że wyjątkowo długo trwała susza, od bardzo dawna nie padało. Macedoński rząd bał się, że stan wyjątkowy wystraszy turystów, mimo, że pożary występowały głównie w środkowej i wschodniej części kraju, gdzie obcokrajowcy prawie nie zaglądają. Wystarczy jednak, że taki turysta z Polski przeczyta komunikat polskiego ministerstwa spraw zagranicznych, które z automatu zaczęło ostrzegać przed podróżami do Macedonii, a zacznie zastanawiać się nad odwołaniem wycieczki lub zmianą kierunku.

Kawałek za przejściem dostrzegam, że tablicę wjazdową wymieniono połowicznie: nazwa kraju jest aktualna, lecz kod samochodowy pozostał sprzed zmiany w 2019. Swoją drogą w trzech przypadkach podniesiono limit prędkości, co się praktycznie teraz już nie zdarza!

Obrazek

Dzisiejszy dzień to przede wszystkim dojazd na nocleg, nie zakładałem żadnego dłuższego zwiedzania, tylko naciskanie pedału gazu. A Macedonia to przecież góry. Trudno się dziwić, że w drugim najbardziej górzystym kraju Europy (a siódmym świata) widać je praktycznie wszędzie.

Obrazek
Obrazek

Połowę trasy ciśniemy autostradami, potem zostaje już tylko normalna droga. Spory ruch ciężarówek, ale na przełęcz Straża (Стража, 1212 metrów n.p.m.) wjechało się sprawnie, bo jest dodatkowy pas. Gorzej było ze zjazdem, korek na wiele kilometrów spowodowany przez hamujące tiry. Niektóre sportowe wozy nie wytrzymywały ślimaczego tempa i z lubością wyprzedzały na ciągłej.

Obrazek

Macedończycy od poprzedniej dekady budują przedłużenie autobany A2, która ma dochodzić aż pod Jezioro Ochrydzkie. To jednak trudny górski teren i koszty mostów oraz tuneli są gigantyczne. Nie wiadomo nawet kiedy prace mają być ukończone.

Obrazek

Praktycznie aż od Skopje w krajobrazie dominują nowej daty meczety, bo zachodnia część kraju zamieszkała jest głównie przez Albańczyków i Turków.

Obrazek

Po kilkuset kilometrach przyszła pora zobaczyć pierwszy w tym roku macedoński spomenik. Leży on kawałek za wioską Botun (Ботун), tuż obok drogi, lecz osoby nieświadome jego obecności mogą go nawet nie zobaczyć, gdyż zasłaniają go krzaki i drzewa. Pomnik tworzą dwa betonowe monolity o wysokości czterech-pięciu metrów, pomiędzy którymi umieszczono tablicę z czerwoną gwiazdą.

Obrazek

Pomnik upamiętnia partyzantów, którym w 1943 roku w wyniku tzw. powstania Debarca udało się na terenie miejscowej gminy utworzyć "wolne terytorium". Nie wiadomo kiedy został stworzony, przez kogo, ani co mają symbolizować monolity - może nic? A może narody macedoński i albański? W tej okolicy akurat przeważają Macedończycy. Na pewno konstrukcja jest mocno zaniedbana, choć nie zdewastowana. Raczej po prostu nikt się od dawna o nią nie troszczy. Tablicę pokrywa mech, odpadają płytki, na zarośnięty parking ciężko wjechać. Dodatkowo tuż obok ma znajdować się zjazd z A2, więc nie jest wykluczone, że w ogóle zostanie rozebrany.

Obrazek

O piętnastej docieramy do Strugi (Струга, Strugë), miasta na północnym brzegu Jeziora Ochrydzkiego. Turyści przyjeżdżają tu głównie dla jego plaży, która jest jedną wielką dyskoteką nad wodą. Ale gdy kogoś interesuje tematyka wewnętrzna kraju, to Struga jest dobrym przykładem dla zilustrowania skomplikowanych relacji macedońsko-albańskich i chrześcijańsko-muzułmańskich. W ostatnich spisach powszechnych procent osób deklarujących się jako Macedończycy nieustannie spada, a jako Albańczycy rośnie. Spis z 2021 roku wykazał, że ci pierwsi nie stanowią już nawet połowy mieszkańców (43%), ci drudzy zaś ponad jedną trzecią (33%). Przyczyną nie mogą być migracje za granicę, bo Albańczycy wyjeżdżają nawet częściej, niekoniecznie też muzułmanie mają tu więcej dzieci. Sytuacja etniczno-religijna miesza się tu od lat, przyczyniła się do tego m.in. wojna w Kosowie. Ponad sto tysięcy kosowskich Albańczyków schroniło się w Macedonii, wielu zostało. Na przemycie broni, narkotyków i prostytucji bogacili się Albańczycy z prowincji, stać ich było na nowe domy w większych ośrodkach. Macedończycy biednieli i sprzedawali swoje posiadłości w Strudze Albańczykom z okolicznych wiosek, sami wyprowadzając się w inne miejsca. Żołnierze sił pokojowych przyjeżdżali do Strugi, aby się zabawić, zostawiając kasę rozmaitym szemranym interesom, głównie albańskim. Albańczycy i ich politycy znaleźli pieniądze na przekupywanie biedniejszych chrześcijańskich rodzin, aby ci posyłali dzieci do albańskojęzycznych szkół: efekt jest taki, że o ile rodzice mówią po słowiańsku, to ich dzieci już głównie po albańsku. O wielu takich przypadkach pisze w swojej fascynującej książce (W stronę Ochrydy) Kapka Kassabova, autorka urodzona w Bułgarii, mieszkająca w Nowej Zelandii, ale pochodząca z rodziny znad Ochrydy. To niezwykle interesujący opis tego, jak pojęcie narodowości może się zmieniać pod wpływem brutalnej polityki i innych czynników zewnętrznych. Sami Macedończycy są tego najlepszym przykładem - jak już wielokrotnie pisałem, przed II wojną światową praktycznie jako naród nie istnieli, wymyślili ich komuniści od Tito.

Obrazek

A wracając do Strugi: choć Macedończyków formalnie jest więcej, to w mieście teraz widać głównie akcenty albańskie. Na deptaku sprzedaje się w większości albańskie pamiątki, takie są też zazwyczaj pierwsze napisy na reklamach. Kobiety w chustach bardziej rzucają się w oczy, niż te świecące odsłoniętymi cyckami i tyłkami. Na burmistrza wybiera się Albańczyka (aktualny ma wieczne problemy z wymiarem sprawiedliwości, otrzymał nawet zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych za korupcję). Są osobne macedońskie i albańskie firmy taksówkarskie z osobnymi postojami (albańskie mają niższe ceny). Na skraju Strugi wybudowano ogromny meczet w stylu arabskim, zapewne zupełnie przypadkowo tuż przy cmentarzu chrześcijańskim i cerkiewce. Ponoć ludzie go nie lubią i nie odwiedzają, stoi pusty, lecz z daleka rzuca się w oczy i o to chodzi. Chrześcijanie nie mają pieniędzy na nową reprezentacyjną świątynię, ale zaznaczają swą obecność w inny sposób: pogrzeby starają się organizować w samo południe, aby żałobne cerkiewne dzwony mogły zagłuszać wezwania do modlitwy z minaretów. Zabawne.

Obrazek
Obrazek

Ale dość o tym, wróćmy do klimatów podróżniczych. Struga posiadała kiedyś sporą ilość zabytków, jednak w czasie komunizmu dosięgły ich wyburzenia. Na starówce zachowało się jeszcze trochę starych domów, lecz są one zasłonięte pstrokatym kiczem dla turystów. Po zawieszeniu parasoli od razu robi się światowo.

