GSS wg Mariomara
Z tego co widzę to sami mężczyźni sie wybierają na tą wyprawę..a czy kobieta też może jechać? Też zbieram Koronę Sudetów i jest to niezła okazja do pozbierania kilku szczytów.. 
"podróżowanie - nawlekanie koralików geografii na nitkę życia" A. Stasiuk
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
Wreszcie się udało…
Po okresie planowania, ustalania, spotkań itd. Wycieczka doszła do skutku w imponującym, dwuosobowym składzie.
15 kwietnia
Główny plan na ten dzień: atakujemy stronę niemiecką. Wyjazd opóźniony z mojego powodu o 30 minut, po drodze tankowanie, zaprowiantowanie w Legnicy, a w tle audycja Arka Włodarskiego „Z Muzycznym Radiem na Szlaku”, ale generalnie całą drogę do Goerlitz rozmawiamy. Szybka odprawa na granicy i Mariomar wskazuje przed maską nasz pierwszy cel:
LANDESKRONE (419 mnpm).
Dzięki znakomitemu przygotowaniu Mariusza (wyposażonego w tysiąc map), docieramy do każdego miejsca bezproblemowo. Tak jest i z parkingiem pod Landeskrone, położonym w sąsiedztwie goerlitzkiego tramwaju, którego torowisko biegnie po dość stromo nachylonym terenie.
Wdrapujemy się po kamiennych stopniach, zbudowanych z równo przyciętych bloków – jak przystało na Niemców. Po drodze Mariomar rozszyfrowuje skład skał, o których już niedługo mówić będziemy „cedic" zamiast bazalt
. Pierwsza z ciekawostek geologicznych zaprezentowana laikowi przez Mariomara to pęcherzyki gazowe, w które obfitują leżące wokół stopni kamlotki. Spacerową trasą wędrujemy ciągle gadając, by po chwili znaleźć się na szczycie, a w zasadzie na rozdrożu prowadzącym do leżących naprzeciw siebie dwóch wież. Idąc w stronę pierwszej, niższej, zastanawiamy się nad pochodzeniem dzielącego dwa szczyty zagłębienia. Nazywając to kalderą, budujemy teorie na temat wydarzeń sprzed milionów lat. Dla mnie jest to pierwszy widok „live” wulkanu o dwóch szczytach, tak różnego od zarysowanego świeżo w pamięci zarysu śląskiej Fudżijamy.
Z cokołu pierwszej wieży podziwiamy panoramę worka turoszowskiego, Pogórza Izerskiego, no i przede wszystkim Pogórza Łużyckiego, okalanego od południa celem następnego dnia – Górami Łużyckimi.
Mariusz bezbłędnie nazywa poszczególne szczyty po polskiej i czeskiej stronie. Pierwszy raz jest mi dane oglądać Góry Izerskie z tej perspektywy; malują się na horyzoncie jako prawdziwe „tysięczniki”, w niczym niepodobne do niewysokich szczytów, jakie znam z Jakuszyc. Całość spina klamra Karkonoszy; jedynych ośnieżonych o tej porze szczytów.
Jeszcze tylko szybkie spojrzenie na nasze kolejne cele - i wracamy do drugiej, wyższej wieży, leżącej tuż przy schronisku. Na wieży spotykamy nieco podenerwowanego dziadka z zawiedzionym wnuczkiem; wyczytali bowiem na afiszach w mieście, że odbędzie się show rycerzy na Landeskrone. Mariomar zwraca im uwagę, że nazwą tą ochrzczono pobliską dzielnicę; z wieży wyraźnie widać prawdopodobne miejsce bitwy. Pocieszamy strapionego, że rycerze mogli zawrzeć pokój, albo wyrżnęli się przed bitwą, dlatego pokaz się nie odbył
. Po krótkiej rozmowie wracamy do kontemplowania widoku; panorama z tej wieży (wyższej) jest dużo pełniejsza.
Po kilkunastu minutach pakujemy się do wozu, a Mariusz wskazuje kolejną dominantę:
SCHWARZER BERG (394 mnpm).
Wdrapujemy się dość szybko na szczyt, z którego roztacza się panorama Pogórza Łużyckiego. Przyznaję, że nie doceniałem tej części Sudetów; zdobywane dominanty wyraźnie wznoszą się ponad otaczający teren, dlatego są świetnym punktem widokowym. W oddali rysują się sylwetki Gór Łużyckich, które przypominają mi jako żywo nasze Góry Kamienne. Następnego dnia dowiem się, że stromo opadające zbocza tych wygasłych wulkanów Czesi określają mianem „prikrych”
Wokół nas pola przecięte drogami – polnymi, asfaltowymi (do wyboru). Jedną z nich, w oddali, pędzi gang motocyklowy. W przerwie między łapaniem promieni ostrego, kwietniowego słońca, Mariusz pozuje do zdjęcia przy starej, niemieckiej tablicy. Kontemplacji widokowej, rozpoczętej na Landeskrone, ciąg dalszy.
