7 listopada 2019
O poranku tego dnia, tuż po godzinie 7 rano, wsiadłem w centrum Wrocławia do samochodu znajomego. Dzień wcześniej, tuż przed udaniem się na spoczynek, odebrałem od owego kolegi esemesa, że nazajutrz jedzie służbowo do Kudowy-Zdroju i może mnie podrzucić, jeśli wybieram się na wędrówkę z punktem startowym na trasie krajowej „8”. No z nieba mi spadł! Zamiast więc jechać „Szeryf Busem” (czyli autokarem firmy Romańczuk relacji Wrocław-Bielawa) o 8.11 wyruszyłem godzinę wcześniej – i to całkiem za darmo
Tuż po godzinie 8 rano wysiadłem na przystanku w Łagiewnikach. Znajomy ruszył dalej na biznesowe negocjacje, a ja rozpocząłem na wysokości 178 metrów nad poziomem morza swoją wędrówkę. Początkowo miałem podążać szlakiem czerwonym, znaną mi ze studenckich lat trasą w stronę Wzgórz Dębowych. Jak się okazało, od tamtych Łagiewniki trochę się zmieniły – przybyło tam świateł i przejść dla pieszych. Poczułem się nieomal jak na Rondzie Reagana we Wrocławiu
Po pokonaniu pierwszych świateł stanąłem przed tym bilbordem.

Nie wiedziałem, że echa spraw z innych rejonów Polski docierają aż do Łagiewnik. Wielka polityka wkracza nawet na prowincję
Posiłkując się mapą (jednak lata zacierają wspomnienia o przebiegu szlaków, poza tym wcześniej za każdym razem szedłem w drugą stronę) opuściłem zabudowania Łagiewnik i polną drogą ruszyłem na wschód, mijając w bliskiej odległości budynek dawnej stacji kolejowej.

Przedstawiciele mojej ulubionej nacji stwierdziliby, że tego poranka była „herrliche Wetter”. Ja, ja – pogoda była przepiękna, co stanowiła zachętę do wędrówki
Jak to w listopadzie bywa, trawa na polnej drodze była mokra, a ziemia miejscami zdradzała, że w nocy był przymrozek – w zacienionych miejscach było widać szron. Z tego powodu wybrałem wędrówkę polem, a nie po trawie. W 25 minut po wyruszeniu z łagiewnickiego przystanku skręciłem za znakami czerwonego szlaku na południe, przekraczając nasyp dawnej linii kolejowej.
Wędrując wcześniej wzdłuż niej dostrzegłem przed sobą przemykającego polem lisa, który znów dojrzałem w trawach porastających nasyp, gdy robiłem zdjęcie miejsca, gdzie nad ciekiem wodnym „był kiedyś mostek”. Później w polu ujrzałem po lewej sarnę. Więcej jej koleżanek udało się dojrzeć po chwili na północnych stokach wzniesienia o wysokości 187,3 m, którego wschodnie stoki trawersuje szlak w drodze do wsi Sienice.

Wkrótce wkroczyłem między zabudowania skręcając w lewo w boczną drogę równoległą do biegnącej przez wieś głównej ulicy. Boczna droga łączy się z nią przy znajdującym się w centrum wsi kościele.

Postanowiłem zrobić rundkę wokół świątyni. Wszedłem przez bramę. A tu zaraz tablica ogłoszeń. A na niej – kto ile dał na kościół (i czemu tak mało

Zaraz obok kościoła na słupie znajduje się początek niebieskiego szlaku, którym będę podążał już do końca tej wędrówki.

5 minut drogi dalej i 1 m n.p.m. wyżej znajduje się Rozdroże pod Górą Drzymały, do którego prowadzi lipowa aleja.
Krótko przed opisywaną wędrówką, zupełnie przez przypadek, trafiła w moje ręce książka autorstwa Marty Miniewicz pt. „Spacerkiem po powiecie wrocławskim czyli o czym szumią drzewa?”. Sądziłem, że to jakiś nudny przewodnik dendrologiczny, ale mimo to zacząłem czytać. To był mądry wybór. Książka jest nie tylko świetnie napisana, ale też pięknie zilustrowana fotografiami. Opisuje 6 gatunków drzew: dąb, lipę, brzozę, buka, cisa oraz wierzbę. Talent narracyjny autorki umożliwia przemycenie wielu ciekawych informacji (słyszeliście np. o celtyckim horoskopie drzewnym?), a wskazówki jak rozpoznać dane drzewo są bardzo cenne. Dzięki pani Marcie wiem, że lipa ma liście w kształcie serca i takie też drzewa widziałem przed wspomnianym rozdrożem.
Szlaki czerwony i niebieski tak po prawdzie rozchodzą się dopiero za pobliskim mostem na rzece Ślęzie:

pierwszy skręca w prawo, drugi w lewo. Ja poszedłem za Lewandowskim
Wyraźna, szeroka polna droga okrążała wpierw wzgórze 187,1, z widokiem na Górę Drzymały (całe 193 m.n.p.m.) i wylesione północne stoki kończących się w tamtym miejscu Wzgórz Dębowych, przez które biegnie czerwony szlak, by finalnie obrać ogólny kierunek na wschód.
Widoczki były piękne, temperatura na tyle wysoka, że mogłem ściągnąć spod polara sweter, w górze gęgały lecące w kluczu na południowy-wschód dzikie gęsi, a ja z każdym krokiem zbliżałem się do Kondratowic.
Nim do nich dotarłem, minąłem jeszcze dwa słupy (dawne drogowskazy?),

mostek na cieku wodnym oraz przeciąłem dawną linię kolejową Łagiewniki-Kondratowice-Strzelin. Zarówno przed nią, jak i za nią szedłem po niemieckiej kostce brukowej. Ci Niemcy byli niesamowici

Blisko zabudowań Kondratowic kolejny dawny niemiecki słup ze znakiem szlaku, a już po wejściu między budynki wsi takie coś.

To chyba tory wąskotorówki?
Po dojściu do głównej ulicy w Kondratowicach szlak skręca w prawo na południe. Ja jednak przeciąłem ulicę idąc prosto. Dlaczego? Bo nadeszła pora na realizację mojej pasji, a na hobby trzeba znaleźć chwilę czasu nawet na wędrówce. Mogło chodzić tylko o jedno:
MATERIAŁY PROMOCYJNE GMINY
Przed wędrówką sprawdziłem lokalizację urzędu gminy oraz personalia osoby odpowiedzialnej za promocję. Po wejściu do budynku urzędu

rzut oka na tablicę w poszukiwaniu odpowiedniej lokalizacji. Pokój 21, II piętro. No to wio na górę!
Drugie piętro UG Kondratowice sprawia wrażenie zaadoptowanego strychu. Pokój znaleziony. Staję w progu i mówię: „Dzień dobry!”
Akurat trafiłem w sam środek rozmowy telefonicznej prowadzonej przez panią zza biurka („Prezesów nie ma 12 i 13 listopada, są 14 i 15”), więc stoję i czekam. Przed biurkiem siedzi na krzesłach bokiem do mnie para: po lewej pan, po prawej pani. Po chwili dochodzi jeszcze jakaś inna pani, by zdobyć podpis na urzędowym piśmie. Wciąż czekam cierpliwie na swoją kolej
Pani na zakończenie rozmowy wstaje, odkłada słuchawkę i milcząc patrzy na mnie wyczekująco. Wybiła moja godzina
- Dzień dobry!
- Dzień dobry!
- Czy dostanę od pani materiały promocyjne gminy?
- A jakie Pana interesują?
- Pocztówki, mapy itd.
- Chyba wszystko mamy w archiwum. Proszę usiąść i poczekać.
- A gdzie siąść?
- Np. za tamtym biurkiem.
Siadam więc posłusznie, ściągam polar (bo gorąco – latem musi być na tym strychu istny piekarnik!) i czekam.
Pani wychodzi z urzędniczką z prawego krzesła, polecając panu po lewej nadzór (nade mną).
Siedzę na krześle biurowym za biurkiem i korzystam z pierwszego postoju na trasie. Pan w pomarańczowym polarze (który w międzyczasie przesiadł się z lewego na prawe krzesło), sprawiający wrażenie budowlańca, przerywa milczenie.
- Pan zwiedza?
- Wędruję niebieskim szlakiem z Łagiewnik w stronę Ciepłowodów – odpowiadam upraszczając (Łagiewniki-Sienice czerwone znaki).
- A w naszym pałacu Pan był?
- Nie.
- Niech Pan pójdzie obejrzeć malowidła. Niemiec kupił i odpicował.
- Pałac jest w prywatnych rękach i można wejść?
- Tak, jest tam firma KWS.
- A jak dojść?
Tu nastąpiła instrukcja (na szczęście to blisko i przy mojej trasie).
Po dłuższej chwili Pani od promocji wraca z papierową torbą z herbem gminy Kondratowice. Po kolei wyjmuje i pokazuje mi: dwa foldery wydane przez lokalną grupę działania, pocztówkę, płytę CD i mapę powiatu. Na koniec, przy przekazywaniu gadżetów, padają znamienne słowa wręczającej: „Gmina jest biedna”.
Istotnie – nawet długopisu nie ma
Po wręczeniu torby mimika twarzy urzędniczki wskazuje, że audiencja została uznana za zakończoną, dziękuję więc bardzo, robię przepisowy pruski „w tył zwrot” i opuszczam pokój.
Na parterze urzędu oglądam moje „skarby” i pakuję je do plecaka. Mapa powiatu bardzo aktualna – mojego niebieskiego szlaku na niej nie ma
Następna stacja – pałac.
Faktycznie – zgodnie ze wskazówkami 300 metrów od urzędu gminy stoi sobie pałac. Brama otwarta – wchodzę. Wejście główne z drugiej strony.
Panie – Niemiec wsadził tu fortunę!