Obrazek

Przy okazji odwiedzin Strugi, oprócz czynności typowo praktycznych (wymiana waluty i zakupy), postanowiliśmy zajrzeć do cerkwi św. Jerzego (Св. Георгиј) położonej prawie przy deptaku, ale ukrytej za murem i drzewami.

Obrazek

Cerkiew wybudowano w XIX wieku, nie jest więc bardzo stara, lecz posiada piękny drewniany ikonostas, zaś całość ścian pokrywają wielokolorowe freski zachowane w dobrym stanie.
Ledwie weszliśmy, a przypałętał się cieć.
- Nie wolno robić zdjęć - rzucił surowo i jeszcze kilka razy wracał, aby mnie skontrolować. Zaprawdę powiadam wam, jego ofiara nie poszła na marne.

Obrazek
Obrazek

Przez Strugę płynie Czarny Drin (Црн Дрим, Drini i Zi), rzeka bez źródła, bo zaczynająca swój bieg w Jeziorze Ochrydzkim. Tak można przeczytać w wielu miejscach, w rzeczywistości Czarny Drin ma źródło na południowym brzegu obok klasztoru św. Nauma, choć są też teorie, że w rzeczywistości zaczyna się w jeziorze Prespa, które pod górami przebija się do klasztoru i drugiego jeziora. W każdym razie rzeka jest charakterystycznym krajobrazem Strugi, w centrum wygląda jak kanał obstawiony knajpkami i chodnikami do spacerów.

Obrazek

Na wschodnim brzegu Drinu na placu marszałka Tito wznosi się znany mi już spomenik z 1974 - Pomnik rewolucji. Jakiś czas temu został odnowiony za spore pieniądze.

Obrazek

Jednym z miejscowych zwyczajów są skoki z mostu Nasera Hanigo (nawet w przypadku tej nazwy włącza się polityka etniczna: Naser Hani był działaczem albańskim zastrzelonym przez macedońską policję podczas albańskiej rebelii w 2001 roku). Do Czarnego Drinu skaczą nastoletni chłopcy, a czasem dziewczynki; dla tych pierwszych to jeden z etapów potwierdzania dojrzałości. Przyglądamy się, jak tatusiowie przyprowadzają swoich małych synów i pomagają im się wdrapać na barierki.
Nagle zdarza się tragedia. Niektóre chłopaki oczywiście popisują się i zamiast skakać z balustrady nad samą rzeką, odbijają się z bardziej oddalonej, przelatując jeszcze nad schodami. Jeden z nich traci równowagę i spada na twarz, ale nie do wody, lecz prosto w schody! Słychać głuchy trzask, chłopak odbija się od jednego schodu, drugiego i stacza się w dół. Na sekundę albo dwie zapada cisza, potem wybucha ferment i niesamowita wrzawa, dzieciaki wrzeszczą w panice: Ambulatori, ambulatori! Poszkodowany na szczęście nie stracił przytomności, próbuje się podnieść, ale z nosa tryska mu gruba warstwa krwi, podbiega do niego kobieta i każe się nie ruszać. Co najmniej złamany nos, oby nic gorszego, może jakieś zęby, ale wyglądało to koszmarnie i jeszcze długo miałem przed oczami moment uderzenia w schody i ten dźwięk...

Obrazek

Kocia rodzina. Kupiliśmy maluchom dwie saszetki jedzenia, jadły chętnie, a matka przyglądała się temu z dumną obojętnością. Dopiero później się dowiedziałem, że jesteśmy prymitywnymi barbarzyńcami, bo jedyne humanitarnie i nowoczesne postępowanie wobec takich zwierząt, to eliminacja.

Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 26-11-2024 12:25

Ze Strugi mamy już tylko kilka kilometrów do miejsca noclegowego na najbliższe dni. To wioska Kaliszta (Kališta*, Калишта, Kalisht). Jesteśmy tu trzeci raz, przyciąga nas sympatyczny kemping nad jeziorem, na którym jednak nie spaliśmy nigdy pod namiotem. Właściciele posiadają kilka pokoi w swoim domu, więc i tym razem liczymy na nocleg pod dachem. Zastanawiam się o ile mogła wzrosnąć cena - w 2022 roku pokój kosztował 25 euro.
- Czterdzieści euro - usłyszeliśmy. Trochę więcej niż zakładałem, lecz nie ma tragedii. Podejrzewam, że w Chorwacji ludzie zabijaliby się za nocleg w takiej cenie: pokój wyposażony w łazienkę, lodówkę, klimatyzację i telewizor, położony kilkadziesiąt metrów od jeziora. Siedząc na wspólnym tarasie mamy bardzo przyjemny widok na Ochrydzkie, mógłbym się na nie gapić godzinami.

Obrazek
Obrazek

Wkrótce okazało się, że nie czterdzieści, a trzydzieści euro, źle zrozumieliśmy ;). To już cena praktycznie doskonała!

Obrazek

Kemping prowadzi miejscowa albańska rodzina, mieszkająca na parterze i pierwszym piętrze domu (pokoje są na drugim). Kiedyś dowodził senior rodu, teraz zarządza jego syn. I muszę napisać, że czujemy się tam już jak u siebie, bo taki klimat został stworzony. Nie wiem, czy tylko dla nas, czy dla wszystkich innych, ale mieliśmy wrażenie wyjątkowości. Właściciel od razu stwierdził, że nas poznaje, po czym dostaliśmy na dzień dobry butelkę czerwonego wina w ramach podziękowania za kolejną wizytę. Standardem jest powitalna darmowa domowa rakija dla każdego, ale ja miałem darmową raki przez cały pobyt :D. Podczas każdego posiłku słyszałem tylko rzucane z uśmiechem sznaps, sznaps?, a na stole lądowały kieliszki. Oczywiście wybór alkoholi jest większy: domowe wino i piwo (nie domowe) również się znajdą. Piwo po 150 denarów, domowe wino - 600 denarów za litr.

Obrazek

Podczas poprzedniej wizyty żona właściciela była w ciąży, teraz przy w wózku dokazuje ich ciemnowłosa córeczka. Zawsze uśmiechnięta i zawsze głośna, choć na mój widok zawsze zamierała ze zdziwienia, dopiero potem radośnie przybijała piątkę; chyba rzadko widuje facetów z kucykiem :P.
Gdy jest mniej gości (a to rzadka sytuacja, bo co chwilę ktoś przyjeżdża, to popularne miejsce na spotkania rodzinne) rozmawiamy na tematy związane z Macedonią i turystyką. Teresa podpytuje gospodarza, czy też gdzieś podróżują.
- Chcielibyśmy, ale nie ma jak - wzrusza ramionami. - Zarabiamy od czerwca do połowy, maksymalnie końca września. Wtedy na nic nie ma czasu. A potem od jesieni do późnej wiosny liczymy z kalkulatorem, czy nam starczy na przeżycie. Ale i tak mamy dobrze: zachodnia część kraju jest najbogatsza, mamy turystykę. Wschodnia jest bardzo biedna, tam nie ma nawet tego.
Niechybnie musiało zejść i na tematy unijne. Zawsze odnoszę wrażenie, że gdy rozmawiam na Bałkanach z ludźmi gospodarnymi, to oni patrzą na EU pozytywnie, a najwięcej negatywów i niechęci spotykam u tych, którzy sądzą, że wszystko im się należy.
- Polska ma świetną gospodarkę - usłyszeliśmy. - Rozwija się jak bomba.
Pytanie, czy to określenie pozytywne, bo każda bomba musi kiedyś wybuchnąć ;).
- To jedna z najszybciej rozwijających się gospodarek w Unii po Niemczech, Francji i Holandii. Za dziesięć lat dogoni Niemcy - stwierdził z pełnym przekonaniem. To znamienne, że ludzie z oddali potrafią znacznie lepiej oceniać pewne sytuacje, niż widzi się je z bliska. - W dodatku to najbezpieczniejszy z dużych krajów Europy. Chociaż teraz macie migrantów z Ukrainy...
- A w Macedonii jest bezpiecznie? - pytam, bo z mojego punktu widzenia jako turysty to bardzo spokojny kraj.
- W Polsce bezpieczniej, tu może zdarzyć się mafia, ale to nic szczególnego...
Ponieważ od pewnego czasu myślę o odwiedzinach tego regionu już po głównym sezonie, więc rozmowa schodzi na pogodę.
- Klimat nad Jeziorem Ochrydzkim jest najlepszy na Bałkanach! Latem rzadko są upały, we wrześniu temperatura sięga 25-27 stopni, woda wydaje się cieplejsza niż teraz. Dopiero w październiku zaczyna padać deszcz i powoli zbliża się zima. Rekordowo są mrozy do -20, ale to na kilka dni, zazwyczaj po -1 albo -2. Łagodnie w zimie i łagodnie latem.
Coś w tym musi być, ponieważ w lipcu i sierpniu nad Ochrydzkim zawsze są temperatury o kilka stopni niższe niż gdzieś indziej. Natomiast we wrześniu tego roku owa prognoza się nie sprawdziła: w drugiej połowie miesiąca nieustannie lało, wiało, a temperatura w dzień ledwo dochodziła do kilkunastu stopni. To zdecydowanie nie jest aura na plażowanie.

