Śladem spomeników

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 31-12-2024 15:19

Opuszczamy brzeg Jeziora Ochrydzkiego, które nieco obniżało temperaturę i zapewniało trochę wytchnienia. Wjeżdżamy w wysuszone i gorące tereny macedońskiego interioru. Od razu za Ochrydą zaczynamy się wspinać, bo przecież wszędzie są góry. Podjeżdżając pod przełęcz na wysokości 1200 metrów musimy się zmierzyć z kierowcami ciężarówek, którzy namiętnie wyprzedzają się na ciągłej i w nieoświetlonych tunelach. W pewnym momencie dogania mnie... śmieciarka i dziko trąbi, abym przyspieszył. Nic nowego na Bałkanach.

Obrazek

Gdy robi się spokojniej staję na poboczu, aby rozprostować kości. Nie dostrzegam żadnych budynków. Żółte trawy kontrastują z ciemną zielenią na zboczach. W tle, za moim samochodem, uchwyciłem nadajnik na wierzchu Pelisteru w paśmie Baba - jest to trzeci najwyższy szczyt Macedonii (2601 metrów).

Obrazek
Obrazek

Za Bitolą (Битола) okolica się spłaszcza, jedynie po lewej stronie przemykają żółtawe pagórki. Widać ślady po ogniu - albo samozapłony albo rolnicy znowu bawili się zapałkami. Najwięcej czarnych plam było na obrzeżach Bitoli, w cygańskiej dzielnicy: tam z dymem poszła nie tylko roślinność, ale i kilka skleconych z byle czego chałup. Dookoła tradycyjnie walały się całe góry śmieci, w tym masa szklanych butelek, więc w takich warunkach naprawdę nie jest trudno o pożar. Ogień był wybredny, potrafił pożreć trawę, drzewa do ich połowy, po czym w niewyjaśniony sposób minął wybrane domostwa.

Obrazek

Przerwa od gór jest chwilowa, bo wkrótce na horyzoncie znowu wyrastają postrzępione szczyty.

Obrazek

Ten dzień określiłem jako "Macedonia prawdziwa". Co nie znaczy, że jest jakaś "Macedonia sztuczna", ale będziemy się kręcić po okolicach rzadko wizytowanych przez zagranicznych turystów. Na pierwszy rzut pójdzie Prilep (Прилеп). Kiedyś już w nim byliśmy, ale przy cerkwiach i monastyrze na obrzeżach, teraz chcemy zajrzeć do centrum. Patrząc na północ cały czas widzimy góry otaczające miasto.

Obrazek

Zatrzymujemy się przy Parku Rewolucji (Парк на револуцијата). Przyjemne miejsce, sporo zacienionych miejsc, które wykorzystują dziesiątki bezdomnych psów. Większość śpi albo leży z ledwo otwartymi oczami, ale niektóre podchodzą, aby je pogłaskać. Oprócz piesków nie zaobserwowałem innych żywych stworzeń.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Park Rewolucji posiada jeden z ciekawszych jugosłowiańskich spomeników w Macedonii. Nie jest może imponujący pod względem wielkości, ale intryguje swoją formą. Z daleka przypomina pionki na szachownicy...

Obrazek

...z bliska figury zaczynają kojarzyć mi się z kaczkami! Przekaz podprogowy??

Obrazek

Kompleks pomnikowy powstał na początku lat 60. i upamiętnia ośmiuset komunistycznych partyzantów. Na Mogiłę Niepokonanych (Могила на непобедените) składa się kopiec z prochami kilkuset poległych, Aleja Bohaterów, amfiteatr i właśnie ta kompozycja - osiem monolitów. Według najpopularniejszych opinii są to urny albo... tancerze a właściwie tancerki. Siedem kobiet ma tańczyć wokół najwyższej, co ma symbolizować tradycyjny macedoński taniec. Inni twierdzą, że to raczej oddziały partyzanckie, które stopniowo stawały się coraz liczniejsze i silniejsze.
Jak dla mnie to jednak kaczki!

Obrazek

Na kurhan można wejść i popatrzeć na kaczki z góry albo w dole przeczytać listę z setkami nazwisk. Całość jest dobrze utrzymana i wyremontowana, choć niektóre nazwiska są mało czytelne.

Obrazek
Obrazek

W centrum parkujemy blisko cerkwi Zwiastowania Pańskiego, wybudowanej w 1838 roku w mało cerkiewnym stylu: nisko, szeroko, bez kopuł i żadnej wieży. Zapewne takie były wówczas wymogi Turków co do nowo stawianych świątyń.

Obrazek

We wnętrzach świątyni znalazło się sporo elementów związanych z historią i kościołem bułgarskim, więc kiedy Macedonia została na początku XX wieku zajęta przez Serbów, wiele napisów i rysunków zniszczono lub zdewastowano. Polityka historyczna nie omija nawet takich miejsc, ale przecież to wszystko ku chwale jakiegoś narodu.

Obrazek

W Prilepie chichot historii odbija się czkawką. W 19. stuleciu miasto było jednym z głównych ośrodków bułgarskiego odrodzenia narodowego. W kolejnym wieku przynależność państwowa zmieniała się co najmniej sześciokrotnie, a w czasie II wojny światowej całą Macedonię połączono z Bułgarią. I właśnie w Prilepie w październiku 1941 roku doszło do ataku komunistycznych partyzantów na bułgarski posterunek. Wydarzenie to obchodzi się dzisiaj w Macedonii Północnej jako święto państwowe. Co ważne - nie wszyscy ówcześni komuniści macedońscy uznali Bułgarów za okupantów, ba, wielu macedońskich komunistów też uważało się za Bułgarów. Dochodziło do sytuacji, że schwytani komunistyczni partyzanci apelowali o łaskę powołując się na swoje... bułgarskie pochodzenie, a władze to uznawały. Dopiero naciski Tito sprawiły, że rozpoczęły się ataki na bułgarskie wojska i policję, które w tym momencie i tak w większości składały się z poborowych z okolicy. Po wojnie dialekt prilepski stał się podstawą nowo ogłoszonego języka macedońskiego. a bułgarskość skutecznie wytępiono.
Obrazem takiego stanu rzeczy jest wygląd bułgarskiego cmentarza wojennego obok cerkwi. Nieoznaczona betonowa płyta z płytami rozbitymi kilkadziesiąt lat temu.

Obrazek

Przechodzimy przez stróżkę wody, która w chłodniejszych miesiącach zwą rzeką Prilepską (Прилепска). Na zdjęciu prawie wszystko jest krzywe: mostek dla pieszych, po którym jeżdżą też motorki, słupy, lampy, nawet budynek z lewej strony. Tylko wieża zegarowa wzniesiona przez Turków wydaje się prosta, lecz w rzeczywistości ma odchył.

Obrazek

Prilep, podobnie jak Skopje, posiada Čaršiję, czyli starówkę z czasów osmańskich (Стара чаршија). Najcenniejszym jej obiektem był meczet z XV wieku (Чарши џамија). Był, bowiem 8 sierpnia 2001 roku został spalony przez mieszkańców!

Obrazek

W tym czasie w północno-zachodnich rejonach kraju trwało powstanie Albańczyków. Najtragiczniejszym wydarzeniem z tego konfliktu była zasadzka na autostradzie Skopje-Tetowo: Albańczycy przyczaili się na konwój żołnierzy macedońskiej armii. W wyniku trafienia z granatnika ciężarówki zginęło dziesięciu rezerwistów i wszyscy pochodzili z Prilepu! W całej Macedonii doszło do antyalbańskich wystąpień, atakowano domy i sklepy należące do tej społeczności. W Prilepie gniew ludzi skupił się na meczecie, ale... to nie był meczet albański! W mieście mieszka kilka procent muzułmanów - ponad cztery tysiące ludzi, lecz są to Cyganie, trochę Turków, a Albańczyków było może ze dwudziestu. To zapewne nie miało żadnego znaczenia dla wściekłego tłumu, pięć wieków historii poszło z dymem. Pozostały dolne części osmalonych ścian i minaret.
Naszła mnie przy tym refleksja, że powiedzenie "kowal ukradł, Cygana powiesili" ma tutaj doskonałe zastosowanie: Albańczycy zabili, Cyganom spalili świątynię.

Obrazek
Obrazek

Macedoński rząd planował meczet szybko odbudować przy pomocy Turków, ale... nie zgodzili się na to mieszkańcy! Podobnie jak w Bośni, gdzie Serbowie nie godzą się na odbudowę zniszczonych przez siebie świątyń, jednak tam zazwyczaj władze stawiają na swoim, tutaj odpuściły. Ruina służy dzisiaj jako miejsce libacji i publiczny szalet; na zdjęciu udało mi się uchwycić sikającego w krzakach dżentelmena.

Obrazek
Obrazek

Wchodzimy między uliczki starówki. Nie jest ona duża, dominują sklepy z ciuchami, ale trafiliśmy i na sex-shop. W oczy rzuca się duża ilość spacerującej policji.

Obrazek
Obrazek

Panorama čaršiji od strony głównego placu: wieżę zegarową zwieńczono krzyżem, aby każdy wiedział, kto tu rządzi.

Obrazek

Inny zabytek poturecki to łaźnia (hammam). Ogrodzona metalowym płotem, obraz nędzy i rozpaczy.

Obrazek

Oprócz starej dzielnicy Prilep ma również inne podobieństwo do Skopje: pomniki. Są ich dziesiątki! Na pobliskim rondzie wznosi się bardzo dziwna konstrukcja, ponoć upamiętnia zasadzkę z 2001 roku.

Obrazek

Pomniki są rozmaite, czasem nie wiadomo, o co chodzi. Na przykład obok roweru siedzi facet i płacze, ktoś mu wetknął butelkę z wodą. Poniżej klasyczna forma Aleksandra Macedońskiego.

Obrazek
Obrazek

Znowu Aleksander? Nie, to królewicz Marko (Marko Mrnjavčević), książę serbski, który panował również na terenach dzisiejszej Macedonii.

Obrazek

Plac Aleksandrii (Плоштад Александрија) z fikuśnymi lampami i kawałkiem ściany. Ściana jest jedyną pozostałością po tureckim zajeździe albo targowisku, rozebranym w pierwszych latach komunizmu. A gdyby komuś jeszcze było mało, to dołóżmy budynek w stylu jugosłowiańskiego modernizmu i... pomniki.

Obrazek
Obrazek

Kawałek za centrum kolejna cerkiew - św. Cyryla i Metodego. Lata 30. ubiegłego wieku, w kryptach są szczątki tysięcy żołnierzy poległych w Wielkiej Wojnie.

Obrazek
Obrazek

Zaglądamy na prawdziwe, nie zabytkowe targowisko, ale tłumów tam nie ma.

Obrazek

Zakupy robimy zatem w dziwnym markecie na skraju Prilepu. Dziwnym, bo z zewnątrz nie do końca wygląda jak otwarty: prawie brak reklam, mało aut, na połowie parkingu rośnie trawa. Dookoła zaś rosną wysokie płoty, które okazują się odgradzać market od... basenu.

