Wyprawa miała się rozpocząć 10.02.2010r., czyli w środę po pracy.
Miała...
Ze względu na splot przeróżnych wydarzeń można rzec, iż rozpoczęła się już dzień wcześniej. Wszystko za sprawą Chemicy, która mnie odwiedziła, Ola 23333, wychodzącego z inicjatywą spotkania przy piwku i znanego części forumowiczom Zupy również agitującego na rzecz złocistego napoju. We wtorek wieczorem w/w osoby spotkały się na wspólnym browarku opowiadając o nowościach wiejących sponad dolin, przeżytych wyprawach, górskich planach na najbliższy okres i wielu bardziej prozaicznych sprawach...
Wieczór spędziliśmy nad wyraz miło i aż żal było się rozstawać. Cóż, kolejnego dnia praca...i góry
10.02.2010
05:30-pobudka. Niiieeeeee!! Zwlekam się z łóżka, patrzę na spakowany plecak i od razu wraca uśmiech na twarzy. Żegnam się z Chemicą i biegnę na pociąg. Praca mija szybko i sprawnie. Udaje mi się wcześniej zwolnić, spotykam się z Sebastianem na stacji w Opolu i ok 15 jesteśmy we Wrocławiu. Tam, ku naszemu zdziwieniu i radości spotykamy Hanię i braci Kaprów, którym spóźnił się pociąg. Kolektywnie łapiemy autobus na Jelenią Górę, w której, po godzinie oczekiwania, wsiadamy do komunikacji na Świeradów Zdrój. Aż do tego momentu, wszystko idzie wyśmienicie. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Hania wyjmuje swój nieszczęsny telefon (będący fatum wyprawy, ilekroć zaczynała przez niego rozmawiać tylekroć kończyło się to fatalnie!!) i zaczyna prowadzić dyskusję nt naprawy swego samochodu. W tym samym momencie na drodze robi się niebezpiecznie, szosa oblodzona, z boku rów, zaspy, pola, a z przeciwnej strony błyskawicznie zbliżający się samochód, który gabarytami z pewnością nie minie się z nami. Pasażerowie widzą co się szykuje, gwałtowne hamulce, poślizg, osunięcie się do rowu, prawdopodobieństwo wywrócenia się autobusu, piski ludzi, trzymanie się foteli, myśli o opłacanych ubezpieczeniach i obrona przed nadciągającą, gdzieś zza szyb autobusu, zza mgły i białego puchu, paniką! Pośród zdesperowanych pasażerów, wykrzykujących w swej bezsilności modlitwy, imiona świętych bądź niemiłosierne bluzgi jeden głos wiódł zdecydowany prym: „Cooooo?! Tak drogo, a kto zapłaci za tą naprawę??!!” czy jakoś tak...
Autobus już nie ruszył, trochę poczekaliśmy na podstawiany Peugeot, ale koniec końców wszyscy pasażerowie, wraz z bagażami (było nas z 12), upychają się w środku i jakoś ruszamy do Świeradowa.
Świeradów. Na szlak ruszamy około 20:30. Obok Domu Zdrojowego mijamy wesołą grupę pijaczków, życzących nam powodzenia i jak najlepszego zdrowia. Pośród prószącego śniegu zmierzamy, Nową Droga Izerską, ku Chatce Górzystów. Mimo iż na miejsce docieramy przed 23 to w jadalnio-świetlicy pozostały jedynie 2 osoby. Dzierżawcy oznajmiają, ze Chatka pełna, a nasz błąd, iż „w dobie telefonii i internetu nie dzwoniliśmy celem rezerwacji miejsc”. Nastąpiła miła wymiana poglądów dot. filozofii turystyki górskiej, po czym bezproblemowo płacimy za glebę i zmierzamy ku żarzącym się płomieniom kominka. Niebawem pozostajemy sami rozkoszując się tostami, kiełbasami i ciepłem otulającym przemarznięte kończyny.
11.02.2010
Budzimy się ok. godz. 06:30. Śniadanie, pakowanie jednego ekwipunkowego plecaku i w drogę ku stacji Turystycznej „Orle”.
Początek trasy mija na przecieraniu, zasypanych i niewidocznych pośród szaty mgły, szlaków. Po jakiś 40 min. mgła opadła a trasa stała się znacznie prostsza.
Po krótkim postoju w „Orlem” zmierzamy ku Kopalni Kwarcu „Stanisław”, gdzie mamy cichą nadzieję spotkać Grzesia. Pech chce, że po drodze Hania zaczyna po raz kolejny wydzwaniać swym zaczarowanym telefonem. Wszystko kończy się dramatycznie. Grześ gubi szlak prowadzący od Szklarskiej Poręby do Kopalni, a my po sesji zdjęciowej przy „Stanisławie” zmuszeni jesteśmy, samotnie, wracać ku Rozdrożu pod Cichą Równią.
Początkowo zamierzamy odbić czerwonym szlakiem, lecz po ok. 2 min. zapadania się po same lędźwia zaniechujemy chybionego pomysłu i wracamy na niebieski. Mamy nim co prawda dotrzeć do swojej chatki, lecz w okolicy Jagnięcego Jaru kolejne rozczarowanie. Szlak zupełnie zasypany. Podążamy więc drogą prowadzącą ku żółtemu i stamtąd bezproblemowo zmierzamy do chatki.
Na miejscu rozkładamy się w wieloosobówce, przygotowujemy kolację, rąbiemy drzewo na wieczorny opał i bierzemy prysznic (tak, w Chatce powstał prysznic!!).