Obrazek

Jak już wspominałem, kemping z restauracją i pokojami prowadzą Albańczycy. To nic dziwnego, Kaliszta/Kalisht jest wioską w prawie dziewięćdziesięciu procentach albańską. I nic w sumie z tego nie wynika, bo islam albański zawsze był liberalny i niezbyt doktrynalny (obecnie trochę to się zmienia m.in. w Kosowie). Zapytaliśmy pewnego razu innego kelnera, czy mamy mu mówić "dziękuję" po macedońsku czy po albańsku i ten wyraźnie się zmieszał.
- Rozumiemy obydwa języki, więc to wszystko jedno.
Zapewne kwestie etnicznie to niezbyt pożądany temat rozmów przy restauracyjnym stole. Podejrzewam, że turyści z zagranicy nie zaprzątają sobie tym głowy, wielu może nawet nie zauważyć tej albańskości, choć w menu obok języka angielskiego był właśnie albański, a nie macedoński. Codziennie do restauracji przychodzili też miejscowi, i młodsi i starsi, na tradycyjną kawę oraz wodę i oczywiście papierosa za papierosem, czasem coś mocniejszego. Rzecz jasna w dyskusjach brali udział sami mężczyźni, wyłącznie po albańsku.
Lokal jest położony nad samym jeziorem, więc można przez cały czas gapić się na wodę i kołyszące się łódki. Jedzenie serwują bardzo smaczne, choć lista dań nie jest zbyt imponująca. Obok uniwersalnych makaronów (350 denarów), fileta z kurczaka (450 denarów) i pljeskavicy z kaszkawałem (która wygląda tutaj zupełnie inaczej niż w Serbii; 400 denarów) najciekawsze jest coś w rodzaju dużej okrągłej pity ze szpinakiem albo serem. Tradycyjne danie z ciasta podobnego do byrka przyrządzane jest na specjalnej patelni z metalową pokrywką, umieszczanej na półtorej godziny w żarze. Kosztowało to 800 denarów (około 57 złotych), lecz spokojnie starczało na dwie osoby. Są też oczywiście ryby - i z jeziora i z rzeki - za 900-1000 denarów.

Obrazek
Obrazek

Właściwy kemping z miejscami na kampery i namioty, a także z wygodnym zejściem do wody, położony jest sto pięćdziesiąt metrów dalej (pomiędzy dwoma częściami leży grunt należący do innego właściciela, który nie chce go sprzedać). Miejsca tu sporo, ale jak dla mnie drzewa powinny jeszcze trochę urosnąć dla większej ilości cienia. Właściciele zwierząt muszą pamiętać o tym, żeby odebrać kuwetę swojego psa - tak przynajmniej wynika z kartki w toalecie :P.

Obrazek
Obrazek

Turyści z Polski są tu ostatnio częstymi gośćmi, o czym świadczą naklejki obok recepcji. To się zmieniło, bo podczas poprzednich wizyt żadnych takich nie spotkałem. Z drugiej strony według danych sprzed pandemii obywatele RP byli najliczniejszą nacją spoza Bałkanów, która odwiedzała Macedonię, więc w końcu musieli dotrzeć i do Kaliszty.
Tym razem w ciągu kilku dni przewinęła się przez kemping spora międzynarodówka. Są Niemcy, Belgowie i Holendrzy. Są Słoweńcy. Są bliżej nieokreśleni Ruscy. Są prawdziwi niemieckojęzyczni Szwajcarzy (przeciwieństwo "Szwajcarów", czyli Albańczyków mieszkających w alpejskim państwie, a którzy masowo pojawiają się w wypasionych brykach na okolicznych ulicach). Jest jakaś wiecznie zawiana ekipa hindusko-angielska, lecz być może to po prostu Brytyjczycy. Przewinęły się trzy auta z Polski (TK, KK i SCI), słyszeliśmy "dzień dobry". Natomiast na pokojach za sąsiadów mamy starszych Holendrów, którzy wyglądają tak, jakby przyjechali tutaj na swój pogrzeb. To nie złośliwość, zwłaszcza kobieta sprawiała wrażenie, że zaraz zejdzie. Być może było im za ciepło, a może czyniła to zawartość ich szklanek? Zawsze, gdy ich spotykaliśmy na tarasie, to trąbili dziwne kolorowe napoje, potem w restauracji również nieustannie coś w siebie wlewali procentowego. Możliwe, że stawiało to ich na nogi, a gdy pewnego wieczora zabrała ich gdzieś taksówka na wiele godzin, to byliśmy przekonani, iż zostali porwani i już nie wrócą ;).

Obrazek

Kolejne dwa z trzech dni przeznaczamy na odpoczynek, czyli głównie na siedzenie nad jeziorem. Kemping wreszcie uporządkował swoją plażę, teraz można do niej wejść bez obawy, że potkniemy się o jakiś ogromny kamień.

Obrazek


Są kąpiele, jest lektura przy ciepłym piwie. W recepcji reklamowali się, że oferują zimne lane piwo, które okazało się... puszkowym.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na jeziorze nieustannie coś się dzieje. W oddali pływają motorówki, skutery wodne, łodzie z turystami ze Strugi i Ochrydy, które czasem pozdrawiają nas trąbieniem. Bliżej są jednostki pływające napędzane siłą kończyn. Kąpiele są mniej popularne, zwłaszcza wśród młodzieży - stały obrazek, to rodzice wskakujące w fale i dziecko siedzące z obrażoną miną na brzegu. Kurde, ja pamiętam, że w tym wieku to nigdy nie przepuszczałem takiej okazji.
Od jednej z polskich turystek mogliśmy przez dobrą godzinę słuchać litanii, dlaczego ona się nie kąpie, chociaż właściwie nikt ją o to nie pytał:
- Bo za zimna woda, za wysoka temperatura powietrza, za dużo glonów, zbyt niebezpiecznie...

Obrazek
Obrazek

Restauracja kempingowa widoczna z plaży.

Obrazek

Najliczniejszym przedstawicielem latającej fauny są mewy, które nieustannie polują. Co jakiś czas zjawi się kormoran mały dostojnie machający skrzydłami. W wodzie zawsze bałem się miejscowych węży, które podobno są zupełnie niegroźne, lecz spotkanie z nim podczas pływania może doprowadzić do zawału serca! Tym razem pojawiły się tylko raz, strasząc sterczącą głową. Zmora poprzedniej wizyty, czyli agresywne łabędzie, teraz złożyły jedynie pojedynczą wizytę, lecz i tak zdążyły mnie pogonić, co wzbudziło gromki rechot dochodzącego do siebie po nocnych hulankach towarzystwa.