Obrazek

Prilep słynie z hodowli tytoniu, widać go suszącego się w wielu miejscach.

Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 23-01-2025 18:56

Po opuszczeniu Prilepu znowu wjeżdżamy w okolice górskie. Ponownie trzeba podjechać, tym razem na prawie tysiąc metrów. Zatrzymuję się na jednej ze stacji, gdzie mają podejrzanie tanie paliwo, ale kupuję tylko jakieś pierdołki, żeby skorzystać z toalety.
- Polska? - dziwi się sprzedawca patrząc na terminal kart płatniczych. - Georgia? - kręci głową przyglądając się mojej koszulce.
A spod stacji są świetne widoki. Można sobie usiąść na ławeczce i podziwiać kopalnie odkrywkowe.

Obrazek
Obrazek

Bałkańscy kierowcy nie do końca wierzą swoim umiejętnościom oraz jakości szos, więc przydrożne uliczki to stały element krajobrazu. Do tego jakiś jugosłowiański mini-spomenik.

Obrazek

Zjeżdżamy w dolinę, gdzie trwają intensywne prace przy budowie autostrady. Trwają od lat i będą trwać jeszcze lata, bo to gigantyczne wydatki w tak trudnym terenie. Jak powstanie, to będzie się pędzić pośród skał.

Obrazek

Jeśli Prilep słynie z tytoniu, to okolice Kawadarci (Кавадарци) z wina. To właśnie tu znajduje się region winiarski Tikwesz (Тиквеш, Tikveš), a winiarnia spod tej marki jest największa w tej części Europy. My kierujemy się tylko do miasta. Z racji braku czasu podjeżdżam jedynie pod park, gdzie znajdziemy jednego z trzech miejscowych spomeników. Nie jest on tak odjechany jak poprzedni: po długich schodach podchodzimy do prostej konstrukcji składającej się z wysokiego betonowego filaru i betonowej ściany z płaskorzeźbą. Pomnik upamiętnia Dimcze Mirczewa i Kiro Krstewa, dwóch dowódców oddziału komunistycznej partyzantki. Zginęli w 1944 roku w starciu z Bułgarami. Spomenik niedawno został odnowiony.

Obrazek
Obrazek

Stojąc na schodach w oddali widzę dziwne chmury... Prognozy w ogóle na dziś nie zapowiadały zachmurzenia. Jedziemy w ich stronę i wkrótce dookoła robi się szaro... W aucie zaczynamy czuć zapach spalenizny i już wiemy, że to nie zwykła chmura, ale dym! Pożary, z powodu których macedoński rząd wprowadził stan wyjątkowy, szaleją właśnie w tej części kraju.

Obrazek

W Negotinie (Неготино) kolor dymu zmienił się z szarego w żółty, smród spalenizny nasila się. Wszystko dookoła zdaje się pokrywać żółć, mam wrażenie, że znalazłem się w jakimś filmie katastroficznym.

Obrazek

Podchodząc na niewielką górkę czuję, że gorzej mi się oddycha. Nie napisałbym, że się duszę, ale płuca ewidentnie nie są zadowolone z tego, co unosi się w powietrzu.
Na szczycie górki w niewielkim parku stoi spomenik przedstawiający faceta odsłaniającego umięśnioną klatę. To niejaki Manczo Maliminow (Манчо Малиминов), kolejny partyzant zabity przez Bułgarów.

Obrazek

Po drugiej stronie autostrady na naturalnym kopcu znajduje się stanowisko archeologiczne Antigona - resztki miasta założonego przez macedońskiego króla Antygona Gonatasa w III wieku przed naszą erą. Według lokalnej legendy nazwa Negotin to Antigona pisana od tyłu. Wymyślono to, aby zmylić Turków, którzy - jeśli dali się nabrać - nie byli zbyt inteligentni :P.

Obrazek

Do celu, kończącego dzisiejszy dzień, mamy z Negotina rzut beretem, kilkanaście kilometrów autostradą. Jest nim miejscowość Gradsko (Градско). Wybrałem ją na nocleg z dwóch powodów. Pierwszy to praktyczny: Gradsko leży przy głównej drodze kraju i jutro będę mógł szybko pomknąć w kierunku granicy. Drugi to poznawczy: po opuszczeniu turystycznego wybrzeża chciałem zanocować w mieścinie totalnie nieturystycznej, takiej, w której nie byłoby kompletnie nic, co przyciągałoby turystów! I Gradsko ten warunek doskonale spełnia: w wiosce nie ma prawie nic turystycznego :D.

Obrazek

A czemu "prawie"? W granicach administracyjnych Gradska położone jest Stobi (Стоби), ruiny starożytnego miasta, największe i najpopularniejsze stanowisko archeologiczne w kraju. Jednak z wioski jest do niego na tyle daleko, że kompletnie nie czuć jego obecności. Drugi powód to winnica Stobi, jedna z największych w Macedonii, posiadająca swoją siedzibę na północ od osady. To też jednak nie oznacza, że klienci błąkają się po samej wiosce i fotografują każdy budynek - tak robimy tylko my ;).

Obrazek

Spać będziemy na ulicy marszałka Tito u starszej pani, wynajmującej piętro swojego domu dla turystów. Czyli jednak jacyś się tu znajdą? Owszem, tranzytowi, którzy jadą do lub z Grecji. To najtańszy nocleg w czasie całego wyjazdu, kosztował około osiemdziesięciu złotych za pokój. Wyposażenie jest nie pierwszej młodości, ale w ogóle nam to nie przeszkadza, chociaż łóżka przypominały mi szpitalne ;). Tutaj po prostu czuć, że jesteśmy w czyimś mieszkaniu, a nie w pensjonacie lub hotelu.

Obrazek

Gospodyni jest towarzyską i skorą do rozmowy osobą. Podejrzewam, że jakiś czas temu została wdową, bo na drzwiach widzieliśmy klepsydrę starszego mężczyzny, taką sprzed dwóch lub trzech lat. Na szczęści chyba nie mieszka sama, bo przy wycieraczce stało wiele butów, w tym dziecięce, ale zapewne rodzina bywa w domu tylko wieczorami, więc kobiecie doskwiera samotność. Najważniejszy temat to pożary. W Gradsku co prawda nie czuć już dymu, a niebo wydaje się czyste, ale wszystkie kolory skażone są żółcią.
- Pali się za górami - słyszymy. - To jest naprawdę straszne, dawno czegoś takiego nie było. Wczoraj ktoś zginął (na szczęście okazał się jedyną ofiarą). Pomagają nam różne kraje, Słoweńcy, Chorwaci, Serbowie. Tylko nie Grecy, z nimi mamy złe stosunki. Nie mieliśmy w ogóle helikopterów do gaszenia, teraz są, ale pojawiły się problemy z wodą.
Wokół nas kręci się pies w stylu kurdupla i malutki kotek. Pies, jak to zwykle kurduple, udaje groźnego, szczeka, warczy, próbował nawet mnie capnąć. Jest bardzo zazdrosny o kotka, traktuje go jako swoją własność, więc chroni, ale jednocześnie tak się z nim "bawi", że kot ma go dość: ucieka, miauczy i ma minę wielkiego cierpiętnika.
- Miał jeszcze dwójkę rodzeństwa - opowiada Macedonka. - Czarnego brata i szarą siostrę, z niebieskimi oczami. Zginęli pod kołami samochodów. A pies to znajda, przyszedł tutaj poraniony i wygłodzony, przygarnęłam go.

Obrazek

Pani pokazuje nam w korytarzu mapę Macedonii i różne atrakcje.
- Gradsko leży w samym środku kraju - mówi ze słyszalną dumą. - Wszędzie stąd blisko. Byliście tu albo tu?
Skacze palcem od jednej atrakcji turystycznej do drugiej, no i okazuje się, że większość już odwiedziliśmy, więc jest miło zaskoczona.
- A skąd jesteście? Opole? Między Wrocławiem a Katowicami? Byłam we Wrocławiu w latach 80., w zimie, autobusem. Wtedy byłam młoda - westchnęła.
Wokół domu rosną winogrona, pani nalega, abyśmy sobie pozrywali, po czym płucze je wodą ze szlauchu. Nie we wszystkim się rozumieliśmy w czasie rozmowy, ale i tak nas na tyle wciągnęła, że zarządziłem... wyjście! Chciałbym jeszcze przed zmrokiem trochę się rozejrzeć po miejscowości i skorzystać z usług restauracji. Dawno temu działał lokal na parterze naszego lokum, teraz trzeba wejść w obszar zabudowany i przebyć kilkaset metrów.

Obrazek

Najpierw jednak podreptaliśmy do czegoś, co można nazwać centrum Gradska. Znajdują się tam wszystkie najistotniejsze obiekty: kilka sklepów, kawiarnia, poczta, biuro partii rządzącej, skwer, z którego usunięto wszystkie drzewa, park, w którym drzewa zostały, wreszcie przystanek autobusowy, z którego często coś jeździ do stolicy.
O ile na zachód od głównej ulicy biegnie główna szosa kraju, o tyle od wschodniej strony mamy najważniejszą linię kolejową Macedonii Północnej, łączącą Saloniki z Belgradem przez Skopje. Wybudowany w latach 20. dworzec kolejowy był jednym z największych i uznawano go za najpiękniejszy w macedońskich ziemiach.

Obrazek

Niestety, w 1944 roku został wysadzony w powietrze przez Niemców. Nowy dworzec (już trzeci w historii stacji) w niczym nie przypomina starego.

Obrazek

Na peronie stoi rodzinka zdziwiona naszą obecnością i wyglądają, jakby czekali na pociąg. Zerkam na rozkład. Wygląda nieźle, kilkanaście kursów. Potem przyglądam się dokładniej... To jest rozkład ze stolicy! Prawdopodobnie wszystkie pociągi w kraju zaczynają lub kończą swój kurs w Skopje, a to oznacza, że w całej Macedonii wyjeżdża dziennie maksymalnie kilkanaście składów! Po powrocie z wakacji wczytałem się w opis macedońskich kolei i okazało się, że są one w katastrofalnym stanie. Może nie aż w takim jak w Albanii, ale mamy do czynienia z ogromną zapaścią tego środka transportu. W kolej włożono spore pieniądze, zakupiono nawet w Chinach nowe składy, ale z każdym rokiem jest coraz gorzej. Doszło do sytuacji, że istnieją kasy międzynarodowe, ale nie można w nich kupić biletu, bo żadne połączenie z sąsiadami nie jest obecnie utrzymywane. Ba, są stacje, gdzie nie przyjeżdża żaden pociąg, ale nadal zatrudnia się pracowników, żeby je sprzątali i pilnowali przed złodziejami.

