Pamiętam, jak kiedyś latałem po Beskidach, byłem nimi zafascynowany, spędzałem w nich każdą chwilę. Nie wyobrażałem sobie wręcz życia bez nich. Spałem po szałasach, tułałem się całe dnie po halach i połoninach. No i nie lubiłem Sudetów (mimo ze przeszedłem w nich tysiące km).
Aż przyszedł czas, że chyba człowiek nieco się postarzał (?), gdyż po wielu latach nieobecności w Beskidach, pojechałem tam tego roku i stwierdziłem, że... Beskidy są nudne. A przez ten cały czas dojrzewałem do Sudetów, bo w końcu w nich się wychowałem. Przyszedł taki czas, że zacząłem tęsknić za Sudetami, górami mego dzieciństwa i młodości, poczułem ogromną potrzebę powrotu do swoich korzeni, do tych pięknych lat, gdy zwiedzałem pieszo całe Sudety, od Sobótki po Mieroszów, od Zawidowa do Prudnik, od Lwówka Śląskiego po Międzylesie.
Teraz już nie chodzę w góry, jak dawniej - od schroniska do schroniska, teraz wynajmuję kwaterę i krążę sobie na lekko. Teraz już nie śpię po szopopaśnikach i chatkach drwali, tylko oczekuję miłego pokoiku z nowym (!), broń Boże, starym tapczanem, z ciepłym prysznicem, wygodnym tarasem. Ale poszwendać się po Sudetach lubię cały czas, i oczywiście, jak dawniej, tylko bez szlaku. To taka moja wolność.
Och, te piękne Sudecinki.
Powiem Wam