Obrazek
Obrazek

Wokół leżaka wesoło skaczą wróblowate, próbując oskubać rachityczne roślinki. Ostatniego popołudnia przypałętał się mały piesek, taki typowy słodziak, przytulas. Myśleliśmy, że to od kogoś z kempingu, lecz prawdopodobnie przybłęda. Do zabawy pierwszy, do rozrabiania pierwszy, do głaskania pierwszy i tylko człowiek się zastanawiał, co się potem z tym pieskiem stanie.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Za nadbrzeżnymi zaroślami mamy doskonały widok na brzeg Strugi z wielkim namiotem - restauracją. Mniej więcej do czternastej panuje z tamtej strony względna cisza, potem słychać wycie z wielkiego meczetu, któremu odpowiada meczet w naszej wiosce. Następnie głos muezzina płynnie przechodzi w dyskotekowe rytmy, które odbijają się od wody aż do wieczora, na szczęście niezbyt natarczywie. Przed zmrokiem muzyka na chwile cichnie, pojawia się stereo w postaci nawoływania do modlitwy z kilku świątyń i dyskoteka wraca. Idealna synchronizacja.

Obrazek

Leżenie na plaży nie może trwać w nieskończoność. Czasem trzeba się przejść, chociażby po naszej miejscowości. Zobaczyć co się zmieniło w ciągu dwóch lat, sprawdzić ile grobów dołączyło na przycerkiewnym cmentarzu, zajrzeć do sklepu.
Jeśli chodzi o architekturę, to przybyło nowych wypasionych domów z trawnikami z rolki, przy których stoją drogie auta z zagranicznymi rejestracjami. Powstało całe nowe osiedle jakby żywcem przeniesione z marzeń deweloperów, czyli typu "wcisnąć jak najwięcej chałup na jak najmniejszym terenie". Dobrze, że starsze domostwa nadal stanowią większość i niektóre to wdzięczne okazy dla fotografa.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ten budynek zawsze był moim ulubionym, natomiast zawsze zapominam się spytać, co zaczęto budować i nigdy nie dokończono w przypadku dolnego zdjęcia.

Obrazek
Obrazek

Przy cerkwi bez widocznych zmian: cisza, spokój, a na nagrobkach praktycznie tylko jedno nazwisko.

Obrazek

Za to zauważyliśmy pożar na wzgórzach pomiędzy Strugą a Ochrydą. Czyżby lasy?

Obrazek

W jedynym czynnym dziś sklepie sprzedawca liczy wszystko ręcznie na kartce. Żadnej kasy, żadnego kalkulatora, ale idzie mu to tak sprawnie, że nie wiem, czy z elektroniką poszłoby szybciej. Sklep stoi przy głównym skrzyżowaniu wioski i niedaleko meczetu. Gdzieś z tej okolicy wieczorami ktoś puszcza turecką albo arabską muzykę, którą słychać w całej wiosce. Może to część wesela, które widzieliśmy wcześniej niedaleko kempingu? Do sąsiedniej restauracji przyjechała kupa odświętnie ubranych ludzi, auta świecą się jak psu jajca, rejestracje z połowy Europy. Wszystko zepsuła koparka ze śmieciami, która bezceremonialnie wtłoczyła się pomiędzy grupę męską i żeńską.

Obrazek
Obrazek

Jeśli chodzi o nietypowe (z mojego punktu widzenia) maszyny, to zwróciłem uwagę na zaparkowany pod murem traktor. IMT-542 przypomina Ursusy z obciętym przodem. Firmę Industrija mašina i traktora założono w 1947 roku w Belgradzie, traktory produkowano m.in. na licencji Massey Ferguson i była największą tego typu w Jugosławii. Nota bene ktoś zamazał nazwę kraju w napisie "Made in Yugoslavia", więc chyba nie wszyscy wspominają ją z nostalgią. Jakiś czas temu IMT sprzedano Hindusom.

Obrazek

Przeszliśmy się również kawałek nowo wytyczoną ścieżką dla pieszych, poprowadzoną w śladzie antycznej Via Egnatia. Ścieżka prowadzi w stronę Strugi i mija kilka innych, mniejszych kempingów nad jeziorem. Jest trochę dzikości, widoków na góry, żółtych dziewann i nisko przelatujących ptaków.

Obrazek

Wieczorem między Strugą a Ochrydą pali się nadal, chociaż na pierwszy rzut oka pożar wygląda jak mgiełki unoszące się nad wodą. Z kolei miejscowa młodzież zabawia się strzelaniem petardami ze skuterów, zaś dodatkowy chaos powodują samochody zbieraczy złomu, którzy w poszukiwaniu łupów potrafią zatarasować całą drogę.

Obrazek

Odwiedziny cerkwi przyniosły mi do głowy pomysł, aby wdrapać się na górkę wznoszącą się nad świątynią, zwłaszcza, że widziałem tam wąską wydeptaną ścieżkę.

Obrazek

Okazało się, że był to doskonały pomysł, bo już po chwili zaczynają się pojawiać świetne widoki na Kalisztę, jezioro i całą górzystą okolicę!

Obrazek
Obrazek

Z wysokości można się przekonać, że gdyby nie działania człowieka, to brzeg jeziora byłby całkowicie zarośnięty rozmaitymi szuwarami.

Obrazek

Na wodzie nieustanny ruch. A w tle Struga i jej najnowszy meczet na obrzeżach.

Obrazek

Panorama z podejścia jest naprawdę bardzo ładna. Fotografuję wioskę z różnych poziomów.

Obrazek
Obrazek

W tym momencie patrzę dokładnie na północ. Dolina Czarnego Drinu oddziela pasmo Jabłanica (na lewo) od pasma Stogowo (na prawo). W środku jeden z poszarpanych szczytów to Golem Krchin (Gołem Krcin), zaliczanego chyba już do pasma Korab. Oddalony jest o około pięćdziesiąt kilometrów i leży na granicy macedońsko-albańskiej. Golema widziałem również w tamtym roku, ale z okolic monastyru Bigorskiego. Wiele z tych gór przekracza dwa tysiące n.p.m. (Golem - 2341 metrów).

Obrazek
Obrazek

Bliższe góry z przyklejoną do nich wioską Radoliszta (Радолишта, Ladorisht) też robią wrażenie. Wygięty szczyt po lewej zwie się Striżak, jeden z wyższych w paśmie Jabłanicy.

Obrazek

Na wierzchu wzgórza stoi kilka mało intersujących nadajników, lecz spod nich sycę oczy środkiem Jeziora Ochrydzkiego, które wydaje się spokojniejsze niż przecinane ruchem łódek obrzeża. A z tyłu góry Galiczica, po których chodziliśmy dwa lata temu.

Obrazek
Obrazek

Jutro mam zamiar zrobić samochodową rundkę wokół jeziora po obu stronach granicy (to około stu kilometrów). Oczywiście zajrzę też do Ochrydy: za wodą widać jej twierdzę i niektóre cerkwie. Ale to temat na osobny odcinek.

Obrazek

Niecałe dziesięć kilometrów od wzgórza jest inne charakterystyczne wzgórze, tuż za granicą, nad albańską wioską Lin. Bardziej na lewo zabudowa Pogradca, jedynego miasta na albańskim brzegu.

Obrazek

Natomiast już całkiem blisko mnie spomiędzy drzew wyłania się wielka sylwetka aquaparku, a za nim szkielety niedokończonych obiektów hotelowych.