Obrazek

Na ścianie budynku tablica z czasów jugosłowiańskich upamiętniające otwarcie bocznej linii do miejscowości Sziwec (Шивец).

Obrazek

W oddali stoi kolektor zbożowy, a bliżej dawno nieużywana lokomotywa.

Obrazek

Po bokach są pozostałości dawnych dworców: zabudowania gospodarcze dworca z XIX wieku (przypominające kolejową architekturę habsburską) oraz tego pięknego, secesyjnego.

Obrazek
Obrazek

Opuszczamy perony, a rodzinka nadal tam stoi i czeka na pociąg. Ciekawe jakie ma opóźnienie?

Gradsko liczy ponad dwa tysiące mieszkańców, ale nie posiada cerkwi. Jest mała świątynia na cmentarzu, ale takiej większej brak. Rozpoczęto budowę cerkwi pod wezwaniem Piotra Apostoła, lecz została przerwana na etapie podłogi. Pordzewiałe pręty sugerują, że stało się to już jakiś czas temu.
Ciekawostką demograficzną jest fakt, że kilkanaście procent ludności stanowią Boszniacy, a więc muzułmanie. Do najbliższego meczetu mają pewnie daleko.

Obrazek

Na kolację zaprasza restauracja Exklusiv, która z zewnątrz wcale ekskluzywnie nie wygląda. Działa jednak od samego rana aż do północy i jest to główna jadłodajnia wioski. Kelner początkowo wydawał się dość ponury, jednak, gdy zamówiłem kieliszek raki, od razu się rozchmurzył ;). Menu przetłumaczono na angielski w takiej formie, że czasem nie można było zrozumieć o co chodzi... No bo czytam - Macedonian Lady. Cóż to może być? Okazało się, iż po prostu plejskavica z serem. A usztipci? Ćevapi zrolowane z boczkiem. Sałatka wołoska? Misz masz z grubymi kawałami sera i warzyw. Wszystko smakowało obłędnie, chyba najlepsze żarcie w czasie całego wyjazdu!

Obrazek

Wraz z upływem czasu lokal się zapełnia. Niemal wszyscy to znajomi kelnera. Jednym z wyjątków, oprócz nas, jest serbska rodzina, która śpi tam, gdzie my. Wracają do Belgradu z wakacji w Grecji.
Tymczasem w telewizji wszechobecna olimpiada. Akurat trwa mecz koszykówki mężczyzn, Francja kontra Japonia. Francuzi byli na tyle poprawni politycznie, że wpuścili do składu jednego białego, natomiast Japończycy byli nienaturalnie wysocy.
Wyszedłem na chwilę na ulicę, aby się przewietrzyć. Niebo nabrało przedziwnych, sino-różowych kolorów, kolejny efekt pożarów.

Obrazek

Po zmroku Gradsko zmienia się w jedną wielką pijalnię piwa. Oprócz restauracji jest jeszcze spelunka, taka naprawdę mocna. Okupują ją faceci z ciężkimi minami. Inni stoją pod sklepami z butelkami w rękach. Jeszcze inni obsiedli przystanek, a na murku niedaleko fontanny urzęduje cała cygańska rodzina. Młodzi ludzie kierują się w stronę stacji kolejowej. Teresa proponuje, abyśmy napili się piwa w parku - trudno odmówić. Wiele innych ławek też już jest zajętych... A policja? Jedyny zauważony patrol siedział w kawiarni przy białych filiżankach.
Na głównej ulicy nadal panuje wielki ruch. Zwłaszcza sporo tu ciężarówek, wiele tirów parkuje na całą noc na terenie wioski. Ma to związek z pobliskimi zakładami przetwórczymi owoców i warzyw, pracują pełną parą.

Obrazek

Niestety, spelunkę zdążono już zamknąć, więc wracamy na kwaterę. Wskakuję pod prysznic, aby zmyć z siebie brud dnia i odkrywam, że leci jedynie wrzątek! Przypominam sobie pytanie gospodyni:
- O której chodzicie spać? Bo po dziesiątej mogą być problemy z wodą.
Rzeczywiście jest tuż po dziesiątej i są problemy, bo woda przestała lecieć! Nocami służby i strażacy napełniają rozmaite zbiorniki i uzupełniają zapasy w pojazdach, więc dla mieszkańców jej brakuje. Rodzina z Belgradu była sprytniejsza i zdążyła skorzystać z prysznica przed dwudziestą drugą. Na szczęście pod zlewem stoją plastikowe baniaki z wcześniej przygotowaną wodą, możemy zatem wymieszać ją z wrzątkiem i prowizorycznie się umyć.
Tuż przed zaśnięciem słyszę, jak po torach przewala się pociąg towarowy. Czyli jednak coś jeździ.

Poranek wstaje świeży i czysty, nie ma już śladów po pożarowej żółci w powietrzu. Z okna podziwiam okolicę: również i tu horyzont zamykają pagóry i mniejsze górki. Gospodyni od świtu krząta się po ogródku, oczywiście w towarzystwie czujnego psa kurdupla i męczonego kota.

Obrazek
Obrazek

Idę na krótki spacer. Zaglądam nad płynący niedaleko Wardar (Вардар), najdłuższą macedońską rzekę. Jej widok jest uspokajający, człowiek ma świadomość, że gdyby pożar dotarł aż tu, to miałby gdzie uciekać.

Obrazek

Żegnamy się z gospodynią i podjeżdżamy do centrum na zakupy. Dziś opuszczamy Macedonię, więc chcemy kupić trochę pamiątek do domu. Niby są problemy z wodą (rano trochę się opłukałem i od razu ciśnienie zaczęło słabnąć), ale jest jej wystarczająco dużo do fontann i podlewania... wyschniętej ziemi oraz chodników.

Obrazek
Obrazek

Częsty obrazek: rolnicy wiozący owoce do zakładów przetwórczych.

Obrazek

Nie umiałem znaleźć... wjazdu na autostradę, więc pierwsze kilkanaście kilometrów na północ pokonujemy bocznymi drogami. Mają one lepszą nawierzchnię niż A1. A potem to już się leci w kierunku granicy...
Co jakiś czas mijamy spalone łąki i pola. Na stacjach benzynowych tradycyjnie burdel, bo kierowcy boją się samemu zatankować i czekają na obsługę. Ja tradycyjnie obsługę olewam, co skutkuje szybszym i bezpieczniejszym uzupełnieniem baku.

Obrazek

Przed południem docieramy do przejścia autostradowego z Serbią i w ten sposób kończymy macedoński etap naszego wyjazdu. Fajnie było.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 31-01-2025 16:39

Autostradowe przejście graniczne pomiędzy Macedonią a Serbią, które potrafi zatrzymać na wiele godzin, nas wciąga na jedyne dwadzieścia pięć minut. Znakomity rezultat! Nie wszyscy mieli tyle szczęścia: celnicy z wielkim zaangażowaniem trzepią samochód na francuskich blachach. Czyżby nie lubili szampana?
Zerkam w bok: Serbowie postawili płot, jak Węgrzy, Chorwaci i jeszcze kilka innych nacji. Dawniej, gdy zaczęły się szturmy europejskich granic, nie próbowali szczególnie powstrzymywać migrantów, a nawet podwozili ich autokarami pod unijne granice. Ba, niektórzy byli nawet tak naiwni, aby proponować osiedlać przybyszów z innych kontynentów w wyludnionych rejonach Serbii. Nie dość im problemów z własnymi muzułmanami?

Obrazek

W Serbii spędzimy tym razem jedynie dobę. A zaczniemy od odwiedzenia... Albańczyków. Choć większość osób tej narodowości wyrwała się spod władzy Belgradu wraz z Kosowem, to nadal mieszka ich ponad sześćdziesiąt tysięcy. Zdecydowana większość z nich przebywa w trójkącie pomiędzy granicami Kosowa i Macedonii, w regionie zwanym doliną Preszewa (Preševska dolina, Lugina e Preshevës). Składają się na nie dwie gminy - Preszewo (Прешево, Preshevë) oraz Bujanovac (Бујановац, Bojanonoci), a także nie połączona z nimi gmina Medveđa (Медвеђа, Medvegja). W sumie Albańczycy stanowią w nich ponad siedemdziesiąt procent mieszkańców, a w Preszewie nawet dziewięćdziesiąt. Wyjątkiem jest Medveđa, tam dominują Serbowie, lecz pod względem politycznym traktuje się ją jako część doliny Preszewa.

Obrazek

Tereny te mają do pewnego momentu zbieżną historię z Kosowem, ale komuniści tak wytyczyli granice republik jugosłowiańskich, że znalazły się one w Serbii. W czasie wojny w Kosowie tutaj także było niespokojnie, powstał bowiem lokalny odłam Armii Wyzwolenia Kosowa. Operował on pod nazwą "Armii Wyzwolenia Preszewa, Medveđa i Bujanovaca" i wszczął powstanie, którego celem było przyłączenie tych trzech gmin do Kosowa. Tym razem jednak społeczność międzynarodowa stanęła po stronie Serbii, określając Albańczyków jako terrorystów i ekstremistów oraz pozwalając serbskiemu wojsku na walkę z nimi. To naprawdę zadziwiające, że Albańczycy walczący z Serbami po lewej stronie linii wytyczonej na mapie są dobrzy, a Albańczycy walczący z Serbami po prawej stronie tej linii są już źli.
Od dwóch dekad panuje w dolinie względny spokój, Albańczycy mają swoje media, reprezentację w serbskim parlamencie. Z drugiej strony organizacje międzynarodowe donoszą o "miękkim" prześladowaniu mieszkańców przez serbskie władze, rzucające różne kłody pod nogi: wykreślanie z list wyborców, unieważnienia adresu zamieszkania i tym podobne.

Obrazek

Przed wyjazdem próbowałem znaleźć informacje, czy w Preszewie jest coś ciekawego i... nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Będziemy zatem kręcić się po ulicach i to bardzo chaotycznie, ponieważ praktycznie brak tu drogowskazów, tabliczek z nazwami i mało jest charakterystycznych punktów odniesienia. Pierwsze co się rzuca w oczy, to ogromna dominacja napisów i szyldów w języku albańskim, serbskich prawie nie widać. Dodając do tego bajzel dotyczący zarówno kierowców jak i pieszych, to mamy wrażenie znajdowania się w Albanii, jedynie serbskie rejestracje zaburzają ten stan.

Obrazek
Obrazek

Nie ma tu zabytków, nie ma też publicznych parkingów. Postanowiłem stanąć pod jednym ze sklepów, ale ledwo wyszedłem i zrobiłem kilkanaście kroków, a usłyszałem za sobą wściekły głos. Wybiegł właściciel i wrzeszczy.
- Tylko dwie minuty - pokazuję mu palcami.
- Taaaak, wszyscy chcą dwie minuty, a potem stoją tak długo, że dla moich klientów nie ma miejsca!
Na parkingu przed sklepem nikogo, ale może zaraz zwalą się tłumy chcące kupić halogeny albo opony samochodowe? W takiej sytuacji zatrzymuję się po prostu na rondzie na głównym placu Preszewa. Otaczają go budynki urzędowe w stylu jugosłowiańskiego modernizmu, a także bank i jeden z wielu preszewskich meczetów.

