20 września 2019 (piątek)
O poranku zjawiłem się na postoju busów przy ul. Dawida we Wrocławiu, skąd do Grodkowa pojechałem Euro-Busem Nysa. Odjazd o 7.20, a niespełna godzinę później wysiadłem już na przystanku przy grodkowskiej ul. Słowackiego. Jest to dużo szybszy sposób na dostanie się do Grodkowa niż jazda pociągiem, rzecz jasna pod warunkiem, że akurat nie ma korków we Wrocławiu albo wypadku na A4, co wcale nie jest takie oczywiste…
8.17 – start!
Pierwszy cel tego dnia – ul. Warszawska 29. Pamiętacie, co tam jest? Urząd Miasta. A tam, na drugim piętrze, urzęduje inspektor Dorota Zawadzka zajmującą się promocją gminy. GADŻETY! Za pierwszym podejściem się nie udało, bo była na urlopie, teraz na pewno się powiedzie! Wchodzę do pokoju „przejściowego” i mówię siedzącej tam urzędniczce:
- Ja do pani Doroty Zawadzkiej.
W odpowiedzi słyszę:
- Nie ma Dorotki. Będzie w poniedziałek.
No żesz @#$%&
Chyba dobrze, że nie ma w Grodkowie kolejnego szlaku, którym chciałbym się przejść (tzn. istnieje szlak żółty, ale mnie nie nęci, bo biegnie głównie drogami asfaltowymi), gdyż obawiam się, że moja trzecia wizyta w magistracie w poszukiwaniu materiałów promocyjnych zakończyłaby się uzyskaniem informacji, że pani Dorota zmarła i będzie pogrzeb – W PONIEDZIAŁEK!
Wychodząc z pokoju omal się nie zaśmiałem na głos. Jednak nic tak nie poprawia człowiekowi humoru, jak wizyta w urzędzie
Zaraz po wyjściu z magistratu minąłem grodkowski dworzec.


To na pewno tu 93 lata temu w maju dr Schellhammer i jego uczniowie zaczęli swą wycieczkę na Gromnik.
Po przekroczeniu torów kolejowych odnajduję na słupie znak „mojego” zielonego szlaku. Robię zdjęcie.

Analiza tej fotografii po wyprawie doprowadziła do zdumiewającego odkrycia – to ogłoszenie na lewym słupie bramy wejściowej.
Nie ma to jak dobra lokalizacja firmy! Jak w skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju:
- Czy z pracy na kolei da się dziś godnie żyć?
- To zależy, ile się drutu miedzianego zwinie.
Ulica Otmuchowska, skręt w ul. Ogrodową, następnie w ul. Cichą, z której skręt w lewo i już opuszczam asfalt oraz obszar zabudowany. Potem tylko przeskoczyć przez ruchliwą drogę nr 401 i mogę maszerować polną drogą w stronę widocznego lasu.

Grodków zostaje za plecami.

Las tuż tuż…

Pora się w niego zagłębić

Po prawej mijam dwa stawy, przy jednym tabliczka że to bobrowisko

Drogę porasta trawa – o tej porze dnia mokra od rosy. Mogę zgłosić moje buty do testów na wodoodporność.
Przechodzę przez uroczą polankę.

Obracając się i robiąc jej zdjęcie myślę, że to świetne miejsce na biwak pewnego pruskiego regimentu. Herr Kapitaen, co Pan o tym sądzi?

Ta mina mówi więcej niż tysiąc słów
Generalnie pierwsza połowa trasy z Grodkowa na Gromnik zielonym szlakiem to las. A wokół lasy, lasy i lasy – i cała nasza droga w lesie (parafrazując pewną piosenkę

Poszycie jest mokre, buty bohatersko przyjmują kolejne milimetry słupa wody…
Wychodzę na lepszą drogę między śródleśnymi polami kukurydzy, ale wkrótce potem znów nurkowanie w las, a przy zakręcie szlaku w prawo niespodzianka.

To budynek słowiańskiej osady czy schronie dla plutonu żołnierzy WOT?
Konstrukcja na 7 słupach przykryta świerkowymi gałęziami.

Obok blok betonu.