Obrazek

Z meczetu zaczyna dochodzić nawoływanie do modlitwy, więc najwyższa pora wrócić na kemping i zjeść kolację. Złażę dość stromą ścieżką, zajmuje mi to sporo czasu, bo ciągle robię zdjęcia. Minaret wyznacza symboliczne centrum Kaliszty, w tle majaczy również wieża meczetu w sąsiedniej miejscowości. Ja w ogóle cały czas myślałem, że miejscowa świątynia islamska jest nowiutka, bo tak wygląda, a to ponoć odnowiony obiekt z XVIII wieku.

Obrazek

Dwa dni później, w ostatni wieczór pobytu nad jeziorem, pożary zmieniły lokalizację: z górek na wschód od Strugi na bardziej płaskie tereny położone na zachód od miasta.

Obrazek

Ostatni poranek przynosi niespodziankę: przybył bardzo silny wiatr, wręcz urywa głowę! Kilkanaście godzin wcześniej na niebie po raz pierwszy w Macedonii pojawiły się chmury, może ma to jakiś związek ze sobą? O zmianie pogody nie ma mowy, nadal ma być pełna patelnia i temperatura powyżej 30 stopni. Kąpię się walcząc z falami i łabędziami; ułożenie drzew pokazuje jak mocno wiało od strony jeziora. Obok Strugi nadal unosi się dym.

Obrazek

Nawet obsługa twierdzi, że taki wiatr jest nienormalny. Woda co rusz przedziera się przez pozbawione szyb ściany restauracji, więc do śniadania mamy w zestawie również kąpiel. Oprócz swoich brzuchów karmimy też pieska z kempingu, który nocował gdzieś w krzakach. Mam nadzieję, że do jesieni znalazł jakiś dom albo chociaż schronienie przed chłodnymi nocami.

Obrazek

Żegnamy się serdecznie z właścicielami. Przed nami wnętrze kraju, tam, gdzie turystów prawie się nie spotyka.

Obrazek

* w językach słowiańskich zapisywanych w alfabecie łacińskim często spotyka się formę Kališta, taką też stosowałem ostatnio, lecz jednak zgodnie z zasadami polskiej transliteracji š przechodzi w sz w przypadku tłumaczenia z cyrylicy. Zresztą zawsze mam problem jaką wersję wybrać ;).
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 05-12-2024 15:35

Jezioro Ochrydzkie w powszechnej świadomości kojarzy się głównie z Macedonią, ale przecież około jednej trzeci powierzchni i brzegu leży w granicach Albanii. To jednak dwa różne światy. W Macedonii mamy wpisaną na listę UNESCO Ochrydę, która wraz z sąsiednimi miejscowościami jest głównym zagłębiem turystycznym kraju, zwłaszcza dla przybyszy z zagranicy. Tak było w czasach jugosłowiańskich, tak jest i teraz. Gdzieś przeczytałem, że statystycznie na jednego mieszkańca macedońskiego wybrzeża przypadało półtorej turysty, ale to były dane sprzed dekady, obecnie na pewno jest ich jeszcze więcej. Natomiast Albania, ogólnie znacznie popularniejsza, pod względem turystycznym to przede wszystkim morze. Nad albańskie Jezioro Ochrydzkie mało kto z cudzoziemców zagląda i to też tradycja, bo przecież w czasach komunizmu był to teren całkowicie niedostępny dla osób postronnych. Pod względem zabytków i interesujących miejsc również macedoński brzeg przeważa nad albańskim, choć i nad tym drugim coś się znajdzie.

Przerwą w odpoczynku nad wodą miał być objazd jeziora dookoła. Już tak kiedyś zrobiliśmy dawno temu, teraz chciałem zobaczyć, co się zmieniło i miałem w planach zwiedzić pewną miejscowość, którą poprzednio ominąłem. Odległościowo taki objazd to mniej więcej sto kilometrów, ale może zająć i cały dzień. No to w drogę!

Najbliższe od Kaliszty jest główne przejście graniczne pomiędzy dwoma krajami zlokalizowane przy przełęczy Qafë Thanë/Kafasan (Ќафасан, niecałe 1000 metrów n.p.m.). Mimo niedzieli, a może właśnie dlatego, aut na przejściu jest całkiem sporo. Ustawiamy się w kilku rzędach. Z mojej lewej stoi facet, który usiłuje osobówką przewieźć kilka sporych okien, przy czym ramy są na dachu, a okna na tylnych siedzeniach. Pogranicznicy albańscy go nie puszczają, więc musi cofać na wstecznym, bo nikt nie przewidział zawracania. Zwraca uwagę też kilkunastosamochodowy orszak weselny, przy czym prawie każde auto ma rejestrację z innego kraju. Gdy po niecałych dwudziestu minutach meldujemy się po albańskiej stronie, to znowu się na nich natykamy.

Obrazek

Okolice przełęczy są wyschnięte na wiór, wypłowiałe zielsko trzeszczy pod stopami. W takich warunkach doskonale czują się różne rośliny ostowate, na przykład osociec hiszpański, który w ogóle nie jest wybredny jeśli chodzi o środowisko naturalne.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Jezioro Ochrydzkie trzysta metrów pod nami.

Obrazek

Weselnicy ponownie nas mijają i znikają za zakrętami.

Obrazek

Dojeżdżamy do SH3, jednej z głównych dróg w tej części kraju. Skręcając w prawo ruszylibyśmy w stronę Tirany, my natomiast odbijamy w lewo w kierunku jeziora. Już po chwili zatrzymuję się na poboczu, gdzie stoi stragan z rozmaitymi towarami, ale przede wszystkim można podziwiać nabrzeżną panoramę.

Obrazek
Obrazek

Góry za moimi plecami także są niczego sobie.

Obrazek

Najbliższy cel to wioska Lin, nad którą góruje skalisty półwysep. To pierwsza miejscowość od granicy z Albanią. Oprócz pięknego położenia posiada bardzo długą historię, bo... najdłuższą na kontynencie! Znaleziono tu ślady palafitu (osady na palach) sprzed 8500 tysiąca lat, co czyni ją najstarszym nieprzerwanie zasiedlonym miejscem w Europie.

Obrazek

Po zjechaniu w dół mijamy zarośnięte tory linii Pogradec - Tirana. Zamknięto ją w 2012. Choć trwają prace rekonstrukcyjne na kolei w różnych częściach kraju, tego odcinka nie planuje się przywrócić do ruchu. Wielka szkoda, bo był chyba najbardziej widokowy w Albanii, z licznymi mostami i tunelami wśród gór.

Obrazek

W polach czają się bunkry. Wróg był przecież tak blisko!

Obrazek

Lin ma być wyróżniającą się wioską nie tylko z powodu historii, ale także demografii, bowiem w internetach można przeczytać, że zamieszkują ją liczni Macedończycy. Tyle, że to nie do końca prawda. W XIX wieku Lin opisywano jako miejscowość w połowie muzułmańską i w połowie chrześcijańską, czyli pół albańską i pół słowiańską. Właśnie, słowiańską, a nie macedońską, bo Macedończycy jako świadomy naród jeszcze nie istnieli. O ówczesnych Słowianach jako Macedończykach piszą oczywiście dzisiejsi Macedończycy zgodnie ze swoją polityką historyczną, co powtarzają bezrefleksyjnie niektórzy zagraniczni autorzy, natomiast przed wiekem wspominano o Bułgarach lub "chrześcijanach z Macedonii", co nie jest tożsame z Macedończykami. To zresztą szerszy problem związany z ludnością słowiańską w Albanii. Władze oficjalnie uznają mniejszość macedońską, lecz tylko w okolicach jeziora Prespa. Macedończyków jest w tym kraju nieco ponad dwa tysiące, natomiast ponad siedem tysięcy osób określało się jako Bułgarzy, dokładnie na tych samych terenach. I to wcale nie dziwi: Słowian w Albanii ominęła przymusowa macedonizacja prowadzona przez jugosłowiańskie władze, więc dziś mogą deklarować się bez obaw jako Bułgarzy (w Macedonii mogły ich za to spotkać szykany). Dodatkowo paszport bułgarski jest więcej wart niż macedoński, więc wybór wydaje się oczywisty. W każdym razie żadnej macedońskości w Lin nie widać, według fachowców Słowianie się zalbanizowani, zaś młode pokolenia nie znają już słowiańskiego języka, nawet jeśli używali go ich przodkowie.
Tymczasem ja nieopatrznie wjechałem w wąskie uliczki Linu obstawione ludźmi i w pewnym momencie musiałem zawrócić. Zaparkowałem pod wybebeszonym piętrowym budynkiem, gdzie do rezerwacji miejsc służyły kamienie.