Wracając do samochodu zaparkowanego na polnej drodze pośród zagonów stwierdzam, że Niemcy – jak Polacy – również stosują naturalne nawozy, tak mile łechcące nozdrza
.
Ale my mamy przed oczyma wyobraźni stosunkowo rozległą kopułę następnej dominanty –
KOTTMARWALD (583 mnpm).
Kopuła rośnie nam w oczach w miarę, jak zbliżamy się dyliżansem do jej podnóży. Wchodząc na szczyt rozprawiamy o wadach i zaletach niemieckiego znakowania szlaków oraz o obiedzie, który planujemy spożyć w schronisku na szczycie. Żarty i rozmowy zupełnie nie-na-temat przeplatane są przez Mariusza geologicznymi i krajoznawczymi ciekawostkami. Obiecuję sobie jak najszybciej zaopatrzyć się w przewodnik autorstwa Mariomara
http://www.naszesudety.pl/bazar/?p=productMore&iProduct=407
by uzupełnić wiedzę o kolejnym odcinku wyprawy.
W końcu dochodzimy na szczyt; leżąca przy schronisku wieża jest zamknięta. Biegniemy zakupić bilety (0.80 €), ale tutaj niespodzianka – gospodyni schroniska nie zna angielskiego. Mariusz słowami „turm” i „schluessel” roztacza przed panią kelnerką zarys naszego pragnienia, a tu nagle pada pytanie o kraj naszego pochodzenia. Gdy tylko pani słyszy „Polen”, jej twarz wypełnia dominanta ząbków, ukazanych w szczerym uśmiechu. „Miałam menscha Polaka i troche muwiem po polsku” – niemiecki akcent polskiej mowy jest nam dobrze znany z przemówień Benedykta XVI, „posdrafiającego pielgschymuf s Polski”.
Kamień spadł nam z serca; dzięki znakomitej znajomości języka polskiego (i to zarówno przez nas, jak i kelnerkę), nie będziemy mieli problemów z zamówieniem obiadu. Ale najpierw wdrapujemy się na wieżę.
Poręcz u góry wieży pokryta jest blachą z grawerowanymi nazwami widocznych szczytów. Same niemieckie nazwy, ale ja i tak wsłuchany jestem w Mariusza, który recytuje nazwy poszczególnych szczytów z zadziwiającą perfekcją. Jesteśmy znacznie bliżej Gór Łużyckich; detale na szczytach stają się wyraźniejsze. Jested, Hvozd, Luz czy Jedlova są na wyciągnięcie ręki. Gdzieś na wschodzie zastygły w powietrzu dymy nad chłodniami Turowa. Ponad nimi Góry Izerskie wraz z Pogórzem; choć widoczność nie jest powalająca (20-25 km), to jednak horyzont jest cały poszarpany szczytami. Widoki wspaniałe; nie zszedłbym z wieży, gdyby nie obiecany obiad. Skrzypienie drewnianych schodów wieży zagłusza marsz grany przez nasze kiszki.
Chwilę później, wygodnie rozłożeni na ławkach przy schronisku, składamy zamówienie na obiad – korzystając wyłącznie z polskiego słownictwa
.
Drogę powrotną wydłużamy sobie tak, by odwiedzić pomnik przyrody – świerk o pierśnicy 300 cm, a także źródło Sprewy. Ocembrowane, okolone dwoma głowami w niemieckich hełmach, niczym nie przypomina bijącego z ziemi źródła Nysy Kłodzkiej. Tutaj cisza, spokój; zatrzymana ocembrowaniem woda ma kolor zielonkawy i smrodek stojących stawów. Śmieję się, że brakuje tylko żab.
Przy źródle nowa wiata; pewnie byłaby nam pomocna, gdybyśmy zrealizowali pierwotny plan noclegu w śpiworach pod gołym niebem. Ale my schodzimy dalej do samochodu; przed nami jeszcze
VLCI HORA (581 mnpm)
Błyskawicznie przekraczamy granicę. „Guten Tag, na shledanou” i lecimy dalej. Mariomar cały czas perfekcyjnie wytycza drogę do celu; nie musimy stawać i pytać o drogę. Zresztą, nawet jeśliby było trzeba, to Mariusz płynną cestinou zadziwiłby niejednego Czecha.
Wdrapujemy się na Wilczą Górę, na której szczycie natrafiamy na śliczne bazaltowe słupy. Przy okazji lekcja geologii – postój przy tablicy ścieżki przyrodniczej. Mariomar tłumaczy z czeskiego na ludzki treść napisów, przy okazji uzupełniając przekaz niezbędnymi laikowi informacjami. „Zula”, „cedic”, „prikry” – zasób mojego słownictwa czeskiego wzrasta o 100%. Niestety, wieża na szczycie jest już zamknięta; do końca dubna (kwietnia) otwarta jest tylko do 15:30, za to od kvetna (maja) – do 17:00.