Ciekawe…
Chwila porządną leśną drogą, by odbić znowu w porosły trawą trakt jak w „władcopierścieniowym” Bree…

Dalej jest jeszcze ciekawiej – mam wrażenie, że ścieżynka w leśnej gęstwinie służy wyłącznie leśnej zwierzynie, a nie turystom. Nie powiem jednak – jest klimatycznie. Choć moje buty zbliżają się niebezpiecznie do granicy swojej wodoodporności…
Nadchodzi czas na pierwszy postój i drugie śniadanie
„Kompania, powstań!”. Naprzód marsz! Po chwili wyjaśnia się sprawa tajemniczego jeźdźca. Przy drodze stoi „koń” – w postaci roweru. Właściciela brak w polu widzenia.
Mijam tabliczkę i oglądam się, cóż ona głosi. Tak. Lubię aktualne informacje

A dalej chatka myśliwska.

Tablica informuje, kiedy i kto ją wykonał.

Aż dziwne, że w czasach tak szumnie głoszonej „dekomunizacji” nikt nie wpadł na pomysł, że jako relikt czasów PRL powinna zostać niezwłocznie zburzona! [ironia]
Obok chatki, po drugiej stronie drogi, widzę głaz z tabliczką. Podchodzę bliżej.

Ciekawa jaka historia się za tym kryje?

Zaraz za chatką dochodzę do asfaltowej drogi. Drogowskazy pałacu sulisławskiego mijałem tego dnia wielokrotnie. Coraz częściej właściciele takich obiektów wytyczają w ich pobliżu własne trasy spacerowe i rowerowe.

Chwila marszu asfaltem i skręt w lewo. Droga biegnie skrajem lasu. Zaraz przy skręcie tabliczka o pracach leśnych. Tu rzeczywiście one trwają. Kawałek dalej podnośnik ładuje drewno na naczepę. Mijam pracujących i idę dalej.
Podziwiam na horyzoncie góry. W pewnej chwili widzę szczyt z wyraźnym masztem. Nie ma wątpliwości – to Pradziad!
W końcu szlak skręca w głąb lasu. Mijam rosnące nieopodal drogi paprocie.

To nie pierwszy uroczy zakątek lasu, który dziś mijam. Zaczynam odczuwać WALDEINSAMKEIT.
Cóż to jest – zapytacie? Otóż poznałem to słowo zaledwie 3 dni przed opisywaną wyprawą. Uczestniczyłem w darmowym pokazie filmu „Piłsudski”. Przed projekcją był godzinny wykład. Na szczęście nie była to prezentacja niezawodnych garnków albo innych koców o cudownych właściwościach leczniczych, na które są zapraszani seniorzy, ale wykład psychologiczny pt. „Włącz emocje” (wykład był w pakiecie z filmem
Otóż w różnych językach istnieją opisy stanu uczuć i emocji, które nie mają polskiego odpowiednika i można je przedstawić tylko opisowo. Takim słowem jest m.in. niemieckie Waldeinsamkeit. Waldeinsamkeit (czytamy: waldajnzamkajt – pani prowadząca wykład miała z tym problem
„uczucie bycia samemu w lesie i bycia częścią natury”.
Jeśli chcecie poczuć Waldeinsamkeit, musicie koniecznie wybrać się na zielony szlak Grodków-Gromnik
Jednak las się kończył. Po dotarciu na jego zachodni skraj ruszyłem przez pole równolegle do drogi na miedzy (gdyż moje buty wielkim głosem wołały, że jeśli chcę mieć suche stopy w drugiej części trasy, muszę im oszczędzić kolejnej porcji wody). W oddali widać już było wieżę kościoła w Wawrzyszowie. Ale co ważniejsze, po przejściu dalszego fragmentu trasy pokazał się po lewej stronie sam Król Wzgórz Strzelińskich – Gromnik.

A na południu – góry!

Zanim dotarłem do zabudowań minąłem jeszcze cmentarz i pastwisko, na którym właśnie wyładowywano z ciężarówki krowy. Następnie przeszedłem obok położonego na Górce Golonki (cóż za nazwa!