Obrazek

Architektura wioski jest ciekawa, do wznoszenia wielu domów użyto kamieni. Większość z nich to obiekty z długą metryką, te przy głównej ulicy są często otynkowane i pomalowane w ciepłe kolory.

Obrazek
Obrazek

Na początek postanawiamy wdrapać się na półwysep. Prowadzi do niego droga z kostki, a znad dachów przebija się jezioro.

Obrazek
Obrazek

Półwysep składa się z dwóch wierzchołków. Wyższy z nich to stanowisko archeologiczne, więc go ogrodzono, lecz widzimy, że brama jest otwarta.

Obrazek

Za bramą stoi nadąsany facet. Nie reaguje na pozdrowienie, a na pytanie:
- Czy wstęp jest płatny?
...warczy "nie!", jakby właśnie przechodził ciężką menstruację. Ewidentnie chciałby być w zupełnie innym miejscu i z innym towarzystwem.
Na szczycie śmierdzi siarką i znajdują się tam ruiny kościoła bizantyjskiego z VI wieku. Odkryto je, gdy po wprowadzeniu przymusowej ateizacji komuniści zniszczyli późniejszą świątynię św. Anastazego. Same ruiny to nic specjalnego, ale możemy tutaj zobaczyć jedną z przepięknych wczesnochrześcijańskich mozaik. Pozostałe są zakryte ziemią lub piaskiem, tę można podziwiać w spokoju bez tłumów turystów.

Obrazek
Obrazek

Za nami pojawiają się dwie Francuzki i nagle cieć bramny zmienia się nie do poznania: zaczyna się uśmiechać, pokazuje kobietom drogę go mozaik i opowiada historię wykopalisk. Cud! Oprócz nich przychodzi jeszcze kilku Turków, więc ktoś Lin odwiedza, lecz na pewno nie są to masowe wycieczki.

Obrazek

Za płotem niszczeje niedokończona konstrukcja, chyba chcieli budować jakąś kaplicę. Z drugiej strony jest ładny widok na szuwary, ale najlepsze dopiero przed nami!

Obrazek
Obrazek

Okazało się, że po wyjściu z terenu wykopalisk należy skorzystać z wąskiej ścieżki biegnącej pomiędzy urwiskiem a kratami i wyjdziemy na otwartą przestrzeń prowadzącą w stronę drugiego wzgórza. A tam robi się naprawdę pięknie z panoramą jeziora oraz gór od lewa do prawa!

Obrazek
Obrazek
Obrazek

W dole cała wioska na wyciągnięcie ręki. Jest meczet i cerkiew, obydwa obiekty są nowe, stare zniszczyli komuniści.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Oddalona o dziesięć kilometrów macedońska Kaliszta ze wzgórzem, z którego dzień wcześniej patrzyłem w tę stronę. Po prawej meczet w Strudze.

Obrazek

Zastanawiałem się, czy granica na jeziorze jest w jakiś sposób oznaczona? Jakieś boje, tablice? Nie, nic takiego nie ma. Miejscowi i tak wiedzą, gdzie przebiega, a jakby nie wiedzieli, to straż graniczna szybko im przypomni. Zatrzymanie, grzywna, utrata licencji na przewóz pasażerów łodziami - to im potem grozi. W czasach Hodży kara była zazwyczaj jedna: seria z karabinu. Jeszcze w 1990 roku, kiedy to w Europie komunizm stawał się już przeszłością, na albańskich granicach zginęło od kul ponad pięćdziesiąt osób! Dla porównania: w czasie próby przekroczenia Muru Berlińskiego zabito sto czterdzieści osób, lecz w ciągu trzydziestu lat!

Obrazek

Podobno granica w okolicach Linu jest często używana przez przemytników, którzy od czasów wojny w Kosowie szmuglowali tędy ludzi, a dzisiaj głównie narkotyki i kradzione łodzie. To jednak nie tłumaczy, dlaczego do tej pory na Jeziorze Ochrydzkim nie otwarto żadnego wodnego przejścia granicznego. Nadal nie ma legalnej możliwości, aby z macedońskiej strony przepłynąć do albańskiej i odwrotnie! To absurd, turyści byliby zachwyceni takimi rejsami.

Półwysep można obejść dookoła, w tym celu trzeba jednak zejść po skałach, a my mamy na nogach sandały, więc wracamy drogą, którą przyszliśmy. Fotografuję jeszcze brzeg od wschodniej strony, tam gdzie malutkie ogródki wchodzą do wody.

Obrazek
Obrazek

Obrazek

Tymczasem brama do ruin kościoła została już zamknięta, wbiliśmy się idealnie w okres aktywności strażnika.
Postanawiam podskoczyć na szybko do dwóch cmentarzy położonych pod nieodległym lasem. Mijam wielkiego, kudłatego psa buszującego w śmietniku, nawet na sekundę na mnie nie spojrzał.

Obrazek

Pierwszy cmentarz jest muzułmański, choć symboli religijnych nie widać. Drugi posiada wejście z krzyżem - chrześcijański, więc w domyśle słowiański. Na nagrobkach sprzed 1967 i po 1989 roku też są krzyże. Nie znalazłem ani jednego grobu z napisem w cyrylicy, a więc tak jak pisałem: brak śladów macedońskości/bułgarskości. Ciekawe jak to funkcjonowało w okresie ateizmu państwowego, przecież wtedy formalnie nie miało znaczenia gdzie nieboszczyk spocznie, skoro religii nie było?

Obrazek
Obrazek

Idziemy do centrum. Mijamy meczet i kościół, gdzie chwilę wcześniej zamknięto bramę na kłódkę.

Obrazek
Obrazek

Próbujemy obejść półwysep na poziomie jeziora. Im dalej, tym budynki robią się biedniejsze i bardziej zaniedbane. W bok odchodzą liczne małe uliczki schodzące do wody.

ObrazekObrazek

Znalazło się nawet hasło propagandowe z poprzedniej epoki.

Obrazek

Ścieżka wokół półwyspu oznaczona jest znakami szlaku, lecz wchodząc w opuszczone gospodarstwo zastanawiamy się, czy to rzeczywiście właściwy kierunek. Ale tak, można dalej iść. Domy ustępują miejsca ogródkom i niewielkim poletkom. Potem wszystko zaczynają zakrywać krzaki, czuć zapach padliny i zaczyna się wspinaczka po skałkach, więc zawracam.

Obrazek
Obrazek

Zanim ruszymy dalej, kupujemy kilka pamiątek w jednym z licznych straganów. Ponieważ w Albanii jesteśmy w tym roku jedynie parę godzin, więc nie wymieniałem walut, a zostało nam trochę leków sprzed roku. Wydajemy je na magnesy i od tego momentu mamy jedynie euro, ale to nie problem, bo wszędzie je przyjmują po kursie praktycznie kantorowym: 1 euro = 100 leków. Moją uwagę zwracają stoliczki z przeźroczystym płynami - bimber! Litr za pięć euro? Biorę. Stoiska pilnuje sąsiadka, woła właścicielkę, która od razu podstawia kubeczek.
- Test, test! - zachęca. Łykam, smakuje nieźle. Na Śląsku smakowało już gorzej :P. Jeszcze bieganie pani po okolicznych domach w celu rozmienia banknotu i odpowiednio zaopatrzeni możemy opuścić Lin. Bardzo fajna miejscowość. Widać, że powoli zaczynają myśleć tu o turystach z zagranicy, bo są i pokoje do spania i widziałem ze dwie restauracyjki.