Podziwiamy więc nieco ograniczoną panoramę i bazaltową wychodnię, po czym schodzimy w stronę cacka o nieco ponad 100 koniach mechanicznych, którego nie powstydziłby się pewnie i Pan Samochodzik.
Nocujemy w Chribskah, w całkiem znośnych warunkach, tuż nad Whisky Barem, wypełnionym dymem z ćmików wypuszczanym przez miejscowych.
Zagryzając Warkę Strong bananami obserwujemy najpierw novinky na kilku programach, by ostatecznie natrafić na wybory Miss Czech. Emocje sięgają sufitu. Co gorsza, nasza wspólna kandydatka nr 7 (divka z cislem 7) nie wchodzi do finałowej czwórki. W związku z tym wyboru kończą się dla nas jeszcze przed finałem. Wygrywa nasz „anty-typ”. Niepocieszeni zasypiamy, robiąc miejsce w umysłach na sny o jutrzejszych wyprawach (albo też na inne, nocne fantazje).
Rano, po szybkim śniadaniu, dojeżdżamy do Rybniste, by wdrapać się na pierwszą dominantę Gór Łużyckich na naszej trasie -
SIROKY VRCH (586 mnpm)
Parkujemy przy stacji CD; odchodzące co parę minut pociągi / szynobusy wymuszają na nas psioczenie na PKP. Że Czesi potrafią, a Polakom się nie chce.
Vrch jest raczej płaski, także wędrując asfaltem u jego podnóża nie widzimy szczytu. Mijamy ostatnie zabudowania i wbijamy się w las. Po niedługim czasie zdobywamy szczyt, mijając wcześniej kapliczkę ze studzienką. Kierujemy się następnie w stronę Draci Skaly. Przed nami zapierająca dech w piersiach (przynajmniej mych) panorama Czesko / Saskiej Szwajcarii. Na zachodzie, za Szwajcarią, majaczą dwa szczyty – płaskie niczym Szczeliniec Wielki. Od Mariomara dowiaduję się nieco o sposobie powstawania takich krajobrazów, spoglądając z ukradka na południe, gdzie widnokrąg wyznaczają stożki wygasłych wulkanów. Od tej pory towarzyszyć nam będzie widok Rozovej Skaly – dominanty 300-metrowej, której nie zdobędziemy w ramach GGSu, jako że szczyt ten leży poza wododziałem. Niesamowite wrażenie sprawia Klic (Klicz) – choć niewysoki, jest tak stromy, że poziomice na mapie zlewają się w jedną, grubą krechę. Tego też nie będzie nam zaznać; nasz wododział skręca przed Klicem na wschód.
Po powrocie z Sirokeho Vrchu przestawiamy samochód o paręset metrów i wchodzimy do sklepu. Napis na ścianie shopu tłumaczymy sobie jako „najśmieszniejsze zboże”, chociaż wiadomo przecież, że po czesku znaczy to wielobranżowe towary. Przed sklepem miejscowi sączą bronki, niekoniecznie z Plzna. My zadowalamy się słodyczami i Coca-Colą. Co ciekawe, sklep jest własnością… małżeństwa Wietnamczyków (Koreańczyków?)
.
My pędzimy jednak przez drogę na
PLESIVEC (597 mnpm)
Szlak czerwony, którym wspinamy się od Rybniste, omija szczyt, dlatego wykorzystując znajomość Mariomara topografii terenu (albo mapy), tniemy „na szagę”. Na szczycie odpoczywamy, pamiątkowa fota, rzut okiem poprzez drzewa. Po drodze zahaczamy o wychodnię skał. Nie trwonimy jednak wiele czasu – bo każdy z nas myśli już o górze
JEDLOVA (774 mnpm)
Po krótkiej naradzie, uderzamy najpierw na leżący naprzeciw Jedlovej Tolstejn. Na szczyt prowadzi asfaltowa, wygodna i przejezdna, choć stroma droga. Mija nas niemiecka rodzina na rowerach m-ki „Ukraina” i podobnych. Jeden z rowerzystów prowadzi niski, mały rower do akrobatyki rowerowej. Pomysłowość na zdobycie – bądź co bądź – stromego Tolstejnu nie zna widać ograniczeń.
Na szczycie, poza rozprawianiem, co było w zawodzie rycerzy przyjemniejsze: grabienie czy gwałcenie, podziwiamy zapierającą dech w piersiach czeskich turystek panoramą Gór Łużyckich. Jedlova z jednej strony, Penkavci Vrch, a za nim kawałek Luza. Gdy tak sobie podziwiamy widoki na górze zamku, na jego dole turyści żłopią piwo na tarasie schroniska. Okazuje się, że samochodem można wjechać pod sam zamek, z czego wielu skwapliwie korzysta.