Ok. 23-24, w piecyku umieszczonym w naszym pokoju, gaśnie ogień. Kaper i ja opróżniamy zawalony grubym drzewem piec i na spokojnie rozpalamy na nowo. Po chwili podbiega do nas jeden z współlokatorów, oznajmiając miną znawcy: „chłopaki nie tak!! Widziałem jak robiła to właścicielka, aby się paliło musicie wrzucić wszystko co grube i jakoś się będzie tliło, zapewniając ciepło na całą noc!”. W tym momencie otrzymaliśmy informacje jak można wszystko przygasić...
Rozpalamy po swojemu i mamy ciepło do rana...
Noc mija w radosnej i sympatycznej atmosferze.
12.02.2010
Pobudka, śniadanie i trasa ku stacji Turystycznej „Orle”, gdzie oczekujemy spotkania z Grzesiem.
Ha, ok. 11:00 dochodzi do wspólnego spotkania:)
Kolektywnie udajemy się ku Jizerce. Tam tez się posiłkujemy i obchodząc szczyt Bukovca zmierzamy ponownie ku „Orlemu”.
Raczymy się kolejną porcja warcab i smacznym piwkiem. Do Chatki Górzystów docieramy po zmroku. Czeka nas tam iście niebiańskie powitanie. Otóż, jedna z z osób znajdujących się wewnątrz podchodzi do mnie i z uśmiechem na twarzy oznajmia: „masz tutaj plecak pełen piwa, pamiętam, że ty kiedyś stawiałeś więc teraz wy raczcie się do woli!”
Wieczór mija przy kominku i spokojnych, górskich pogaduszkach.
13.02.2010
Budzimy się ok. 08.00, kolektywne śniadanie i zejście do Świeradowa.
Na miejscu, niespodziewanie, pojawia się autobus zmierzający do Wrocławia. Niestety, zabiera się nim Hania i Kaper Senior.
My natomiast, zasiadamy do busika ukierunkowanego na Jelenią Górę. Przed odjazdem kierowca podchodzi do nas z konspiracyjnym uśmiechem i oznajmia: „Wyglądacie na niegroźnych turystów, takich zawsze można przewieźć i powiedzieć co nieco, lecz czasami pojawiają się tutaj ci z Urzędu Marszałkowskiego i na nich trzeba uważać...”. Biedaczek nie wiedział, że ówcześnie sam pracowałem w Marszałkowskim
W Jeleniej Górze posilamy się w jednej z pizzerii i pakujemy się do autobusu na Sobieszów, skąd prężnym krokiem zmierzamy ku Jagniątkowie.
Po paru niegodnych wspomnień perypetiach lądujemy w docelowym Jagniątkowie i odnajdujemy knajpę, w której oczekują nas Buba, Mrówka, Franek, Toperz i reszta ekipy.
Po krótkim popasie i zebraniu sił kolektywnie udajemy się ku Obozowi AKT.
Na miejsce docieramy około 19:30-20:00. Spotykamy Bajera.
Co jak co, ale trzeba się głęboko ukłonić jeśli chodzi o opiekę nad chatką pod względem technicznym i zasadą przyjmowania turystów, niezależnie od pory dnia czy nocy, gorącą herbatą.
Pod tym względem pozytywne zaskoczenie, ciepło, przyjemnie, komfortowo.
Inna sprawa, mimo tego co zostało wyżej wyłuszczone obowiązuje bezwzględna zasada dostosowania się do zarządzeń porządkowych i zachowawczych Komendanta Obozu. Rozlokowanie plecaków na komendę, suszenie butów na komendę, przygotowanie kolacji na komendę (wyłącznie przez osoby wskazane), samo rozpoczęcie kolektywnego posiłku na komendę i w końcu otwarcie napoi wysokoalkoholowych (rzecz jasna) na komendę...
Impreza trwała ponoć do godzin porannych lecz samoistnie, i praktycznie bezalkoholowo, skapitulowałem około 23:30, woląc poczuć resztki swobody i udać się na spoczynek, dobrowolnie aniżeli na kolejną komendę...
14.02.2010
09:00-budzik. Strach w oczach, czy uda nam się zjeść przedkolektywne śniadanie??
Dzięki wspaniałomyślności Komendanta uzyskałem, pozwolenie przygotowania posiłku.
Napojeni ciepłą herbatą, z pełnymi żołądkami zmierzamy ku samochodowi Franka. Trasa z Jagniątkowa do Wrocławia przebiega sprawnie i właściwie bezproblemowo. Szybko łapiemy pociąg na Opole, gdzie żegnamy Sebastiana i już we troje, wraz z Kaprem Juniorem i Grzesiem zmierzamy w stronę Kędzierzyna. Mijamy Górażdże, pociąg staje w polu a konduktor kroczy pomiędzy zatłoczonymi przedziałami i rzecze: "znów się popsuł, to wszystko wina tych z Urzędu Marszałkowskiego, miejcie do nich pretensje, nie do mnie!".
Tfu, jaki początek wyprawy (lądowanie w rowie), taki i koniec (lądowanie w polu)!
Spoglądamy na siebie jednoznacznie i decydujemy się zatelefonować do Hani czy aby gdzieś w tym czasie nie dzwoniła....ZAJĘTE...
Tym optymistycznym podsumowaniem chcę podziękować wszystkim uczestnikom wypadu za mile spędzony czas i do zobaczenia gdzieś i kiedyś...
http://picasaweb.google.pl/ecowarrior83 ... 014022010#