Wchodzę do środka. Przemierzam korytarz na parterze i trafiam na klatkę schodową. Drewniana i stylowa. A ponad schodami plafon.

Na piętrze szukam kolejnych anonsowanych w urzędzie gminy malowideł. Zamiast tego trafiam na WC. A co mi tam, wejdę, skoro jestem. W łazience prysznic (gdybym tam trafił na koniec wędrówki, niechybnie bym skorzystał

Zapewne w sali konferencyjnej, którą mijałem, będącej dawną salą balową, są kolejne malowidła, wystarczy podejść do sekretariatu prezesa i poprosić o pokazanie. Ale na mnie pora, bo mam z tyłu głowy, że znajomy, który podrzucał mnie rano do Łagiewnik, będzie wracał i może mnie zgarnąć, o ile dojdę w odpowiednie miejsce o odpowiednim czasie. Moje wędrówki to często dylemat między „iść” a „zwiedzać”. Teraz do głosu znów dochodził wariant „idźmy dalej, zobaczymy więcej!”.
Jeszcze widoczek na pałac zza mostu nad fosą

i rzut oka na dawne zabudowania przypałacowe.
Po powrocie do głównej drogi ruszam szlakiem na południowy-zachód.
Przed dawnym przejazdem przez tory rzut oka w prawo na dawną stację kolejową w Kondratowicach.

Prowadzi do niej, już za przejazdem, brukowana droga. Staję przed nią i myślę. Jak po wędrówce napiszę w relacji: „po zrobieniu z dystansu fotki budynku stacji kontynuuję wędrówkę szlakiem”, to Dolnoślązak znów zapyta: „A czemu nie poszedłeś i nie zrobiłeś zdjęć z bliska?”. No nie, mój spokój ducha cenię wyżej niż 5-7 minut na spacer na „Bahnhof”. Idę!

Tory zarośnięte, ale peron wykoszony!

„Teren prywatny – wstęp wzbroniony – grozi zawaleniem!” – głosi napis na drzwiach do dworca. Ciekawe, kiedy zajechał na tutejszą stację ostatni pociąg?
Przez wybitą przez kogoś szybę robię zdjęcie zdewastowanego wnętrza

Za budynkiem stacji szalet (zaskakująco dobry stan emaliowanych tabliczek!)

Wracam na szlak. Mija mnie bus jadący do Strzelina („Randob”, jeździ przez miejscowość Prusy – nazwa jakże bliska memu sercu
Po chwili skręcam w prawo. Dalsza trasa prowadzi drogą pokrytą kiedyś asfaltem bądź pseudoasfaltem, który nie wytrzymał próby czasu… Przemieszczam się mniej więcej równolegle do Wzgórz Dębowych. O godz. 10.18 docieram do drogi we wsi Rakowice.
Trwają tu prace przy montażu – chyba linii energetycznej. Niechaj podpisem pod tym zdjęciem będzie zasłyszany komentarz jednego z czterech widocznych przy dźwigu robotników:

„K…a, bonanza że h..”. I wszystko jasne
Przecinając w Rakowicach drogę, oddalam się od miejscowości Prusy. Gdybym opuścił na chwilę szlak i poszedł drogą 500 metrów, obejrzałbym ruiny pałacu w Prusach. Należały one od lat 90. XX w. do mojego znajomego. 2 listopada b.r. zapaliłem na jego grobie znicz. To już 6 lat…
Polną drogą dochodzę do asfaltowej i wkraczam do wsi Maleszów. Mijam świetlicę wiejską, która mieści się w czymś na kształt baraku na budowie albo kontenerze dla powodzian w ’97. Dlaczego?

Odpowiedź nasuwa się sama – cytat pani urzędniczki: „Gmina jest biedna”. Przy świetlicy plac zabaw i ławki. Korzystam i robię postój. Odpoczynek i drugie śniadanie. Po 20 minutach przerwy dalszy marsz. Mijam dość mylne widlaste skrzyżowanie (słabo oznakowane, poszedłem intuicyjnie, ale wybrałem dobrze) i polną drogą wzdłuż Żelowickiej Strugi maszeruję na południowy-wschód. Mijam rosnące wierzby, pełne dziupli, w których – jak dawniej wierzono – mieszkały diabły (polecam ponownie lekturę książki pani Miniewicz). Drzewem, które wysłannicy piekieł omijali szerokim łukiem (czarownice również) były natomiast lipy
Widzę już w oddali dachy zabudowań wsi Kowalskie, ale do niej nie zmierzam, bowiem na rozdrożu nad Małą Ślęzą (189 m n.p.m.) skręcam w lewo. W tym miejscu rośnie potężny stary dąb.