Zamek – czy w zasadzie jego ruina – jest świetnie wkomponowany w wychodnię skał. Dzisiaj to znakomity punkt widokowy; ale paręset lat temu mniej się tu wzniecano zachodami słońca, a bardziej – nadciągającymi wojskami czy też karawanami kupieckimi. Dziś możemy podziwiać pozostałości w postaci kamieni połączonych masą jajeczną. Przypominam sobie o betonie wynalezionym przez starożytnych Rzymian i zapomnianym następnie na parę ładnych setek lat.
Ale czas opuścić zamek, by podążyć w stronę Jedlovej. Zgodnie z przypuszczeniami, podejście pod szczytem jest bardzo „prikre” (strome). Jakiś dowcipniś namalował farbą na asfalcie teksty typu: „już, już”, albo: „jeszcze nie”, albo: „dawaj, dawaj”, oczywiście w języku naszych braci z południa. Taki czeski cynik.
Na szczycie – jak na placu zabaw – dzieci obsiadły huśtawki; dorośli – stoły zastawione jidlem a napojami. Wchodzimy na wieżę, by ugruntować sobie panoramę okolicy, a następnie lądujemy w schronisku w celu dołączenia się do ogólnej konsumpcji. Wszak obiadowa to już pora.
Choć po obiedzie robi się błogo, to my jednak pędzimy w dół. Chcemy „zaliczyć” jeszcze
PENKAVCI VRCH (792 mnpm)
Co oczywiście udaje się nam bezproblemowo. I tutaj szlak omija szczyt, dlatego zdobywamy go korzystając z zarośniętej cesty. Na szczycie odpoczynek, obserwacja widoków niemieckiej strony poprzez drzewa, w końcu pamiątkowa fota. Wiemy, że punkt widokowy w postaci Petikostelni skaly czeka na nas nieco niżej.
Sama skała jest już ciekawostką samą w sobie; Mariomar tradycyjnie już dokonuje geologicznych oględzin. Pełnię szczęścia uzupełnia widok na malowniczy Tolstejn i Jedlovą – nasze dopiero co zdobyte szczyty. Mamy świadomość, że to już ostatnie widoki z gór na Góry Łużyckie podczas tego wyjazdu; krótko rzecz ujmując, że trzeba zbierać powoli zabawki i gnać do PL. Meldujemy się na parkingu pod Penkavcim Vrchem przed 16. Mariomar wytycza marszrutę poprzez Czerniawę Zdrój, co pozwala nam na kontynuację zachwytu nad Górami Izerskimi, które oglądane z zachodu odkrywają przed nami zupełnie inne oblicze. Już po stronie polskiej podziwiamy przepaściste stromizny, którymi schodzą Izery w dół. Wybrany przez Mariusza wariant trasy jest najbardziej malowniczym z możliwych. Grzejąc przez Pogórze Izerskie, a po przekroczeniu Bobru – Kaczawskie, gaworzymy na różne tematy, non stop oglądając Izery z Karkonoszami. By dobre nie skończyło się zbyt szybko, zajeżdżamy jeszcze do Zamku Podskale, dziwując się nad jego nietypowo małymi rozmiarami.
Śmigając autostradą nie poruszamy tematu kolejnej wyprawy; cały czas oglądamy Karkonosze, co rusz przesłaniane nowymi przeszkodami. Aż w końcu mijamy wrocławskie Bielany…
Po okresie planowania, ustalania, spotkań itd. Wycieczka doszła do skutku w imponującym, dwuosobowym składzie.
15 kwietnia
Główny plan na ten dzień: atakujemy stronę niemiecką. Wyjazd opóźniony z mojego powodu o 30 minut, po drodze tankowanie, zaprowiantowanie w Legnicy, a w tle audycja Arka Włodarskiego „Z Muzycznym Radiem na Szlaku”, ale generalnie całą drogę do Goerlitz rozmawiamy. Szybka odprawa na granicy i Mariomar wskazuje przed maską nasz pierwszy cel:
LANDESKRONE (419 mnpm).
Dzięki znakomitemu przygotowaniu Mariusza (wyposażonego w tysiąc map), docieramy do każdego miejsca bezproblemowo. Tak jest i z parkingiem pod Landeskrone, położonym w sąsiedztwie goerlitzkiego tramwaju, którego torowisko biegnie po dość stromo nachylonym terenie.
Wdrapujemy się po kamiennych stopniach, zbudowanych z równo przyciętych bloków – jak przystało na Niemców. Po drodze Mariomar rozszyfrowuje skład skał, o których już niedługo mówić będziemy „cedic" zamiast bazalt
Z cokołu pierwszej wieży podziwiamy panoramę worka turoszowskiego, Pogórza Izerskiego, no i przede wszystkim Pogórza Łużyckiego, okalanego od południa celem następnego dnia – Górami Łużyckimi.
Mariusz bezbłędnie nazywa poszczególne szczyty po polskiej i czeskiej stronie. Pierwszy raz jest mi dane oglądać Góry Izerskie z tej perspektywy; malują się na horyzoncie jako prawdziwe „tysięczniki”, w niczym niepodobne do niewysokich szczytów, jakie znam z Jakuszyc. Całość spina klamra Karkonoszy; jedynych ośnieżonych o tej porze szczytów.