Obrazek
Obrazek

Stwierdzam, że jeśli rzeczywiście nie ma tu nic zajmującego, to uznajemy Preszewo za odwiedzone i wracamy do autostrady. Oczywiście od razu pakujemy się w kolejny korek. Zapchane są również chodniki, więc jeden koleś pcha się z taczką pomiędzy samochodami i nawet nic mu nie spada.

Obrazek

Co jakiś czas pojawiają się pomysły rzucane przez zagranicznych polityków, aby wymienić dolinę Preszewa na północną część Kosowa, gdzie większość stanowią Serbowie. Brzmi to rozsądnie, bo radykalnie zmniejszyłoby mniejszości etniczne w obu krajach i pozwoliłoby zająć się rodakami, a nie użerać z obcymi. Zarówno Kosowo jak i Serbia nigdy oficjalnie nie podjęły tego tematu, ale zazwyczaj politycy byli na "nie", zwłaszcza albańscy.
Na zdjęciu pędzące z naprzeciwka albańskie wesele: sporo wypasionych wozów, większość na zagranicznych blachach.

Obrazek

Na autostradzie dwa razy spotykamy akcje z ogniem. Za pierwszym razem z lewej strony płonie trawa lasku, widać strażaków i zdenerwowanych policjantów. Za drugim wygląda to tak, jakby komuś spaliła się szopa z plastikami, bo mamy smolisty dym z odpowiednim smrodem.

Obrazek

Dzisiejszy dzień serbski miał być głównie samochodowy - chcemy jak najszybciej dostać się do Belgradu. Ponieważ jednak granica poszła nam tak sprawnie, to zajeżdżam jeszcze do Niszu (Ниш). Na jednym ze skrzyżowań pod miastem spotykamy ciekawą maszynę.

Obrazek

W Niszu chcę zajrzeć do rozległego parku na południowo-zachodnich obrzeżach miejscowości. Park przypomina bardziej normalny las i kryje w sobie Spomen-park Bubanj.

Obrazek

Nazwa pochodzi od dzielnicy, w której znajduje się wzgórze będącego centralnym punktem dzisiejszego parku. W czasie II wojny światowej zamordowano na nim ponad dziesięć tysięcy osób, więźniów z niemieckiego obozu koncentracyjnego w Niszu zwanego Crveni Krst. Byli nimi Serbowie (komuniści, partyzanci), a także Żydzi i Cyganie. Było to jedno z najbardziej spryskanych krwią miejsc na Bałkanach. W 1963 roku otwarto tutaj kompleks upamiętniający ofiary. Ta konstrukcja naprawdę robi wrażenie, również wielkością: tworzą ją trzy betonowe monolity o wysokości 18- 23 metrów. Mają symbolizować zaciśnięte pięści! Liczba trzy oznaczać może trzy grupy etniczne albo trzy pokolenia zabitych: dzieci, rodziców i dziadków.

Obrazek
Obrazek

Wielka polana z wyschniętą trawą poprzecinana jest rowami, obecnie zakopanymi, w których nadal spoczywają ciała tysięcy zabitych. Pięści uzupełnia długa marmurowa ściana, na której symbolicznie przedstawiono sceny egzekucji i pochówku, maszynę do zabijania. Mocna rzecz.

Obrazek
Obrazek

W okresie socjalizmu Bubanj był popularnym celem wycieczek i rozmaitych uroczystości. Po rozpadzie Jugosławii tradycyjnie spadło nim zainteresowanie, ale pod koniec poprzedniej dekady główne obiekty zostały wyremontowane i czasem organizuje się tu oficjalne spotkania. Nie da się jednak ukryć, że szczyt chwały ma już raczej za sobą. Na pierwszym zdjęciu resztki tzw. szklanej kaplicy, niezbyt starej, bo z 2004 roku. Większość szklanych paneli zostało rozbitych, ostały się te wyższe. Amfiteatr chyba także nie jest często używany. Nie jest tu jednak pusto - ścieżkami przechadzają się ludzie, wyprowadzają się psy, a pomiędzy drzewami biwakują pojedynczy osobnicy i całej rodziny.

Obrazek
Obrazek

Pierwszy, skromny pomniczek z 1950 roku. Jeszcze niedawno wieńczyła go gwiazda, lecz ktoś ją urwał. Obok siedzi we wiatce grupa facetów i przygląda nam się zdziwiona.

Obrazek

Wracamy do auta, przyglądamy się jak pewna kobieta usiłuje przez długie minuty włączyć się do (wcale niedużego) ruchu i jazda w stronę stolicy. Na autostradzie jak zawsze: za Niszem włączają się potoki arabskich, tureckich i kurdyjskich Europejczyków, więc od razu robi się gęsto i mało przyjemnie. Parkingi na stacjach benzynowych zapchane kocami do pikniku i modlitwy, toalety zasyfione nawet na Gazpromie. Spotykamy też pierwsze samochody z Polski, a na jednym z postojów cały autokar z Legnicy. Podsłuchując dwóch bojowych panów dowiedziałem się, że wracają z Grecji. Na szczęście bramki poboru opłat pod Belgradem zostały rozbudowane, więc przekracza się je w miarę szybko.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 04-02-2025 18:09

W serbskiej stolicy nie nocowałem od dawna. Ostatni raz w 2014 roku! Po raz pierwszy i ostatni w czasie urlopu wyciągam ze schowka GPS-a, gdyż dojazd do naszego miejsca noclegowego prowadzi przez wąskie i jednokierunkowe uliczki; na zegarku już późne popołudnie, więc chcę tam być jak najszybciej. Na nocleg wybrałem hostel w dzielnicy Slavujec Venac (Славујев Венац), będącej częścią gminy miejskiej Zvezdara (Звездара).
Odzwyczaiłem się od hosteli. Kiedyś była to najtańsza opcja spania w centrum miasta. Potem sytuacja się zmieniła, a może zmieniły się priorytety i możliwości finansowe? Okazało się, że korzystniej, a często taniej, jest nocować w obiektach indywidualnych, u prywatnych gospodarzy. Tam nie musiałem dzielić łazienki z tłumem ludzi, słuchać całonocnych imprez w których niekoniecznie chciałem brać udział, wdychać unoszącego się po pokojach dymu papierosów. Oczywiście hostele miały też plusy: możliwość obcowania z międzynarodowym towarzystwem lubiącym podróżowanie, integracje przy piwku, wymianę spostrzeżeń i opinii. To już jednak przeszłość: teraz każdy lub prawie każdy siada ze smartfonem lub laptopem i całkowicie odcina się od reszty. Hostelowe korytarze i stoliki wypełnia cisza, przerywana jedynie odgłosem stukania w klawiaturę. Zaobserwowane próby integracji przyjmowane były ze zdziwieniem lub niechęcią i szybko się kończyły. Próżno szukać kogoś z butelką, do wirtualnej zabawy bardziej pasuje sojowe latte. Z dawnych czasów zostało tylko międzynarodowe towarzystwo, niestety w Belgradzie w dużej mierze rosyjskojęzyczne, co też nie poprawiało sytuacji. Odniosłem też wrażenie, że część nocujących bynajmniej nie przyjechała tutaj jako turyści, ale po prostu mieszka na stałe. Z dawnych hosteli pozostała wydmuszka, liczne zakazy i nakazy, sztuczny i udawany luz. Chyba już jestem na to za stary.
Rzecz jasna w Belgradzie nadal można przenocować w centrum w przyzwoitej cenie poza hostelami, ale miejsca te nie posiadają własnych parkingów. A ponieważ opłaty za postój w stolicy należy uiścić wysyłając smsy z serbskiej sieci, więc pozostało znaleźć lokum z parkingiem. Okazało się, że wszystkie takie punkty są na obrzeżach, oddalone od śródmieścia o wiele kilometrów, więc zdecydowałem się na hostel, jedną noc przecież jakoś przetrwamy ;). Atutem hostelu Fair and Square było położenie... przy głównym cmentarzu miejskim. W komentarzach pisano, że to straszny widok z okna, a dla mnie była to możliwość zwiedzenia nekropolii ;). Widok z okna miałem zupełnie inny, bo na pozostawiony na wewnętrznym dziedzińcu samochód. Pokoik mały, nieco zawilgocony, łazienka ciasna, ale własna, wśród obsługi pełno Włochów, cóż chcieć więcej? Hostel okazał się w sumie najdroższym noclegiem w czasie całej letniej wyprawy, bo kosztował nas około 41 euro, w tym 5 euro za parkowanie. Z ciekawostek wymienię ciekawe graffiti przedstawiające światowych przywódców stylizowanych na świnie i imprezujących nad mapą globu. Ma ono już swoje lata, bo mamy tam i królową Elżbietę i papieża Benedykta i poprzedniego króla Arabii Saudyjskiej. Jedynie Putin, Erdogan i Trump bez zmian.

Obrazek

Niedaleko hostelu jest przystanek autobusowy do centrum. Rozkładów brak, trzeba je sprawdzać w internecie. Czekamy na linię, którą zawiezie nas pod cerkiew św. Sawy, ale ta się nie zjawia. Wsiadamy zatem do autobusu jadącego w okolicę głównego deptaka i w tym momencie zaczyna się kolejny odcinek opowieści pod tytułem: "kupowanie biletu w Belgradzie". Od zawsze były z tym problemy. Kiedyś można było je nabyć w kioskach, ale jedynie w centrum, więc mieszkając na peryferiach po bilet podróżowało się na gapę. Potem władze miejskie tak kombinowały, że w pewnym momencie jedyną opcją zakupu było wysyłanie smsa, oczywiście tylko z serbskiego numeru telefonu. W 2024 roku w pojazdach pojawiły się automaty do sprzedaży biletów, w których można było płacić kartą jednego typu wystawcy. Wchodzimy do środka, automat faktycznie jest, choć na żadnym z przystanków nikt z niego nie korzystał i wszyscy dziwnie się na nas patrzyli. A ja rozpocząłem walkę... najpierw maszyna nie reagowała na dotyk, potem się zawieszała, nie przyjmowała karty, wreszcie wydrukowała mi jeden bilet dobowy, ale... w formie pustej kartki. Podszedł jakiś pijaczek, popatrzył, pokiwał głową i rzucił:
- Papier się skończył, możecie jechać bez biletu, nic się nie stanie.
Zatem pojechaliśmy, choć z karty i tak ściągnęło należność za bilet dobowy, na szczęście to niskie sumy.
Wychodzimy na przystanku Zeleni Venac obok zabytkowego targowiska.