Obrazek

Dalsza droga wzdłuż wybrzeża ma elegancki asfalt, jest szeroka i wręcz zachęca do wciskania pedału gazu. Nie jadę zbyt przepisowo, ale i tak przez pewien czas siedzi mi na ogonie jakiś narwaniec. Wyprzedza mnie na ciągłej, więc uprzejmie puszczam go przodem i wkrótce zatrzymuje go policja ;). Tak to się załatwia.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 17-12-2024 22:05

Mijam różne małe plaże na których, nie wiadomo czemu, nikt się nie kąpie. A takie ładne, nowoczesne. Na zdjęciu w tle ładnie widać przełęcz Baba i szczyt Magaro w górach Galiczica, zdobyty dwa lata temu. Pytanie, czy teraz można tam było iść, bo po wprowadzeniu stanu wyjątkowego władze zakazały wejścia do lasów na terenie całego kraju.

Obrazek

Wjeżdżamy do Pogradca, jedynego albańskiego miasta nad Jeziorem Ochrydzkim (Macedonia posiada aż dwa). Na ulicach prawdziwie wielkomiejski ruch, ale parkuję bez problemu. Na szczęście Albania jeszcze nie doszła do takiego poziomu nowoczesności jak inne bałkańskie kraje i zamiast wysyłania smsów z miejscowej karty sim albo ściągania aplikacji oferuje usługę starego, dobrego parkingowego. Ledwo stanąłem, a z najbliższego lokalu wybiegł zarośnięty facet z fają w gębie.
- Hello! - krzyknął - One euro for two hours. It's okej?
Pewnie, że okej. Wypisał świstek papieru, wcisnął za szybę i wrócił do swoich spraw.

Uliczki Pogradca to typowa mieszanka starego i nowego, jak całe państwo.

Obrazek

Pogradec swą historią sięga VIII wieku, ale większość historycznej zabudowy została zniszczona w czasach komunizmu. Niestety albo stety, miasto upodobał sobie Enver Hodża, więc to, co nie pasowało do nowej szczęśliwej ojczyzny, musiało zostać usunięte. Czasem można jeszcze dojrzeć pojedyncze wille w stylu śródziemnomorskim, pewnie wiele z nich należało kiedyś do Włochów.

Obrazek

Enverovi tak spodobał się klimat Ochrydzkiego, że w położonym na skraju Pogradca parku przy źródłach rzeki Drilon miał swoją willę, w której spędzał wolny czas. Podczas jego pobytów na wzgórzach w sąsiedztwie parku uruchamiano... ogromne wiatraki, które schładzały powietrze do odpowiedniej temperatury. Miasto było wówczas strefą zamkniętą, bez specjalnych zezwoleń nikt nie mógł się do niego dostać, a miejscowych ściśle kontrolowano. Dziś każdy może tu przybyć, co czynią i biedni i bogaci - tylu wypasionych fur jeżdżących na ulicach blisko plaży dawno nie widziałem. Kasa po prostu waliła po oczach. I amerykańskie rejestracje.

Obrazek

Plaża w Pogradcu jest długa na trzy kilometry. Na jej obrzeżach pustawo i jakoś tak idyllicznie. Piasek jest w miarę czysty, ale woda wyrzuca duże ilości glonów, które pracownicy porządkowi zbierają widłami na kupki.

Obrazek
Obrazek

W centralnej części plaży robi się światowo: tłok taki, że ciężko się przecisnąć, muzyka rąbie z głośników jak dzika. Są odcinki plaży prywatne, są miejskie (więc z bezpłatnymi miejscami), są beach bary, wypożyczalnie rowerków, łódek, motorków i Bóg wie jeszcze czego. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć jaka to przyjemność wypoczywać w takim tłoku!

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Szukamy toalety. Kosztuje 50 leków i obsługuje ją wielki chłop, który dziwi się, że ja też nie chcę skorzystać. Kilka razy się upewnia, czy na pewno tylko damska ;).

Obrazek

Znacznie spokojniej, chłodniej i przyjemniej jest w parku ciągnącym się wzdłuż plaży. Przyczaiło się tam sporo osób na ławeczkach i kocach, starsi ludzie odpoczywają w cieniu altanek. Gdyby ktoś chciał poznać historię, to w zachodniej części znajdzie wiele pomników albańskich gieroji (raczej tych spod znaku czerwonej gwiazdy). Strzelam aparatem zdjęcia tu i tam, nikt się nie zakrywa ani nie grozi, a zdarza się, że rodzice sami wołają do dziecka, aby mi pomachało. W tej bardziej cywilizowanej Europie to już rzadko możliwe.

Obrazek

Mimo niedzieli wszystkie sklepy są otwarte, a po ulicach pędzą śmieciarki i zbierają kubły. Robimy niewielkie zakupy, pytając przedtem kasjerkę, czy można płacić kartą, czym wzbudziłem jej rozbawienie. No cóż, nie cała Albania jest tak "prokartowa".

Obrazek

Z wypatrzonych ciekawostek:
* bunkier na jednym z podwórek, zdaje się obok muzeum miejskiego. Miał chronić cenne zbiory przed grabieżą imperialistów wszelakich,
* prawosławna cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy. Nowa, wszystkie stare świątynie zniszczono.

Obrazek
Obrazek

Opuszczamy miasto kierując się na wschód. Nieco na wyczucie, bo brak znaków w stronę granicy. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę na skraju Parku Narodowego Drilon. To w nim wypoczywał Hodża, jego dawna willa jest obecnie restauracją. Mimo szumnej nazwy rozmiarami pasuje on do zwykłego podmiejskiego parku, choć niewątpliwie jest tu ładnie: las, woda, pływające łódki i niebezpieczne dla samochodów mostki.

Obrazek
Obrazek

Zwykli albańscy obywatele mogli odwiedzać park jedynie raz w roku z okazji Święta Granicy pod czujnym okiem wojska i bezpieki. O obecności wodza świadczył też fakt pojawiania się w telewizji włoskich kanałów, gdyż w czasie jego wypoczynku chwilowo ich nie zagłuszano. Gdy w 1991 roku albański komunizm w końcu padł, ludzie z Pogradca zemścili się na... kwiatach. Po otwarciu parku całkowicie zniszczono różane ogrody wokół willi.

Obrazek

Kiedyś na okolicznych wzgórzach rosło znacznie więcej drzew. Ale w 1975 roku doszło do jedynej udanej ucieczki przez jezioro: szesnaście ściśniętych na małej łódce osób nocą przepłynęło z plaży w pobliżu parku w okolice klasztoru św. Nauma w Jugosławii. W linii prostej to może z półtora kilometra, im to zajęło osiem godzin! Plan ucieczki był tak śmiały, że aż bezczelny: dokonano jej w czasie pobytu Hodży w willi. Wówczas jednak wojsko i pogranicznicy bardziej skupiały się na jej otoczeniu, a nie jeziorze, natomiast wielkie reflektory, które w normalnych warunkach nieustannie przeszukiwały wodę, włączano rzadko, bo przeszkadzały dyktatorowi w odpoczynku. Ucieczka zatem się udała, choć mężczyźni wylądowali na kilka tygodni w jugosłowiańskim więzieniu. To i tak dobrze, bowiem zdarzało się, że Jugosłowianie odstawiali uciekinierów na granicę, na śmierć lub obóz koncentracyjny. Na szczęście w latach 70. Tito szedł już ku zachodowi, więc śmiałków z łodzi pokazywano nawet w państwowej telewizji jako bohaterów. Wściekłe albańskie władze kazały wyciąć drzewa i szuwary w rejonie przygranicznym i do dzisiaj jest tam łysawo.