Jeszcze tylko szybkie spojrzenie na nasze kolejne cele - i wracamy do drugiej, wyższej wieży, leżącej tuż przy schronisku. Na wieży spotykamy nieco podenerwowanego dziadka z zawiedzionym wnuczkiem; wyczytali bowiem na afiszach w mieście, że odbędzie się show rycerzy na Landeskrone. Mariomar zwraca im uwagę, że nazwą tą ochrzczono pobliską dzielnicę; z wieży wyraźnie widać prawdopodobne miejsce bitwy. Pocieszamy strapionego, że rycerze mogli zawrzeć pokój, albo wyrżnęli się przed bitwą, dlatego pokaz się nie odbył
Po kilkunastu minutach pakujemy się do wozu, a Mariusz wskazuje kolejną dominantę:
SCHWARZER BERG (394 mnpm).
Wdrapujemy się dość szybko na szczyt, z którego roztacza się panorama Pogórza Łużyckiego. Przyznaję, że nie doceniałem tej części Sudetów; zdobywane dominanty wyraźnie wznoszą się ponad otaczający teren, dlatego są świetnym punktem widokowym. W oddali rysują się sylwetki Gór Łużyckich, które przypominają mi jako żywo nasze Góry Kamienne. Następnego dnia dowiem się, że stromo opadające zbocza tych wygasłych wulkanów Czesi określają mianem „prikrych”
Wokół nas pola przecięte drogami – polnymi, asfaltowymi (do wyboru). Jedną z nich, w oddali, pędzi gang motocyklowy. W przerwie między łapaniem promieni ostrego, kwietniowego słońca, Mariusz pozuje do zdjęcia przy starej, niemieckiej tablicy. Kontemplacji widokowej, rozpoczętej na Landeskrone, ciąg dalszy.
Wracając do samochodu zaparkowanego na polnej drodze pośród zagonów stwierdzam, że Niemcy – jak Polacy – również stosują naturalne nawozy, tak mile łechcące nozdrza
Ale my mamy przed oczyma wyobraźni stosunkowo rozległą kopułę następnej dominanty –
KOTTMARWALD (583 mnpm).
Kopuła rośnie nam w oczach w miarę, jak zbliżamy się dyliżansem do jej podnóży. Wchodząc na szczyt rozprawiamy o wadach i zaletach niemieckiego znakowania szlaków oraz o obiedzie, który planujemy spożyć w schronisku na szczycie. Żarty i rozmowy zupełnie nie-na-temat przeplatane są przez Mariusza geologicznymi i krajoznawczymi ciekawostkami. Obiecuję sobie jak najszybciej zaopatrzyć się w przewodnik autorstwa Mariomara
http://www.naszesudety.pl/bazar/?p=productMore&iProduct=407
by uzupełnić wiedzę o kolejnym odcinku wyprawy.
W końcu dochodzimy na szczyt; leżąca przy schronisku wieża jest zamknięta. Biegniemy zakupić bilety (0.80 €), ale tutaj niespodzianka – gospodyni schroniska nie zna angielskiego. Mariusz słowami „turm” i „schluessel” roztacza przed panią kelnerką zarys naszego pragnienia, a tu nagle pada pytanie o kraj naszego pochodzenia. Gdy tylko pani słyszy „Polen”, jej twarz wypełnia dominanta ząbków, ukazanych w szczerym uśmiechu. „Miałam menscha Polaka i troche muwiem po polsku” – niemiecki akcent polskiej mowy jest nam dobrze znany z przemówień Benedykta XVI, „posdrafiającego pielgschymuf s Polski”.
Kamień spadł nam z serca; dzięki znakomitej znajomości języka polskiego (i to zarówno przez nas, jak i kelnerkę), nie będziemy mieli problemów z zamówieniem obiadu. Ale najpierw wdrapujemy się na wieżę.
Poręcz u góry wieży pokryta jest blachą z grawerowanymi nazwami widocznych szczytów. Same niemieckie nazwy, ale ja i tak wsłuchany jestem w Mariusza, który recytuje nazwy poszczególnych szczytów z zadziwiającą perfekcją. Jesteśmy znacznie bliżej Gór Łużyckich; detale na szczytach stają się wyraźniejsze. Jested, Hvozd, Luz czy Jedlova są na wyciągnięcie ręki. Gdzieś na wschodzie zastygły w powietrzu dymy nad chłodniami Turowa. Ponad nimi Góry Izerskie wraz z Pogórzem; choć widoczność nie jest powalająca (20-25 km), to jednak horyzont jest cały poszarpany szczytami. Widoki wspaniałe; nie zszedłbym z wieży, gdyby nie obiecany obiad. Skrzypienie drewnianych schodów wieży zagłusza marsz grany przez nasze kiszki.