Ale zegar nie działa
Wzdłuż ogrodzenia pałacu i parku szedłem wytrwale na zachód, opuszczając wzniesienie, na którym usadowiła się wieś. Teraz Gromnik zaprezentował się w całej swej okazałości.

Widać też było Ślężę.

Szlak skręcał na południowy-zachód. Uznałem, że przydrożny kamień, na którym namalowany był znak szlaku, jest dobrym miejscem na postój i podsuszenie butów. Siedziało się na nim tak fajnie, że żal było ruszać dalej

Ale trzeba było. Optymistycznie oceniłem, że za nieco ponad 2 godziny dotrę na dobrze widoczny Gromnik. To nie okazało się jednak aż tak proste…
Najpierw źle wybrałem drogę przy skręcie i poszedłem pod kątem w las, zamiast jego skrajem. Marsz w zaroślach, sznyty na nogach od jakichś kolczastych roślinek, ślepa uliczka i odwrót. Skraj lasu nie oferował odpowiedniej drogi, więc zasuwałem polem. Mało to interesujący odcinek. Zostało to jednak wynagrodzone, gdy dotarłem do pięknej drogi na starej grobli.

Nią dotarłem do wsi Żeleźnik. Z daleka rzucał się w oczy wielki budynek pałacu i położony obok kościół.

Zbliżało się południe. Szlak prowadził na centralnym plac we wsi z posągiem… kogoś. Następnie prowadził prosto przed pałac.

Brama w murze zamknięta, wejście zabite paździerzową płytą…
Zrujnowane zabudowania gospodarcze (folwarczne?). Zaglądam do obory (stajni?).

Naprzeciw pałacu budynek o nieznanym mi przeznaczeniu (spichlerz?). Wejście zamurowane
Ale na fasadzie zachowany tympanon z zegarem i wskazówkami (!) które stanęły na 13.35 (1.35 w nocy?). A wokół zegarowej tarczy znaki zodiaku. Zachowały się wszystkie! Czegoś takiego dotąd przy dolnośląskich pałacach nie widziałem…

Tu jednak zaczęły się problemy orientacyjne. Znaki prowadzą w chaszcze. Którędy dalej? Znajduję jakąś zarośniętą drogę. Prowadzi przez przepust (mostek) na strumykiem. Wychodzę na łąkę. To teraz chyba prosto? W ten sposób docieram nad potok Krynka. Ale mostu nie ma. Szlak poszedł gdzieś indziej niż ja. Szukam gałęzi, brodu albo czegokolwiek, co pozwoli mi przejść suchą stopą przez potok. A gdzie tam! Goni mnie czas, bo chcę zdążyć na wcześniejszy pociąg (znów ściganie się z czasem…). Szybka decyzja – ściągam buty i pokonuję przeszkodę wodną w bród – dokładnie w tym miejscu.

Wychodzę na łąkę za korytem potoku. Kieruję się w lewo, bo tam jest droga i szlak do Jegłowej. Tak mówi porównanie terenu z mapą.
Łąka jest świetna. Przychodzi mi na myśl, że świetnie nadaje się do konnych galopów. Gdyby tak mieć dużo forsy, kupiłoby się źelaźnicki pałac, odremontowało go i stajnię, umieściło tam konie i galopowało się po tej długiej łące. Marzenia…
Póki co nie na grzbiecie konia o pięknych oczach i miękkiej grzywie, ale na własnych nogach dotarłem do drogi. Tuż obok mostu, po którym miałem przejść, ale wolałem chłodzenie stóp w wodzie
Zostawiam pałac, kościół i most za sobą i prę do Jegłowej. Tuz przed zabudowaniami przekraczam nasyp dawnej linii kolejowej. To nią wycieczka z Grodkowa zapewne dojechała na miejsce startu wędrówki AD 1926, choć dawna stacja kolejowa jest trochę bardziej na południe i przez ten przejazd pociąg przejechał już bez tej rozśpiewanej grupy.

Są jeszcze szyny.

Stara, jeszcze biała tablica z nazwą miejscowości.