Obrazek

Jako, że to już naprawdę jest ścisłe centrum stolicy, to dookoła pełno polityki. Na murach wymalowane marzenia o powrocie serbskiego wojska do Kosowa, są też sugestie, że jedyne ludobójstwo, jakie miało miejsce na Bałkanach, dokonane zostało na Serbach. Kolejny naród wybrany.

Obrazek
Obrazek

Jest już po godzinie dziewiętnastej, więc szerokie deptaki pomiędzy wysokimi budynkami pogrążone są w cieniu. W powietrzu wiszą rosyjskie flagi, choć to pewnie serbskie bez herbu, ale w połączeniu z wszechobecną ruską mową człowiek odruchowo zaczyna szukać zielonych ludzików.

Obrazek
Obrazek

Grillowana kukurydza, mniam! Dopiero tutaj udało się ją zjeść!

Obrazek

W czasach tureckich w Belgradzie istniało ponad dwieście meczetów i innych islamskich miejsc kultu. Serbowie zniszczyli wszystkie poza jednym - meczetem Bajrakli (Bajrakli džamija) z XVII wieku. Może dlatego, że w swej historii miał krótki epizod bycia kościołem katolickim? W każdym razie meczet nadal istnieje. Ciężko zrobić mu zdjęcie, wciśniętemu między bloki. Pod murem obok miotły wala się kilka nagrobków.

Obrazek
Obrazek

Po tym, jak Albańczycy zniszczyli w Kosowie wiele cerkwi, w odwecie zaatakowano kilka meczetów w Serbii, w tym ten belgradzki. Częściowo spalono wnętrza, a biblioteka i islamskie archiwum spłonęły całkowicie. Nigdy nie potrafiłem tego zrozumieć: to naprawdę takie wielkie bohaterstwo rozwalić obcą świątynię?
Obecnie w Belgradzie mieszka ponad trzydzieści tysięcy muzułmanów (jedynie niewielka część z nich to Albańczycy), ale w środku spotykam tylko dwóch modlących się osobników. Potem, przy drzwiach, trafiam na opiekuna meczetu, który z uśmiechem dopytuje się skąd przyjechałem. Raczej nie odwiedza ich zbyt wielu turystów.

Obrazek

Na ich brak na pewno nie narzeka Kalemegdan, czyli kompleks składający się z twierdzy u styku Sawy i Dunaju, otoczonej przez największy stołeczny park. Fortyfikacje istnieją w tym miejscu od czasów celtyckich, potem wzgórze było punktem strategicznym dla kolejnych nacji od Rzymian po Osmanów. Pomiędzy mury wchodzimy przez tzw. Bramę Zindan (Zindan kapija) wybudowaną w XV wieku przez Węgrów. Próbuję ustawić aparat i zrobić sobie grupowe zdjęcie, ale i tak zawsze ktoś wejdzie w kadr, czasem naślą także psa.

Obrazek
Obrazek

Mury to świetne miejsce widokowe na rzeki oraz na okoliczną, często gęstą zabudowę. Na pierwszej fotce tzw. Wieża Jakšića (Jakšićeva kula), pochodząca z tego samego okresu co brama, ale w tej wersji to rekonstrukcja z międzywojnia. Obok niej wciskają się ogródki restauracyjne, a dalej jakieś apartamentowce. Na fotce numer dwa widok w kierunku południowo-zachodnim przy ostatnich promieniach słońca.

Obrazek
Obrazek

Im podążamy dalej, tym więcej ludzi. To najbardziej turystyczne miejsce w czasie dwutygodniowego wyjazdu, przebija Ochrydę. Bardzo dużo skośnookich i Arabów, liczne muzułmanki w chustach. Są też nowożeńcy; chyba, bo strój panny młodej kojarzy mi się z inną imprezą.

Obrazek
Obrazek

Zachód słońca zawsze pociąga, ale nie był on jakiś zjawiskowy; znacznie ciekawiej zrobiło się, gdy jasna tarcza się schowała za horyzontem. Kolory naprawdę się postarały.

Obrazek

Ujście Sawy do Dunaju. Do 1918 roku tu kończyła się Serbia, wszystko, co za rzekami, należało już do Madziarów.

Obrazek

Panuje atmosfera radosnego pikniku. Udziela się i nam, więc wyciągam z plecaka piwo i wypijamy je na murku.
Powoli robi się coraz ciemniej, zapala się oświetlenie ścian.

Obrazek

Po Sawie pływają statki wycieczkowe. W tle widać zalesione wzgórza z pałacem królewskim, a także maszty dwóch stadionów. Wieżowiec po lewej to Kula Beograd, najwyższy budynek państw dawnej Jugosławii. Reprezentacyjny obiekt tworzonej od podstaw dzielnicy Belgrad Waterfront (Beograd na vodi), która powstaje na zaniedbanych do niedawna terenach portowych.

Obrazek

Niższe i starsze wieżowce na drugim brzegu Sawy. Na kolejnym zdjęciu Brankov most w barwach serbskiej flagi.

Obrazek
Obrazek

Warto byłoby zjeść kolację, ale niekoniecznie w drogich restauracjach przy deptakach, gdzie i tak króluje kuchnia międzynarodowa. Niedaleko prawosławnej katedry znajdujemy niewielki bar, w którym za dobrą cenę można kupić bałkańskie żarcie. Pikantna pljeskavica w bułce i sałatki sprawiają, że jesteśmy najedzeni pod sam nos! Jedyny minus lokalu, to brak toalety.
- Możecie skorzystać z kibelka u nich - sugeruje uśmiechnięta sprzedawczyni, pokazując sąsiednią kawiarnię.

Obrazek

O dwudziestej drugiej centrum Belgradu bynajmniej nie układa się do snu. Knajpy są pełne, ulicami przechadzają się potoki ludzi. Powoli idziemy na przystanek. Przyglądam się podjeżdżającym autobusom i w żadnym nie widzę automatu z biletami. Również w naszym pojeździe go nie ma, więc do hostelu wracamy na gapę. Typowy bałkański burdel, którego zakończeniem była decyzja podjęta przez burmistrza stolicy: od 1 stycznia 2025 cała komunikacja miejska w Belgradzie będzie darmowa!
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 26-02-2025 22:04

Następnego dnia rano ruszam na zwiedzanie głównego cmentarza, ale to się nadaje na osobną opowieść. Wyjazd z Belgradu odbywa się sprawnie: tylko raz dłużej stoimy przed skrzyżowaniem, akurat w pobliżu budynków parlamentu i czeskiej ambasady.

Obrazek

Ogromne plakaty z żołnierzami zasłaniają gmach ministerstwa obrony i sztabu generalnego Jugosławii, zbombardowany przez NATO w 1999 roku. Zrujnowane budynki były przez lata symbolem natowskiej agresji na Serbów, wpisano je na listę dóbr kultury. Miały stać w takiej formie po wsze czasy jako pomnik, ale jesienią 2024 roku rząd dogadał się w sprawie ich sprzedaży zięciowi prezydenta Trumpa. Zamiast ruin będzie luksusowy hotel.

Obrazek

Na autostradzie tempo jazdy szybko wzrasta. Mija mnie policja, auta z wielkimi bagażami na dachu, ja mijam tzw. Zachodnią Bramę Belgradu (Zapadna kapija Beograda), czyli trzeci albo czwarty największy wieżowiec miasta o charakterystycznym kształcie.

Obrazek
Obrazek

Kierujemy się w stronę węgierskiej granicy, ale będzie jeszcze jeden dłuższy postój w Wojwodinie. Zajeżdżam do wioski Kovilj (Ковиљ, węg. Kabol) położonej niedaleko Nowego Sadu. Znajduje się tam manastir Kovilj założony w XIII wieku.

Obrazek

Klasztor był wielokrotnie plądrowany i palony. Kamienna cerkiew jest najstarszą jego częścią i pochodzi z 17. stulecia.

Obrazek
Obrazek

Klasztor pierwotnie zamieszkiwali mnisi, natomiast w latach 30. zastąpiły je mniszki. W czasie komunizmu znowu wrócili mężczyźni, ale rząd pozbawił ich niemal wszystkich ziem, więc przez długi czas nikt nie mieszkał w nim na stałe, a budynki zaczęły zmieniać się w ruinę. Na szczęście po upadku socjalistycznej monopartii klasztor odnowiono, zwrócono mu pola i winnic, dziś mieszka w nim prawie trzydziestu mnichów i nowicjuszy. Ponoć produkują znakomity miód i rakiję.

Obrazek

Lubię takie miejsca religijne, które nie są zatłoczone. W Kovilju spotykamy jedynie dwie serbskie rodziny, czasem przemknie też brodaty mnich. Nikt mnie nie goni za aparat ani ubiór. Freski w cerkwi nie są zbytnio stare, wymalowano je w XIX wieku, ale i tak robią wrażenie.

Obrazek
Obrazek

Ikonostas jednym z nielicznych zabytkowych w Wojwodinie, który nie został wykonany w stylu barokowym.

Obrazek

Zapalam symboliczną świecę, po czym obserwujemy ptaki chłodzące się wodą. Temperatura dochodzi dziś do 37 stopni.

Obrazek
Obrazek

Inna atrakcja wioski to rezerwat Koviljsko-Petrovaradinski Rit. Obejmuje on mokradła, starorzecza i lasy z licznymi gatunkami ptaków oraz ryb.

Obrazek
Obrazek

Można się wdrapać na niewielką wieżę i obejrzeć wszystko z niewielkiej góry.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po godzinie zatrzymuję się jeszcze w mieście Bačka Topola (Бачка Топола, węg. Topolya). Miejscowość ma w sumie nazwę w czterech oficjalnych językach, bo chyba także po słowacku i rusińsku. Staję na osiedlu i robimy ostatnie pozaunijne zakupy. Trafiamy na wyjątkowo wredną kasjerkę, zaś dookoła kręci się cała masa facetów w ciemnych mundurach.

Obrazek

Na chwilę staję także w Bajmoku (Бајмок, chor. Bajmak, niem. Nagelsdorf). Wioska leży niedaleko granicy i od dawna miała mieszaną etnicznie strukturę. Kiedyś byli to Węgrzy, Buniewcy (Chorwaci) i Niemcy, a dziś Serbowie, Madziarzy i Chorwaci, stąd i język chorwacki na ulicach.

Obrazek

Ciekawie wygląda kolumna maryjna - fundatorem była rodzina Wolf, co podkreślają tablice, każda wykonana w innym języku.

Obrazek

Jeszcze kilka kilometrów i granica unijna. Ile czasu na niej spędzimy?

Obrazek

Zaskakująco niedużo, bo niecały kwadrans; przejście jest małe i prawie nie ma ruchu. Serbska pograniczniczka przygląda mi się uważnie i prosi o opuszczenie tylnej szyby. Myślała, że umiem to zrobić zdalnie, ale tylne szyby mam na korbkę, więc przeprasza i sama zagląda, czy nie przewożę tam żądnych migrantów ani innych podejrzanych typów. U Węgrów też głównie baby, celniczka zadaje sakramentalne pytanie:
- Alkohol, narkotyki?
...i wrota do raju Orbana zostają otwarte.

Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 06-04-2025 21:28

Wracając z Bałkanów zawsze traktuję Węgry jako etap odpoczynku i rozleniwienia. Zwiedzanie schodzi na dalszy plan, teraz trzeba w końcu wymoczyć tyłki w ciepłych wodach. Co nie znaczy, że tego zwiedzania w ogóle nie ma, ale nie jest ono na pierwszym miejscu.
Tak było i tym razem. Nieśpiesznie przejeżdżamy przez kolejne madziarskie miejscowości nieustannie dziwiąc się albo zachwycając nazwami po ugrofińsku. Bácsalmás ma też oficjalną nazwę chorwacką i niemiecką, natomiast Borota kojarzy się z pewnym diabłem... Przy okazji sprawdzania starych zdjęć odkryłem, że dziwna biała plama na pierwszej zielonej tablicy jest na niej już co najmniej dwa lata.

Obrazek
Obrazek

Zatrzymuję się w miasteczku Hajós (Hajosch), a właściwie w jego dzielnicy Pincefalu (Kellerdorf). Dzielnica ta w całości składa się z małych domków - piwnic winiarskich. Przed II wojną światową było ich 1800, każda rodzina produkowała domowe wino. Dziś ich liczba spadła do 1200, ale ponoć to i tak największe ich nagromadzenie w Europie. Nawet przystanki wybudowano w stylu winiarskim.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Uprawa winnic sięga średniowiecza, ale prawdziwy jej rozwój nastąpił w XVIII wieku, kiedy to arcybiskup z nieodległej Kalocsy ściągnął kolonistów ze Szwabii. Katolickich oczywiście. Mimo powojennych wypędzeń Szwabi żyją tu nadal, w spisie sprzed trzech lat niemiecką narodowość zadeklarowała jedna trzecia mieszkańców.

Obrazek
Obrazek

Myślę, że to zdjęcie spokojnie można datować na lata średniego Kádára ;).

Obrazek

Podobną historię ma sąsiednie Császártöltés (Tschasartet). Tutaj również mieszkają potomkowie szwabskich kolonistów (ponad dwadzieścia procent deklaracji w spisie, realnie znacznie więcej), a każdy pokomunistyczny wójt nosi niemieckie nazwisko. W wiosce działa niemiecka szkoła i przedszkole, jest też zabytkowy Dom Szwabski, mieszczący muzeum.

Obrazek
Obrazek

Kościół katolicki. Na ścianach tablica z listami poległych w Wielkiej Wojnie. Większość nazwisk ma niemieckie brzmienia, ale imiona są madziarskie. Korona nad herbem posiada inny kolor niż reszta, być może w okresie komunizmu ją skuto.

Obrazek
Obrazek

No i obowiązkowe piwniczki winne, całe boczne ulice. Wiele z nich jest dość zaniedbanych i chyba od dawna nieużywanych.

Obrazek

Nadeszła pora na baseny termalne. Po raz trzeci pod rząd będziemy z nich korzystać w Kiskőrös. Na razie miejscowość nam się jeszcze nie znudziła, zresztą co roku odkrywamy w niej coś nowego. Sam kompleks basenowy bardzo lubimy, choć nie jest on jakoś specjalnie wielki. Najważniejsze jednak, że baseny są w cenie kempingu, a ten jest zalesiony i na tyle duży, iż nie ma obaw o brak miejsca. I jeszcze taka ciekawostka finansowa: dzięki geniuszowi gospodarczemu Orbana forint na tyle stracił na wartości, że pobyt w Kiskőrös mógł wyjść w przeliczeniu na złotówki taniej, niż przed rokiem. Mógł, bo tym razem dokupiliśmy dostęp do prądu, czego zwykle nie robimy ;).

Obrazek

Ponieważ kącik, gdzie zwykle się rozbijaliśmy, jest już zajęty przez kilka węgierskich rodzin, więc podjeżdżamy w inną część pola. Wita nas tam polska rodzina ze Śląska, czyli z Częstochowy. Kojarzę ich z poprzednich lat, bo oni też wracając z Bałkanów zawsze kończą wyjazd tutaj. Różnica jest taka, że my tu jesteśmy trzeci raz, a oni trzynasty lub czternasty.
- Ale to już nie to samo co kiedyś - mówią. - Po pandemii dużo się zmieniło. My się tu znaliśmy z połową ludzi, sami starzy bywalcy, a od tego momentu przestali przyjeżdżać. Może nie żyją?
Baseny w Kiskőrös odwiedzane są głównie przez Węgrów (strona internetowa nawet nie ma angielskiej ani niemieckiej wersji językowej), ale jest też stała grupka emerytów z Niemiec. Pewnie jeździli już tu za komuny. Oprócz nich zauważyliśmy pojedynczych Czechów i Słowaków.
- Lubicie naturystów? - zagaduje znienacka częstochowski sąsiad.
- Czasem sam chętnie przejdę sobie na golasa - uśmiecham się.
- Młodym to wolno - rzuca kobieta. - Ale tam - pokazuje pobliski kamper. - to staruszki, całe pomarszczone, aż brzydko patrzeć. Po osiemdziesiątce już nie wypada.
Okazuje się, że tuż obok również stacjonują emerytowani Niemcy z dawnego NRD. U nich nudyzm był popularny już sto lat temu, nie zmienił tego ani faszyzm ani komunizm, więc para dziadków chodziła sobie wokół kampera bez ubrania. Negatywna reakcja częstochowian musiała ich wystraszyć albo zawstydzić, bo potem zawsze już coś wrzucali na siebie (przeważnie majtki). Wzruszam ramionami: każdy z nas będzie kiedyś pomarszczony, a czy to brzydko patrzeć? Wiele ubranych osób także nie wygląda apetycznie, a patrzeć musimy...
Nudysta przychodzi się przedstawić i przywitać. Jego małżonka jest malutka niczym dziecko i wygląda na mocno schorowaną.
- Takie upały są straszne - mówi Niemiec. - U nas w kraju dużo osób od nich umiera. Wszystko gorące, wszystko suche, przydałby się jakiś deszcz, ale nic takiego nie zapowiadają.
Sąsiedzi z Częstochowy mieli psa kurdupla, który od czasu do czasu szczekał, co nie podobało się nudystom. Po naszym przyjeździe pies został gdzieś schowany, a rolę przeszkadzacza przejął mój samochód, gdy za często trzaskaliśmy drzwiami podczas rozpakowywania się.
- Przedtem hau-hau, a teraz bam-bam - usłyszałem :D.

Obrazek

Ponieważ Węgry to nowoczesny kraj, więc koszenie trawy musi odbywać się codziennie, nawet na kempingu.

Obrazek

Na basenach jakby mniejsza frekwencja niż rok i dwa lata wcześniej. Tylko pogoda tradycyjna: słońce w każdej chwili może przegonić ogromna chmura i silny wiatr. Na szczęście nie przeszkadza to w relaksie, zawsze można wskoczyć do ciepłej wody.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Niemieccy sąsiedzi przychodzą się kąpać tylko z rana i wieczora, unikając słońca. Za to jak już wejdą do wody, to siedzą w niej znacznie dłużej niż sugerują instrukcje. Przechadzając się pomiędzy basenami spotkamy różne znane postacie. Jeden z kąpiących wygląda jak prezydent Masaryk. Z kolei odpalający papierosa za papierosem ratownik to albo sam Orban Victor albo jego sobowtór. Inny facet prezentuje się jakby żywcem wyjęty z filmu o samurajach. Dla każdego coś miłego. W pewnym momencie na teren kompleksu wjeżdża wóz straży miejskiej. Dwie funkcjonariuszki rozkładają się z jedzeniem przy ławeczkach i siedzą tak z godzinę albo dwie, po czym odjeżdżają. Ciężka praca.

Obrazek

W punktach gastronomicznych przy basenach można kupić rozmaite jadło i napitki, ceny nie są specjalnie wysokie. Jak zwykle najbardziej smakuje nam lepeny, czyli węgierska wersja podpłomyka z nadzieniem. Langoszem z madziarskim wusztem też nie pogardzimy.

Obrazek

W ramach odpoczynku od relaksu ruszamy na miasto. Głównym celem są zakupy, ale przy okazji rzuci się okiem na to i na tamto.
Odwiedzane wcześniej miejscowości winiarskie założyli Szwabi, natomiast Kiskőrös odrodziło się po rządach tureckich dzięki Słowakom. Ich praprawnukowie żyją tu nadal, choć w niewielkim procencie: przy wjeździe nie ma tablicy z nazwą Malý Kereš, są natomiast słowackie napisy na urzędzie gminy. W 2023 roku próbowałem znaleźć jakieś słowackie ślady na jednym z cmentarzy, ale bez sukcesu. Teraz wybieram inną, mniejszą nekropolię. Tym razem jest lepiej: na wielu nagrobkach widnieją słowiańskie, najprawdopodobniej słowackie nazwiska, choć w węgierskim zapisie i z węgierskimi imionami. Moją uwagę zwraca grób małżonków Hodik. On był Mateuszem (Mátyás), a ona Mateuszową (Mátyásne)? Nawet nie wiedziałem, że jest takie imię.
Oprócz słowackich nazwisk znalazłem też kilka niemieckich.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Grób cygański jak zwykle z boku. Osobno za życia i osobno po śmierci.

Obrazek

Kaplica cmentarna została wybudowana w 1904 roku, architektem był inny Mátyás, ale z Szabatki, obecnie Suboticy w Serbii. Ot, taka przedrozbiorowa pamiątka.

Obrazek

A to już zupełnie inna architektura: chylący się ku upadkowi wychodek.

Obrazek

Przed cmentarzem stoi pomnik z czasów komunizmu. Nie został jednak zniszczony ani wysłany do muzeum, a jedynie przesunięto go z centrum w mniej eksponowane miejsce.

Obrazek

Na głównym placu kręci się trochę ludzi, jakaś wycieczka przyjechał do muzeum, miejsca narodzin Petőfiego (też Słowaka z pochodzenia). Wokół muzeum pełno różnych rzeźb i pomników, Węgrzy bardzo je lubią.

Obrazek
Obrazek

Na bocznych ulicach pustki, wymarłe miasto. Zaglądam przez bramę do zabytkowego wiejskiego domu, mieszczącego muzeum słowackie (Szlovák Tájház). Jedna znudzona kobieta zamiata podwórze, poza tym cisza i spokój.

Obrazek
Obrazek

Kiskőrös nie jest miastem, gdzie po zmroku zaczyna rozwijać się bujne życie towarzyskie. Gdy wybraliśmy się na spacer połączony z poszukiwaniem kolacji, to momentami mieliśmy wrażenie, że jesteśmy sami w całej miejscowości.