Maszeruję teraz na północny-wschód. Przy drodze, niemal „spod mostu” wyłania się sylwetka człowieka przy pniu ściętego drzewa. Mówię:
- Dzień dobry!
- Dobry! Którą ma Pan godzinę?
Udzielam informacji i podążam dalej. Szlak wydostaje się zboczem z doliny Małej Ślęzy. Wkraczam na asfalt i skręcam po chwili w lewo do wsi Janowiczki. Tam kolejny barak pełniący rolę świetlicy („Gmina jest biedna”), za którym szlak skręca w lewo i opuszcza wieś znów pnąc się w górę.
Tu następuje najbardziej zarośnięty odcinek na trasie.

Na szczęście wszystkie grzeczne żmije poszły już spać i nie grozi mi nadepnięcie na jedną z nich
Im wyżej, tym ładniejsze widoki na Masyw Ślęży, Wzgórza Dębowe i okolice.

Przed dojściem do strefy rozrzutu kamienia lokalnego kamieniołomu skręt w prawo i marsz polem w stronę lasu porastającego Bednarz. Szczyt ów, wysokości 301 m n.p.m., leży już w północnej części Wzgórz Lipowych. Po najsolidniejszym tego dnia podejściu zatrzymuję się przy wiacie,

sprzed której rozciąga się widok na północny-wschód w stronę Strzelina (widać m.in. ratuszową wieżę i strzelińską cukrownię).

Tu następuje dłuższy postój. Przy wiacie stoi bus, a na polu nieopodal dwoje ludzi. Wkrótce dochodzą do samochodu. Kobieta mówi:
- Przeszłam mały kawałek, a się k…a zmęczyłam.
„A ja w 4 godziny zrobiłem 16 km i bolą mnie nogi, a k…a nie narzekam” – myślę sobie
Dochodzi esemes od znajomego. Wraca z Kudowy, będzie za godzinę w Niemczy, wcina tam obiad i od ok. 13 kontynuuje powrót do Wrocławia. Jest 11.37. Wyciągam mapę i mierzę odległość. Jestem 10 km w linii prostej na wschód od Niemczy. Po drodze dwa pasma wzgórz. Układ dróg wybitnie niesprzyjający. Za Chiny Ludowe nie zdążę! Seria esemesów. Ostateczna ustalenia – idę dalej niebieskim szlakiem w stronę Ciepłowodów, a on zje obiad tam. 11.58 - zaczyna się Sturmfahrt!
Schodzę ze wzgórza i pruję na południe aż miło. Rzut oka w lewo, na wschód, w stronę Wzgórz Strzelińskich

O 12.08 przecinam drogę w Stachowie i pędzę dalej bez zatrzymania. Wchodzę w las na Wzgórzach Lipowych i docieram o 12.18 na skrzyżowanie szlaku żółtego i niebieskiego, na którym miesiąc temu byłem. W szybkim tempie przebywam odcinek do miejsca, gdzie szlaki się rozchodzą
i wciąż za niebieskim szlakiem podążam szturmowym tempem na południe po zachodnich stokach Zarzyckiej Góry.

Opuszczam w końcu las i wędruję wśród pól.

Docieram do szerokiej polnej drogi łączącej Skoroszowice z Jakubowem. Skręcam w prawo i gnam ile sił w nogach. Na łące na południe od wsi Zarzyca widzę pasące się konie. To silniejsze ode mnie – zatrzymuję się i muszę je pogłaskać

Potem cd. marszu. W międzyczasie ustaliłem z kolegą, który był już po obiedzie, że podjedzie do Jakubowa (to 3 km od Ciepłowodów). W tej wsi, tuż po godzinie 13 kończę wędrówkę, oczekując koło krzyża na transport, który kilka minut później dociera.

Czas operacyjny wędrówki: 5 h 6 minut.
Dystans: ok. 21 km.
Podziękowania dla:
- Łukasza za transport z i do Wrocławia
- pani Magdalenie z Urzędu Gminy Kondratowice za materiały promocyjne
- panu w pomarańczowym polarze w UG za sugestię odwiedzania kondratowickiego pałacu
- browarom Krakonosz w Trutnovie i Rohozec w Turnovie za piwo, które pokrzepiało mnie w trakcie pisania relacji (nowe znaczenie określenia „płynna narracja”
PS Od pory podanej na zdjęciach należy odejmować 1 godzinę - nie przestawiłem zegara w aparacie po ostatniej zmianie czasu