Chwilę później, wygodnie rozłożeni na ławkach przy schronisku, składamy zamówienie na obiad – korzystając wyłącznie z polskiego słownictwa
Drogę powrotną wydłużamy sobie tak, by odwiedzić pomnik przyrody – świerk o pierśnicy 300 cm, a także źródło Sprewy. Ocembrowane, okolone dwoma głowami w niemieckich hełmach, niczym nie przypomina bijącego z ziemi źródła Nysy Kłodzkiej. Tutaj cisza, spokój; zatrzymana ocembrowaniem woda ma kolor zielonkawy i smrodek stojących stawów. Śmieję się, że brakuje tylko żab.
Przy źródle nowa wiata; pewnie byłaby nam pomocna, gdybyśmy zrealizowali pierwotny plan noclegu w śpiworach pod gołym niebem. Ale my schodzimy dalej do samochodu; przed nami jeszcze
VLCI HORA (581 mnpm)
Błyskawicznie przekraczamy granicę. „Guten Tag, na shledanou” i lecimy dalej. Mariomar cały czas perfekcyjnie wytycza drogę do celu; nie musimy stawać i pytać o drogę. Zresztą, nawet jeśliby było trzeba, to Mariusz płynną cestinou zadziwiłby niejednego Czecha.
Wdrapujemy się na Wilczą Górę, na której szczycie natrafiamy na śliczne bazaltowe słupy. Przy okazji lekcja geologii – postój przy tablicy ścieżki przyrodniczej. Mariomar tłumaczy z czeskiego na ludzki treść napisów, przy okazji uzupełniając przekaz niezbędnymi laikowi informacjami. „Zula”, „cedic”, „prikry” – zasób mojego słownictwa czeskiego wzrasta o 100%. Niestety, wieża na szczycie jest już zamknięta; do końca dubna (kwietnia) otwarta jest tylko do 15:30, za to od kvetna (maja) – do 17:00.
Podziwiamy więc nieco ograniczoną panoramę i bazaltową wychodnię, po czym schodzimy w stronę cacka o nieco ponad 100 koniach mechanicznych, którego nie powstydziłby się pewnie i Pan Samochodzik.
Nocujemy w Chribskah, w całkiem znośnych warunkach, tuż nad Whisky Barem, wypełnionym dymem z ćmików wypuszczanym przez miejscowych.
Zagryzając Warkę Strong bananami obserwujemy najpierw novinky na kilku programach, by ostatecznie natrafić na wybory Miss Czech. Emocje sięgają sufitu. Co gorsza, nasza wspólna kandydatka nr 7 (divka z cislem 7) nie wchodzi do finałowej czwórki. W związku z tym wyboru kończą się dla nas jeszcze przed finałem. Wygrywa nasz „anty-typ”. Niepocieszeni zasypiamy, robiąc miejsce w umysłach na sny o jutrzejszych wyprawach (albo też na inne, nocne fantazje).
Rano, po szybkim śniadaniu, dojeżdżamy do Rybniste, by wdrapać się na pierwszą dominantę Gór Łużyckich na naszej trasie -
SIROKY VRCH (586 mnpm)
Parkujemy przy stacji CD; odchodzące co parę minut pociągi / szynobusy wymuszają na nas psioczenie na PKP. Że Czesi potrafią, a Polakom się nie chce.
Vrch jest raczej płaski, także wędrując asfaltem u jego podnóża nie widzimy szczytu. Mijamy ostatnie zabudowania i wbijamy się w las. Po niedługim czasie zdobywamy szczyt, mijając wcześniej kapliczkę ze studzienką. Kierujemy się następnie w stronę Draci Skaly. Przed nami zapierająca dech w piersiach (przynajmniej mych) panorama Czesko / Saskiej Szwajcarii. Na zachodzie, za Szwajcarią, majaczą dwa szczyty – płaskie niczym Szczeliniec Wielki. Od Mariomara dowiaduję się nieco o sposobie powstawania takich krajobrazów, spoglądając z ukradka na południe, gdzie widnokrąg wyznaczają stożki wygasłych wulkanów. Od tej pory towarzyszyć nam będzie widok Rozovej Skaly – dominanty 300-metrowej, której nie zdobędziemy w ramach GGSu, jako że szczyt ten leży poza wododziałem. Niesamowite wrażenie sprawia Klic (Klicz) – choć niewysoki, jest tak stromy, że poziomice na mapie zlewają się w jedną, grubą krechę. Tego też nie będzie nam zaznać; nasz wododział skręca przed Klicem na wschód.
Po powrocie z Sirokeho Vrchu przestawiamy samochód o paręset metrów i wchodzimy do sklepu. Napis na ścianie shopu tłumaczymy sobie jako „najśmieszniejsze zboże”, chociaż wiadomo przecież, że po czesku znaczy to wielobranżowe towary. Przed sklepem miejscowi sączą bronki, niekoniecznie z Plzna. My zadowalamy się słodyczami i Coca-Colą. Co ciekawe, sklep jest własnością… małżeństwa Wietnamczyków (Koreańczyków?)