Obrazek

Nieoznaczona droga ku przejściu z Macedonią robi się coraz węższa, aż zmienia się w szutrówkę pnącą się ostro do góry. Jadący przed nami Serbowie gwałtownie zawracają, ja z uporem pcham się dalej i po chwili wyjeżdżam na nowiutki asfalt! Okazuje się, iż trwa budowa dojazdu do przejścia, ale krótki odcinek łącznikowy może wystraszyć każdego :D. Raczej nie zmieści się tu żaden autobus ani ciężarówka, chociaż w przypadku kierowców z Bałkanów nic nie jest pewne.

Obrazek
Obrazek

Przy albańskich budkach pusto, co nie dziwi, bo mało brakowało, a sam bym zawrócił. Przy macedońskich sznur piechurów, którzy wracają do kraju - prawdopodobnie z klasztoru, który leży tuż obok granicy. Nawet przed remontem między Macedonią a Albanią nie funkcjonował żaden transport zbiorowy, więc osoby nie posiadające własnego auta były skazane na wędrówkę pomiędzy klasztorem a Pogradcem. System komputerowy działa na tyle wolno, że mimo braku innych wozów przekroczenie granicy zajmuje aż dziesięć minut i po pięciu godzinach kończymy tę krótką wizytę w kraju czarnego orła. Ale to nie koniec objazdu jeziora!

W Macedonii droga jest kręta i z wieczną ciągła linią. Szybko robi tłoczno, bo ludzie zaczynają wracać z niedzielnego wypoczynku. Praktycznie w każdej miejscowości stoją dziesiątki porzuconych byle jak samochodów, których pasażerowie nadal wylegują się na plaży. Na zdjęciu wioska Pesztani (Пештани): deptak z palmami jest pusty, bo wszyscy leżą kawałek dalej.

Obrazek

No i pora na Ochrydę (Охрид, Ohër). Zawsze jak jestem nad Jeziorem Ochrydzkim, to staram się tu zajrzeć. Zerknąć, czy są jakieś zmiany. Są: stary dom przed małym meczetem coraz bardziej chyli się w bok.

Obrazek

Jak na najpopularniejsze miasto w kraju nie brakuje tu turystów, ale tak naprawdę chodzą oni w większych ilościach jedynie po kilku głównych ulicach obwieszonych reklamami niepasującymi do zabytkowej architektury. Czasem wystarczy skręcić w bok i robi się pusto.

Obrazek
Obrazek

Na deptaku pragmatyzm w pełni: można zamówić sobie koszulkę z Putinem w dwóch wersjach - chwalącej i prześmiewnej ;). Ale Macedonia to nie Rosja i Czarnogóra, Rosjan tu niewielu, a i prorosyjskich sympatii mniej, więc na tę pierwszą opcję niekoniecznie będą tłumy chętnych. Z kolei wierzący mogą się pomodlić do świętej Coca-Coli :D.

Obrazek

Zaglądamy do ochrydzkiego portu. Można się z niego przepłynąć stateczkiem lub łódką do Strugi i św. Nauma. Do Pogradca czy Linu nie można. Ciekawe, czy to się kiedyś zmieni? Państwa bałkańskie dużo dyskutują na temat otwarcia granic, lecz wszystko kończy się na wspólnym pozowaniu do zdjęć.

Obrazek

Według legend w Ochrydzie ma być sto cerkwi albo nawet tyle, ile dni w roku. Nie wiem jaka liczba jest prawidłowa, ale rzeczywiście świątynie są prawie wszędzie. Niedaleko murów miejskich znaleźliśmy niewielką cerkiew św. Mikołaja z XIV wieku. Po przybyciu Turków była ona zamieniona na szpital, stąd przydomek "Bolnicki" (Свети Никола Болнички). Na trawniku obok budynku dokazuje banda zabiedzonych małych kotów.

Obrazek

Niedaleko cerkwi zwraca uwagę potężny dom rodziny Robewi (Куќа на Робевци) z lat 60. XIX wieku. Reprezentuje on tzw. narodowy macedoński styl miejski (choć widziałem podobne też w Bułgarii), charakterystyczny dla bogatych rodzin chrześcijańskich. Ta rezydencja jest jedną z najbardziej znanych, dziś mieści się w niej muzeum historyczne.

Obrazek

Ochrydę już kiedyś zwiedzaliśmy bardzo dokładnie, ale nigdy nie udało mi się wejść do żadnego miejscowego meczetu. Albo zamknięty na głucho albo w remoncie. Miasto nad jeziorem zwano niegdyś "Bałkańską Jerozolimą" i mimo, że meczetów nie jest aż tak dużo jak cerkwi (muzułmanie - Albańczycy i Turcy - stanowią niecałe dwadzieścia procent mieszkańców), to rzucają się w oczy. Największa z islamskich świątyń została wysadzona w powietrze w pierwszych latach komunizmu (mniej więcej w tym samym czasie, gdy... Ochrydę uznano za strefę zabytkową), dziś palmę pierwszeństwa dzierży meczet Alego Paszy (Али Паша дзамия, Xhamia e Ali Paşës, Ali Paşa Camii) z 1573 roku. Robiłem trzykrotną próbę zobaczenia go od wewnątrz: za pierwszym razem zamknięty, za drugim trwała akurat modlitwa, za trzecim zatrzaśnięto mi bramę przed nosem.
- Tylko w czasie modlitw - wyjaśnił jeden facet.

Obrazek

Może boją się roznegliżowanych dziewczyn, które lubią umawiać się w grupach akurat obok wejścia do świątyni? Kilka metrów, a dwa totalnie różne światy.

Obrazek

Meczet Tekke, zwany też meczetem Zeynela Abedina Paszy (Зејнел Абедин-пашина џамија, Zejnel Abedin Pashës, Zeynel Abedin Paşa Camii) jest o dwadzieścia lat młodszy od sąsiada. Lśni się w słońcu po wieloletnim remoncie, ale cóż z tego, skoro również jest zamknięty!

Obrazek

Pora była coś zjeść. Wybraliśmy lokal na końcu deptaka; pusty, ale po prawdzie o tej porze wszędzie było pusto poza jedną restauracją, do której ustawiła się kilkunastoosobowa kolejka! W takiej na pewno czekać nie będziemy. Jeśli chodzi o jedzenie to nasza knajpa była w porządku, lecz obsługa już nie! Brzuchaty właściciel był wyraźnie poirytowany, że zamówiliśmy za mało (zupa rybna, tawcze grawcze z sudżukiem, sałata ochrydzka z jedną oliwką i dwa piwa), fukał, prychał, trzaskał menu rzucając je na sąsiedni stół i tym podobne. Tak więc gdyby ktoś się zastanawiał, to restaurację o nazwie BRIONI 2008 omijać szerokim łukiem!

Obrazek

Jeszcze trzeba zrobić zakupy. W Macedonii, inaczej niż w Albanii, prawie wszystkie sklepy w niedzielę są zamknięte. Trafiamy jednak na otwarty, duży, niedaleko deptaku. Kolejka jak w Biedronce, gdy rzucą promocję na tanie piwska, ale szybko przypominam sobie, że ten przybytek znamy: jest muzułmański i nie ma w nim alkoholu. Wychodzimy!
Dopiero blisko samochodu widzimy mały sklepik z wystawionymi procentami.
- Skąd jesteście? - pyta starszy pan. - Z Polski? - myśli dłuższą chwilę. - Byliście w centrum? A gdzie śpicie? Kaliszta, to naprzeciwko. Poczekajcie, przyniosę wam zimne piwo z lodówki.

I tym miłym akcentem zakończyliśmy objazd Jeziora Ochrydzkiego.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/


Wróć do „Relacje z wypraw”