I pierwszy cel wyprawy majaczy w oddali - Krzeszów. Po wyjściu z przytulnego wnętrza auta pogoda pokazała, że z wrocławską nie ma to ona nic wspólnego i szybkim ruchem czapka zimowa wylądowała na głowie
W Krzeszowie ludzi trochę było, trafiła się nawet jakaś wycieczka autobusowa (o której jeszcze będzie).
Jako, że pobliskie Betlejem i domek na wodzie to dosłownie rzut kamieniem to i tam podjechaliśmy, jednak zamknięte na głucho (zwiedzanie po wcześniejszym uzgodnieniu). Uzgodnienia więcv sobie odpuściliśmy i pojechaliśmy dalej
W drodze do głównego celu wyprawy - głazów krasnoludków nie mogliśmy oczywiście nie zahaczyć o Diabelską Maczugę (czy jak tam kto zwał
I dalej prosto już do głównego celu wyprawy - Głazów Krasnoludków. Prosto to znaczy tylko przez pierwsze parędziesiąt metrów, potem zaczyna się wyzwanie. Albowiem asfaltowa droga wnet się urywa a jej miejsce zajmuje coś wybitnie grząskiego i podmokłego. Powinny przy zjeździe stać tablice - dalej tylko dla samochodów 4x4 a najlepiej dla dżipa. Jakoś jednak dojechaliśmy.
Po dotarciu na parking wyruszamy kawałek drogą którą przyjechaliśmy by odbić na żółty szlak i zacząć od początku głazów. Niestety po około 10 minutowej wędrówce skałkami wyczerpują się baterie w aparacie (a, że plecaki wraz z dobytkiem zostawiliśmy w aucie) wracamy na parking a tam... znajomy autobus ze zorganizowaną wycieczką. Kierowca po skończeniu fajki rzuca "co oni tam tyle robią?" Po najwyżej więc 10 minutach zwiedzania wycieczka odjeżdza
Głowa smoka
Wielkość...
Drzewo
Widok z polany na skałkach, w oddali Krzeszów.
I teraz zaczynają się chwile grozy - dalszy odcinek owej "drogi" do Chełmska Śląskiego celem zobaczenia domków tkaczy. Po około 1/3 drogi wjechaliśmy w niezłe grzęzawisko, o podwozie coś zaszurało i stoimy... 100km od domu, na zadupiu sytuacja więc mocno nieciekawa. Wsteczny, zawyło, zabuksowało...i poszło. Z dalszego odcinka drogi ze względów oczywistych więc rezygnujemy i wracamy do Krzeszowa. A raczej próbujemy wrócić bo droga rozjechana przez autobus wygląda nie lepiej niż ta gdzie utknęliśmy. Wiem, że przydałyby się jakieś zdjęcia co by zobrazować to, ale w tamtej chwili nikt nie myślał o robieniu zdjęć czegoś, przez co moglibyśmy nie wrócić
Żeby nie nadrabiać więc odpuszczamy Chełmsko i kierujemy się na Lubawkę i Krucze Skały. I tu znów niespodzianka...droga niby utwardzona, jednak więcej w niej dziur niż resztek asfaltu. Zaczyna się więc jazda slalomem z prędkością iście rowerową co by nie zerwać gdzieś zawieszenia, miejscowi oczywiście siedzą na karku zjeżdzam więc na pobocze gdzie można się minąć (bo szeroka na jeden samochód) a ci szuuuur do przodu. Nie wiem czy się uodpornili na tą drogę i im wszystko jedno w którą dziurę wpadną...
Mijamy upadły dworzec cały ogrodzony płotem.
Nad wejściem przebija niemiecki napis
i parkujemy przed bramą jakiegoś zapuszczonego zakładu celem dostania się do rezerwatu. Pojedynczy mieszkańcy zerkają nieco zdziwieni w nasza stronę "co my tu na tym zadupiu robimy?" a to przecież rezerwat!
Po przejściu szlakiem przez pole jesteśmy w rezerwacie. Niestety pogoda, trochę siąpi, noc za dnia trochę zniechęca do wędrówek, dochodzimy więc do Kruczej Skały i wracamy. Niestety owe skały są dość porośnięte tak więc za wiele nie widać w odniesieniu choćby do Głazów Krasnoludków.
Zielony szlak na Kruczy Kamień
Szlak wygląda niepozornie ale miejscami jest dość forsowny, coś a'la Nowy Dwór czy Radunia, szczególnie na śliskich i mokrych korzeniach i kamieniach.
Ostatnie spojrzenie na Lubawkę i...
...późnym popołudniem wracamy do światłości (im bliżej Wrocławia tym jaśniej)