My pędzimy jednak przez drogę na
PLESIVEC (597 mnpm)
Szlak czerwony, którym wspinamy się od Rybniste, omija szczyt, dlatego wykorzystując znajomość Mariomara topografii terenu (albo mapy), tniemy „na szagę”. Na szczycie odpoczywamy, pamiątkowa fota, rzut okiem poprzez drzewa. Po drodze zahaczamy o wychodnię skał. Nie trwonimy jednak wiele czasu – bo każdy z nas myśli już o górze
JEDLOVA (774 mnpm)
Po krótkiej naradzie, uderzamy najpierw na leżący naprzeciw Jedlovej Tolstejn. Na szczyt prowadzi asfaltowa, wygodna i przejezdna, choć stroma droga. Mija nas niemiecka rodzina na rowerach m-ki „Ukraina” i podobnych. Jeden z rowerzystów prowadzi niski, mały rower do akrobatyki rowerowej. Pomysłowość na zdobycie – bądź co bądź – stromego Tolstejnu nie zna widać ograniczeń.
Na szczycie, poza rozprawianiem, co było w zawodzie rycerzy przyjemniejsze: grabienie czy gwałcenie, podziwiamy zapierającą dech w piersiach czeskich turystek panoramą Gór Łużyckich. Jedlova z jednej strony, Penkavci Vrch, a za nim kawałek Luza. Gdy tak sobie podziwiamy widoki na górze zamku, na jego dole turyści żłopią piwo na tarasie schroniska. Okazuje się, że samochodem można wjechać pod sam zamek, z czego wielu skwapliwie korzysta.
Zamek – czy w zasadzie jego ruina – jest świetnie wkomponowany w wychodnię skał. Dzisiaj to znakomity punkt widokowy; ale paręset lat temu mniej się tu wzniecano zachodami słońca, a bardziej – nadciągającymi wojskami czy też karawanami kupieckimi. Dziś możemy podziwiać pozostałości w postaci kamieni połączonych masą jajeczną. Przypominam sobie o betonie wynalezionym przez starożytnych Rzymian i zapomnianym następnie na parę ładnych setek lat.
Ale czas opuścić zamek, by podążyć w stronę Jedlovej. Zgodnie z przypuszczeniami, podejście pod szczytem jest bardzo „prikre” (strome). Jakiś dowcipniś namalował farbą na asfalcie teksty typu: „już, już”, albo: „jeszcze nie”, albo: „dawaj, dawaj”, oczywiście w języku naszych braci z południa. Taki czeski cynik.
Na szczycie – jak na placu zabaw – dzieci obsiadły huśtawki; dorośli – stoły zastawione jidlem a napojami. Wchodzimy na wieżę, by ugruntować sobie panoramę okolicy, a następnie lądujemy w schronisku w celu dołączenia się do ogólnej konsumpcji. Wszak obiadowa to już pora.
Choć po obiedzie robi się błogo, to my jednak pędzimy w dół. Chcemy „zaliczyć” jeszcze
PENKAVCI VRCH (792 mnpm)
Co oczywiście udaje się nam bezproblemowo. I tutaj szlak omija szczyt, dlatego zdobywamy go korzystając z zarośniętej cesty. Na szczycie odpoczynek, obserwacja widoków niemieckiej strony poprzez drzewa, w końcu pamiątkowa fota. Wiemy, że punkt widokowy w postaci Petikostelni skaly czeka na nas nieco niżej.
Sama skała jest już ciekawostką samą w sobie; Mariomar tradycyjnie już dokonuje geologicznych oględzin. Pełnię szczęścia uzupełnia widok na malowniczy Tolstejn i Jedlovą – nasze dopiero co zdobyte szczyty. Mamy świadomość, że to już ostatnie widoki z gór na Góry Łużyckie podczas tego wyjazdu; krótko rzecz ujmując, że trzeba zbierać powoli zabawki i gnać do PL. Meldujemy się na parkingu pod Penkavcim Vrchem przed 16. Mariomar wytycza marszrutę poprzez Czerniawę Zdrój, co pozwala nam na kontynuację zachwytu nad Górami Izerskimi, które oglądane z zachodu odkrywają przed nami zupełnie inne oblicze. Już po stronie polskiej podziwiamy przepaściste stromizny, którymi schodzą Izery w dół. Wybrany przez Mariusza wariant trasy jest najbardziej malowniczym z możliwych. Grzejąc przez Pogórze Izerskie, a po przekroczeniu Bobru – Kaczawskie, gaworzymy na różne tematy, non stop oglądając Izery z Karkonoszami. By dobre nie skończyło się zbyt szybko, zajeżdżamy jeszcze do Zamku Podskale, dziwując się nad jego nietypowo małymi rozmiarami.