Zaraz za nią szlak skręca. Dochodzę do jakiejś ławeczki pod murem i robię tam postój, zbierając siły na dojście do podnóża Gromnika.
Po krótkiej chwili ruszam dalej, docierając do centrum miejscowości. Tamże natykam się na jakże oryginalne miejsce wypoczynkowe przy przystanku – ławki stylizowane na wagoniki z kamieniołomu (na dalszym planie). Pierwszy raz coś takiego widzę.

Chwilowy marsz główną ulicą (Skalników), by niebawem skręcić w prawo. Wkrótce opuszczam Jegłową i powoli zbliżam się do Gromnika, który powoli wypełnia coraz większą część pola widzenia.

Widzę już między drzewami na szczycie stożkowy czubek wieży widokowej. Spotykam idących w przeciwną stronę trójkę ludzi. Niosą kosze z grzybami w dłoniach.
Docieram do lasu porastającego wzgórza. Godzina do celu. Teraz wyciągam i rozkładam kije trekkingowe. Tyle godzin niosłem je ze sobą, teraz się przydadzą. Choć zmęczony szybkim dwudziestokilometrowym marszem, muszę się zmobilizować do kolejnego, jeszcze większego wysiłku.
Bo kiedy jak nie teraz ma przyjść do głowy jeden z moich ulubionych cytatów – starego militarysty Roberta A. Heinleina, który w swojej powieści SF „Kawaleria kosmosu” zawarł jakże mobilizujące słowa: „Piechur nie musi pozostać przy życiu. Nie to jest najważniejsze. Ważne jest, jak masz umierać – z głową do góry, w marszu do celu”.
Pamiętacie szkolenie przed filmem „Piłsudski”? Waldeinsamkeit. Więc teraz pora, na to, co zapamiętałem jako pierwsze. Cytat: „Jesteś architektem swoich emocji”
Cóż to była za wędrówka! Epicka niczym starożytny Marsz Dziesięciu Tysięcy.
W ciągu 40 minut od wyruszenia z Rozdroża nad Jegłową znalazłem się na szczycie Gromnika.

Na ławce, oparty o ścianę wieży widokowej zrobiłem 22-minutowy postój. Bo Gromnik to nie finał wędrówki. Trzeba było jeszcze dotrzeć na stację kolejową (coś jak grupa dr. Schellhammera, tyle że oni szli do Henrykowa
Godzina 14.15 – wymarsz z Gromnika. I było jak 8 września 1939 r., kiedy dowódca niemieckiej 1 Dywizji Górskiej, gen. Ludwig Kuebler, oznajmił swym podkomendnym: „Do tej pory 1 Dywizja Górska maszerowała, rzeczywiście dużo maszerowała. Od dzisiaj i od tego momentu zaczyna biec!”
I to też było niezapomniane…
A gdy z oddali, na ul. Stacyjnej (pylistej, lecz szerokiej i utwardzonej drodze dla ciężarówek z kamieniołomu Gębczyce) ujrzałem w oddali skryty za drzewami budynek stacyjny, westchnąłem jak wiewiór Scrat z „Epoki Lodowcowej” przytulając orzecha
https://www.youtube.com/watch?v=kM3uNMXrFMI
[4.01 – 4.04]

O 15.25 byłem już na stacji. W 70 minut pokonałem to, co wydawało mi się niezbyt możliwe. A jednak!
O 15.49 przyjechał pociąg do Wrocławia. Tak się skończyła ta wyprawa.
PS To było 25 kwietnia 1998 r. Tego dnia po raz pierwszy w życiu wszedł na Gromnik. Żółtym szlakiem, obok kamieniołomu w Jegłowej. Nie było jeszcze „Leuthena”, był uczeń, który uczestniczył tego dnia w rajdzie ekologicznym. Dopiero 16 lat później dowie się on o wyprawie dr. Schellhammera. Tamtego wiosennego dnia 1998 r. usłyszy za to po raz pierwszy o zamku, który stał kiedyś na Gromniku i o niemieckim nieistniejącym schronisku. Minie ponad 20 lat, ale tak samo jak wtedy wciąż będzie przemierzał szlaki. I wciąż będzie podążał śladami historii. Czy upływ czasu tak bardzo nas zmienia?