Obrazek
Obrazek

Wyszukana przez mnie wcześniej restauracja okazuje się też być pusta. Zagadujemy barmankę o jedzenie, lecz ta nie zna żadnego ludzkiego języka. Ostatecznie metodą łopatologiczno-mimiczną udaje nam się zamówić pizzę! Znajomi śmiali się, że na Bałkanach codziennie jedliśmy to samo, więc teraz może być pizza ;). Ale też nie byle jaka: z ogórkiem, jajkiem, kurczakiem i cebulą! Takiej kompozycji jeszcze nie próbowałem, ale smakowała kapitalnie, a zapachy zapewne przygnały do nas pewnego żulika, który usiadł z boku z piwkiem.

Obrazek

Po kolacji przypadkowo trafiamy na dwa pomniki. Pierwszy z prawej to oczywiście pierwszowojenny, nawet nie wiedziałem, że w Kiskőrös taki jest, bo w centrum stoi współczesny obiekt. Z lewej pomnik pomnik Trianon, dość swobodna rekonstrukcja z 2004 roku (oryginał stanął na głównym placu w 1934, rozebrano go w latach 60.).

Obrazek

Na deptaku hula wiatr.

Obrazek

W pierwszą noc za płotem kempingu odbywała się jakaś domówka, słychać było strzały, na niebie leciało coś białego, ale około północy się uspokoiło. Na drugą noc zapowiadano opady (widać senior z Niemiec o tym nie wiedział), zabezpieczyłem więc porządnie namiot, a spadło... kilka kropel. Tak więc jedyny deszcz, który nas spotkał w czasie całego dwutygodniowego wyjazdu, zdarzył się w Serbii, gdy jeździliśmy rowerami.

W sobotni ciepły poranek, nadeszła pora na pakowanie. Jeszcze szybkie moczenie w ciepłej wodzie, zwijanie namiotu, żegnamy się z Częstochowianami i samochód rusza w stronę Śląska. Nie tak bezpośrednio, gdyż zaplanowałem wizytę w Budapeszcie, ale to osobna bajka.

Po raz kolejny na tym wyjeździe przekraczamy też Dunaj. Tym razem Tomori Pál híd - nowiutkim mostem jak spod igły, bo otwartym ledwie niecałe dwa miesiące wcześniej. Za nim już tylko elektrownia atomowa i autostrady.

Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4262
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Śladem spomeników

Postautor: Pudelek » 28-05-2025 13:47

Problem niechcianych pomników jest tak stary jak cała historia państwowości. Jak tylko dochodzi do zmiany władzy, ustroju lub pojawiają się jakieś inne czynniki pozwalające inaczej spojrzeć na przeszłość, to zawsze pojawia się pytanie, co uczynić z takimi kłopotliwymi pamiątkami. Metody są różne. Najbardziej prymitywne to całkowite burzenie. Najmniej ingerujące: pozostawienie bez zmian lub z odpowiednio skorygowanym opisem. Metoda pośrednia to przenoszenie do mniej eksponowanych miejsc lub do muzeów. Tę ostatnią Węgrzy twórczo rozwinęli i na obrzeżach Budapesztu powstał Memento Park (Szoborpark, Park Pamięci). Jest to muzeum na świeżym powietrzu, coś w rodzaju skansenu, w którym zgromadzono dziesiątki pomników z okresu komunistycznego.

Obrazek

Park ten powstał dość szybko po likwidacji Węgierskiej Republiki Ludowej. Wstępny pomysł narodził jeszcze pod koniec starej epoki, w czerwcu 1989 roku - miał to być park z samymi węgierskimi Leninami. W obecnej formie zaprojektowano go w 1991 roku, a otwarto w czerwcu dwa lata później, w drugą rocznicę wyjazdu ostatnich radzieckich żołnierzy. Zgromadzono tutaj pomniki i tablice jedynie z terenu węgierskiej stolicy, a nie z prowincji. Rada miejska Budapesztu oddała radom dzielnicowym decyzję, czy pokomunistyczne monumenty mają zostać przeniesione czy pozostać na miejscu: dzielnice zagłosowały za relokacją na teren muzeum. Odbyła się ona tak, jak cały upadek madziarskiego komunizmu: spokojnie i bez specjalnych emocji. W przeciwieństwie do podobnego parku na Litwie ten nigdy nie budził większych kontrowersji i nie zarzucano mu promowania komunizmu. Kompleks jest chwalony jako "realistyczne, a zarazem odległe podejście do nieprzyjemnej przeszłości" oraz ujęcie w interesującą formę przykładów socrealistycznej rzeźby, z których wiele jest intrygujących jako dzieła sztuki. Jak to opisał projektant muzeum: Ten park jest o dyktaturze. A jednocześnie, ponieważ można o nim mówić, opisywać go, budować, ten park jest o demokracji. W końcu tylko demokracja daje możliwość swobodnego myślenia o dyktaturze.

Obrazek

W parku umieszczono najważniejsze obiekty z Budapesztu (choć nie wszystkie, niektóre nadal stoją w oryginalnych miejscach), wiele mniejszych i mniej znanych zaginęło lub zostało "sprywatyzowanych". Zgodnie z założeniem Memento Park ma mieć na stałe taką postać jak w momencie otwarcia, dlatego nie planuje się jego rozbudowy o kolejne egzemplarze. Łącznie jest ich ponad czterdzieści (raz podaje się liczbę 41, a raz 42). Za wstęp do muzeum trzeba zapłacić, ale niewielka część ekspozycji jest za darmo, bowiem znajduje się poza ogrodzeniem, naprzeciwko wejścia. To tak zwane "Buty Stalina" (Sztálin csizmái).

Obrazek

Przedstawiają one trybunę nad którą rzeczywiście wznoszą się ogromne buty. To nawiązanie do gigantycznego pomnika Stalina, który stał w centrum Budapesztu, a został zniszczony w czasie powstania węgierskiego. Po tym jak mierząca osiem metrów figura wodza została zwalona, do postumentu nadal przylegały jej buty. Czasem można przeczytać, iż to dokładna kopia tego pomnika: absolutnie nie, to jedynie jego artystyczna wizja. Oryginał robił znacznie większe wrażenie.

Obrazek

Tamtejszy pomnik obłożony był płaskorzeźbami. Niektóre z nich leżą z tyłu w trawie. Jak zwykle powtarzają się motywy rodzinne, choć żołnierz noszący dziecko na rękach wygląda dość podejrzanie.

Obrazek
Obrazek

Machająca rękami kobieta z wielkim biustem na pomniku akurat nie była, ale z jakiś powodów ją przy nim umieszczono.

Obrazek

Do środka trybuny można wejść. Ciemne, chłodne wnętrza skrywają głowy Lenina i Stalina. Ta z samego przodu została podarowana przez Rosjan towarzyszowi Kadarowi z okazji jego pięćdziesiątych urodzin.

Obrazek

Na trybunę można również wejść po schodach. Widok na miasto jest ograniczony drzewami...

Obrazek

...natomiast doskonale prezentuje się imponująca brama wejściowa, przypominająca łuki triumfalne.

Obrazek

Po lewej od drzwi stoi Lenin (1965 rok). Po prawej jedyna na świecie (ponoć) rzeźba Marksa i Engelsa w stylu kubistycznym! Od 1971 stała przed wejściem do głównej siedziby partii, wykonano ją z granitu przywiezionego z Mauthausen.

Obrazek

Przy kasie, tak samo jak na terenie muzeum, tłumów nie ma. Kręci się może kilkanaście osób, głównie cudzoziemcy. To przede wszystkim dla nich powstał ten obiekt i to głównie oni kupują tutaj rozmaite pamiątki. I my kupimy. Ale to później. Teraz wkraczamy na wysypane drobnymi kamykami ścieżki układające się w kształt sześciu kółek, a w samym środku na trawniku umieszczono kwietną czerwoną gwiazdę. Bardzo zgrabnie.

Obrazek

Aby nie być oskarżonym o odchylenie lewicowe, zaczynamy od prawej strony. I od razu wpadamy na sowieckiego żołnierza ze sztandarem. Wykonany w 1947 roku był częścią Pomnika Wyzwolenia (Felszabadulási emlékmű) na Wzgórzu Gellerta. Pomnik ten na tyle wrósł w krajobraz Budapesztu, że nadal tam stoi, został jedynie odchudzony o niektóre elementy.

Obrazek

Żeby nie odbiegać za daleko od tematu: "Przyjaźń węgiersko-radziecka" (A magyar-szovjet barátság emlékműve) z 1956. Akurat w tamtym roku legła ona w gruzach i to dosłownie, bo pomnik po raz pierwszy zwalono na ziemię.

Obrazek

Część rzeźb ma oczywiste przesłanie. W przypadku niektórych jednak trzeba się nagłówkować zadając pytanie "o co chodzi?". No bo stoi sobie facet przed murem i?... A przecież to Pomnik Wyzwolenia z XIV dzielnicy, choć Węgrzy nazywali go po prostu towarzyszem, który przeszedł przez mur ;).

Obrazek

Trzech mężczyzn zapakowanych w pudełka, czyli główni twórcy Węgierskiej Republiki Rad w 1919 roku: Tibor Szamuely, Béla Kun i Jenő Landler.

Obrazek

Skromna płaskorzeźba Lenina (1970) przyczepiona była kiedyś na ścianie domu na placu Lenina (Lenin tér), który dziś jest placem Elżbiety (Erzsébet tér).

Obrazek
Obrazek

I znowu Lenin, tym razem w całej swojej okazałości i klasycznej pozie. Tę rzeźbę stworzył w 1958 roku nieznany radziecki twórca, a cieszyła oczy przed główną bramą wielkich zakładów metalowych w dzielnicy Csepel.

Obrazek

Z zagranicznych bohaterów widzieliśmy już Rosjanina i Gruzina, jest też jeden Bułgar - Georgi Dimitrow. Jeden, ale w dwóch odsłonach: popiersia i pełnego pomnika. Oba obiekty dzieli trzydzieści lat, lecz oba stały na placu zwanym od nazwiska patrona (Dimitrov tér).

Obrazek
Obrazek

A co tutaj autor miał na myśli? Ochrona kuli ziemskiej, macierzyństwo?? Nie, to stalowy Pomnik Ruchu Robotniczego (Munkásmozgalmi emlékmű). W parku, gdzie kiedyś stał, ostała się jego rozpadająca się podstawa.

Obrazek

Niestety, w przypadku tej rzeźby widać jej kiepski stan, podobnie słabo wygląda nowa podstawa z odpadającymi elementami. Przy innych egzemplarzach również nie sposób nie zauważyć, że są mocno zniszczone. Nie wiem czy to celowe działanie czy po prostu brak odpowiedniej konserwacji z powodu braku funduszy. Pierwsza opcja wydaje się mało prawdopodobna, bo turyści raczej nie będą mieli ochoty płacić za oglądanie rozpadających się konstrukcji. Czytałem, że stowarzyszenie prowadzące muzeum ma ciągłe problemy finansowe, więc może te rzeźby tak stoją od czterdziestu lat bez nadzoru specjalistów.