Śmigając autostradą nie poruszamy tematu kolejnej wyprawy; cały czas oglądamy Karkonosze, co rusz przesłaniane nowymi przeszkodami. Aż w końcu mijamy wrocławskie Bielany…
Taka fantastyczna relacja z wyprawy, a tu taki słaby odzew. Czyżby forum zasypiało?
Zobaczcie - "02:44"- Apollo zarwał nockę, aby to napisać.
Właściwie do końca nie było wiadomo, czy wyjazd dojdzie do skutku. Tymczasem w piątek koło południa dzwoni do mnie Apollo z informacją, że jedziemy. W normalnej sytuacji podskoczyłbym do sufitu, spakował plecak i w drogę. Niestety sytuacja losowa zmusiła mnie do pozostania w domu.
Teraz przemierzam trasę na mapach i w przewodnikach. Niby wszystko tam jest, ale "divki z cislem 7" nijak nie można znaleźć.
Mam nadzieję, że w następnej wyprawie, na którą z niecierpliwością czekam, będę mógł już bez przeszkód uczestniczyć.
PS Czy macie może jakieś fotki z wyprawy? Mogą być z komórki.
Zobaczcie - "02:44"- Apollo zarwał nockę, aby to napisać.
Właściwie do końca nie było wiadomo, czy wyjazd dojdzie do skutku. Tymczasem w piątek koło południa dzwoni do mnie Apollo z informacją, że jedziemy. W normalnej sytuacji podskoczyłbym do sufitu, spakował plecak i w drogę. Niestety sytuacja losowa zmusiła mnie do pozostania w domu.
Teraz przemierzam trasę na mapach i w przewodnikach. Niby wszystko tam jest, ale "divki z cislem 7" nijak nie można znaleźć.
Mam nadzieję, że w następnej wyprawie, na którą z niecierpliwością czekam, będę mógł już bez przeszkód uczestniczyć.
PS Czy macie może jakieś fotki z wyprawy? Mogą być z komórki.
Faktycznie, organizacja wyjazdu była baaaardzo improwizowana. Dlatego przystępując do drugiego etapu, w którym na widelec bierzemy m. in. Luz, Hvozd czy Jested, trzeba uzgodnić termin wyjazdu i skład osobowy odpowiednio wcześniej.
Dlatego proponuję termin 26/27 maja.
Wlkp, Hoffi - liczę, że tym razem się uda!!! Oczywiście wszyscy sa mile widziani. Być może w czeskiej TV będzie znowu jakaś ciekawa transmisja divek
.
Co do zdjęć, to foty robił Mariomar - myślę, że niebawem wrzuci nam na forum zrzut z paru krajobrazów
.
Dlatego proponuję termin 26/27 maja.
Wlkp, Hoffi - liczę, że tym razem się uda!!! Oczywiście wszyscy sa mile widziani. Być może w czeskiej TV będzie znowu jakaś ciekawa transmisja divek
Co do zdjęć, to foty robił Mariomar - myślę, że niebawem wrzuci nam na forum zrzut z paru krajobrazów
to się cieszę, że kobiety też mogą jeździć
zastanowię się jeszcze co i jak, bo koniec maja to już powoli sesja, a właściwie dwie w moim przypadku..ale ze spokojem 
"podróżowanie - nawlekanie koralików geografii na nitkę życia" A. Stasiuk
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
No!!! Pięknie to opisałeś Hubercie/Apollo!!! Sam czytałem to z zapartym tchem, mimo że uczestniczyłem w wyprawie, jako - jak to Ty mnie nazywasz - Kierownik.
Zdjęcia będą, tylko muszę odwiedzić Apolla, by je wrzucić na forum.
Apollo zapomniał jedynie dodać, że oprócz divek w TV, w terenie również minęliśmy kilka divek s cislem 7.
Niestety, większoś spotykanych na trasie divek nie odbiegała urodą od świeżo wybranej miss Czech, a więc naszego ANTY-TYPU.
Na szczęście, Polski są o nieba ładniejsze, a przecież GGS często będzie wkraczał na teren Polski. 
Zdjęcia będą, tylko muszę odwiedzić Apolla, by je wrzucić na forum.
Apollo zapomniał jedynie dodać, że oprócz divek w TV, w terenie również minęliśmy kilka divek s cislem 7.
mariomar pisze:Niestety, większoś spotykanych na trasie divek nie odbiegała urodą od świeżo wybranej miss Czech, a więc naszego ANTY-TYPU.Na szczęście, Polski są o nieba ładniejsze, a przecież GGS często będzie wkraczał na teren Polski.
A zatem oprócz zdobywania dominant mamy jeszcze jedno zadanie do wykonania w terenie - organoleptyczne stwierdzenie lub zaprzeczenie tezie o urodzie Czeszek.
A może Taja zgodzi się prowadzi ranking mężczyzn? (oczywiście z wyłączeniem forumowiczów - bo i tak jesteśmy najpiękniejsi)
no chyba nie mam wyboru co do tego rankingu 
"podróżowanie - nawlekanie koralików geografii na nitkę życia" A. Stasiuk
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86