Płaskorzeźba Milicji Robotniczej. Z daleka wygląda neutralnie, ale przy zbliżeniu rzędy pozbawionych twarzy ludzi budzą niepokój.

Obrazek
Obrazek

Pomnik węgierskich ochotników walczących w Brygadach Międzynarodowych. W tym przypadku autorem był Grek. Budapesztyńczycy przezwali go "telefony komórkowe", ja mam pewne skojarzenia z kosmitami.

Obrazek

Największa i robiąca największe wrażenie rzeźba: pomnik Węgierskiej Republiki Rad z 1969 roku (Tanácsköztársasági emlékmű), kolokwialnie określany jako "szafa". Muszę przyznać, że biegnący mężczyzna (uciekał z szafy?) bardzo mi się spodobał, ta dynamika, te emocje. Jest to także najczęściej fotografowany obiekt w skansenie i jeden z czołowych przykładów madziarskiego socrealizmu.

Obrazek
Obrazek

Sfatygowany pomnik pionierów z 1952 roku.

Obrazek

Wśród zarzutów podnoszonych przez zwiedzających muzeum jest taki, iż po wizycie w Parku Pamięci... nadal nic nie wiedzą o komunizmie! Bo tutaj nie ma prawie żadnych informacji! Opisy pomników są nadzwyczaj skromne: jedynie sucha informacja o autorze, roku powstania, dawnej lokalizacji i nazwa. Żadnej historii, żadnego wyjaśnienia. To na pewno zamierzone działanie, muzeum nie chce niczego sugerować ani niczego narzucać. Turysta ma sam sobie wyrobić zdanie. To musi być trudne w dzisiejszych czasach, gdy wszystko jest podane na tacy, wszystko wyjaśnione, każdy chce być prowadzony za rękę. Trzeba samodzielnie ocenić i rozgryźć każdy z obiektów. Te bywają rozmaite, niektóre budzą dyskomfort, inne sympatię, wiele jednak jest zupełnie neutralnych lub wręcz banalnych, tak jak banalne potrafi być zło.
A gdyby komuś to nie wystarczało, to przy wejściu jest tablica ze skróconą historią węgierskiego komunizmu - jestem pewien, że dla przeciętnego cudzoziemca, przyzwyczajonego do jak najkrótszych komunikatów, w zupełności wystarczy. Natomiast gdyby ktoś chciał jeszcze rozszerzyć swą wiedzę, to może wynająć przewodnika albo... przepracować ten temat samodzielnie. Jest jeszcze trzecia możliwość, o której wspomnę później.

Tymczasem trzy rzeźby na jednym zdjęciu. Machający flagami to Miklós Steinmetz (z prawej) i Ilja Ostapenko. Obydwaj byli żołnierzami Armii Czerwonej i polegli w czasie oblężenia Budapesztu w 1944, przy czym jeden był z pochodzenia Węgrem, a drugi urodził się na dzisiejszej Ukrainie. Zginęli prawdopodobnie w wyniku bratobójczego ognia. Z boku zaś ścianka z dziurą, czyli wyobrażenie pułku ochotniczego z Budy, sformowanego u boku Sowietów.

Obrazek

Ujęcie zza łuku.

Obrazek

Męczennik. Ale nie taki zwykły, bo to ofiara kontrrewolucji. Patrząc na niego pod odpowiednim kątem mamy wrażenie, że tańczy.

Obrazek

Intrygujące zbiorowisko postaci to kolejny pomnik z udziałem Bélo Kuna. Wydaje się jakby był składanką z dwóch różnych prac, bo żołnierze są i z brązu i z chromowanej stali, lecz w takiej formie występował od początku. Powstał już pod koniec komuny, bo w 1986 roku. Autor, jeden z najbardziej znanych węgierskich rzeźbiarzy (Imre Varga), skarżył się, że kompletnie nie zrozumiano przesłania jego dzieła. Ono nie tyle wychwalało twórcę Republiki Rad, ile ukazywało go jako człowieka stojącego pod szubienicą (latarnia) i żegnającego się z duchami osób, ofiar komunizmu. Sam Béla Kun również się nią stał, zginął w Związku Radzieckim w czasie wielkiej czystki. Obywatele odczytali tę rzeźbę inaczej, bo już po sześciu latach doczekała się przenosin do skansenu.

Obrazek
Obrazek

I kolejny Béla Kun, tym razem w pozycji znanej z historycznego zdjęcia, gdy przemawiał do ludzi. To chyba najczęściej portretowany Węgier w czasie epoki komunistycznej nad Dunajem, a na pewno najczęściej portretowany węgierski Żyd. Ta tablica miała jeszcze krótszą historię: odsłonięto ją w 1989 roku na ścianie komitetu partyjnego w Csepel.

Obrazek

Z wielu stojących osobników zwróciłem uwagę na typa, który grzecznie ściągnął kapelusz. Árpád Szakasits, socjaldemokrata, który stał się komunistą i prawie zapłacił za to głową. Znowuż rok powstania to późne lata 80-te, wygląda na to, że tuż przed upadkiem ustroju węgierski komunizm nabrał kulturowego wiatru w żagle.

Obrazek

Wracamy do wejścia, więc i do wcześniejszych dekad. Ciekawa konstrukcja po raz kolejny poruszająca tematykę przyjaźni radziecko-węgierskiej (Szovjet-magyar barátság emlékműve). W 1975 roku powstały takie dwie: jedna stanęła w parku w Budapeszcie, druga w Moskwie. Są prawie identyczne, choć w wersji moskiewskiej jedna z kobiet ma zakryte włosy niczym muzułmanka. Rosyjski pomnik nadal stoi na swoim miejscu i został odnowiony.

Obrazek
Obrazek

Długa na dwadzieścia metrów płaskorzeźba oryginalnie znajdująca się w parku na placu Republiki (Köztársaság tér), obecnie noszącym imię papieża (II. János Pál pápa tér). Upamiętnia "ofiary kontrrewolucji" (A néphatalom hőseinek emlékhelye): na skraju parku stała główna siedziba partii komunistycznej, w 1956 roku zaatakowali ją powstańcy. W wyniku bitwy i zdobycia gmachu partyjnego zginęło dwudziestu pięciu obrońców, głównie żołnierzy z poboru, część rozstrzelano lub zlinczowano już po poddaniu się. Poległo również kilkunastu powstańców. Fakt zamordowania jeńców i zdjęcia masakrowanych ciał stały się później pożywką dla komunistycznej propagandy, choć i druga strona przyznawała, że była to "najciemniejsza strona rewolucji", która plamiła dotychczasową czystość zrywu. Znając historię tego wydarzenia głowa oderwana od ciała przynosi zupełnie inne wrażenie niż na początku, kiedy wziąłem ją za... astronautę!

Obrazek
Obrazek

Poddają się? A może przeciągają po wygodnym spaniu? Nie, to tylko Wyzwolenie. Pierwotnie rzeźbom towarzyszył wielki trójwymiarowy trójkąt w tle, którego nie odtworzono.

Obrazek

Symbolem Wyzwolenia może być także kobieta z piórem. Powstała, aby zastąpić wcześniejszy pomnik z Sowietami zburzony w 1956 roku.

Obrazek

W przypadku tańczącego żołnierza w uszance nie starano się o tak dokładne wykonanie, ale to rok 1948, więc same początki. Kiedyś nad żołnierzem znajdowała się czerwona gwiazda, lecz rozbito ją co najmniej cztery razy. Podobno w czasie deszczu kapiąca z metalowego uchwytu woda zbierała się w okolicach krocza mężczyzny, więc wyglądało, jakby się posikał.

Obrazek

Prosty, dwujęzyczny prostokąt na zakończenie.

Obrazek

Obejście parku zajęło nam trzy kwadranse. Niezbyt długo. Czułem pewien niedosyt, bo chciałoby się więcej. Za bramą, obok "butów Stalina", znajdziemy dwa drewniane baraki przypominające gułagi, lecz mają to być dawne koszary. W jednym z nich otworzono ekspozycję muzealną (wstęp teoretycznie tylko z biletem do skansenu, lecz nikt tego nie sprawdza). W baraku można naprawdę solidnie uzupełnić swoją wiedzę, więc zarzuty, iż po wizycie tutaj nikt nadal nic nie wie o komunizmie, są co najmniej dziwne. Jako bonus obejrzymy film "Życie agenta" ukazujący metody szkoleniowe i operacyjne węgierskiej bezpieki, nakręcone niegdyś przez ministerstwo spraw wewnętrznych.

Obrazek
Obrazek

Co jeszcze tu znajdziemy? Wspomniany sklepik, w którym kupimy wydawnictwa, ale przede wszystkim pamiątki związane z tematem, a także odznaczenia po dość wygórowanych cenach. Jeśli ktoś lubi Leninów, Marksów albo Łajki, to będzie zachwycony (jedna Łajka zdobi naszą lodówkę :)). Dodatkową atrakcją jest możliwość posiedzenia sobie w Trabancie, który jednak nie odpala.

Obrazek
Obrazek

Na szczęście toaleta jest normalna, taką ze zdjęcia można zostawić Rosjanom ;).

Obrazek

Po wizycie odniosłem wrażenie, że Węgrzy dobrze odrobili zadanie domowe. Pomniki z trudnej przeszłości nie przepadły i nie ma udawania, że nigdy ich nie było. Mimo deklarowanego antykomunizmu przez węgierskich rządzących, niektóre z nich nadal stoją w reprezentacyjnych miejscach, tak jak wielki pomnik z gwiazdą, sierpem i młotem na placu Wolności (Szabadság tér). Zostały wpisane na listę zabytków.
Park Pamięci przyciąga turystów i przyciąga pieniądze. Wycieczka wynajętym trabantem wraz z usługą przewodnicką i piwem wypitym na miejscu może kosztować ponad 800 złotych. Nie da się ukryć, że jest to oferta głównie dla gości z państw zachodnich. Wszystko to wygląda dokładnie odwrotnie niż w Polsce: pomniki z poprzedniej epoki w znakomitej większości zostały po prostu zniszczone. Mimo deklarowanego przekazania ich do przyszłego Muzeum Zimnej Wojny, praktycznie w żadnym przypadku tak się nie stało. Jedyni, co zarobili, to firmy rozbiórkowe i transportowe.

Obrazek

Na pomniki socrealistyczne jest już chyba za późno, lecz może ktoś wpadnie kiedyś na pomysł utworzenia parku z rzeźbami Lecha Kaczyńskiego albo papieskimi? Jest tego w całym kraju więcej, niż dawniejszych pamiątek komunistycznych. Można by się pozbyć brzydactw z ulic i placów, a turyści z zagranicy na pewno byliby zachwyceni oglądając te znakomite przykłady sztuki naiwnej, narodowej w treści, kiczowatej w stylu!

Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/


Wróć do „Relacje z wypraw”