to teraz moja wersja
w piątek odbieram Eco o 14 i suniemy w kierunku Ziemi Kłodzkiej, po drodze podziwiając m.in. "umiejętności" polskiej drogówki. Parkowanie i zakupy w Nachodzie, po czym za Hronovem wjeżdżamy na zaśnieżone drogi (przedtem białego puchu wcale nie było za dużo) i kierujemy się na Machov. Według mapy miało tam być kilka restauracji lub knajp, ale na miejscu okazuje się, że to czarna d...a. Na szczęście w Machovskiej Lhocie znajdujemy uroczy hostinec w budynku z XIX-wieku, z równie długą tradycją.
W środku jest tak, jak powinno być w czeskiej knajpie - tanio, spelunkowato, smaczne piwo i równie smaczne jedzenie

Analizujemy, jak dostać się do Pasterki, bo każda mapa pokazuje co innego, podobnie jak w terenie - okazuje się, że niedawno zmieniono przebieg niebieskiego szlaku, część innych po wejściu do Schengen przemodelowano, więc jest z tym niezły burdel.
W knajpie pokazują nam jak dojść do niebieskiego szlaku przez pola. Potem, im bardziej w las, tym bardziej ostro, w dodatku oznaczenie czasem nie jest najlepsze, a pod śniegiem czają się śliskie kamienie i drzewa, co boleśnie odczuwa Eco.
trochę sklinamy, ale cieszymy się, że idziemy we dwójkę, bo samemu byłyby jaja na częstych rozdrożach i szukaniu oznaczeń.
Po jakimś czasie dochodzimy do polany i tam to już w ogóle droga na wyczucie, bo ślady po biegówkach rozłażą się we wszystkie strony. W którymś miejscu przekraczamy granicę, ale nie wiemy gdzie, bo nie widać żadnego słupka - nie mniej pojawiają się polskie znaki, ale tabliczki na drzewach są nadal czeskie. Prawdziwy misz-masz

Na szczęście jest już zielony szlak, teren się uspokaja i w miarę spokojnie dochodzimy do Pasterki.
Przed schroniskiem śpiewamy hymn, na co wychodzi do nas Grześ i Waldi, w środku jest już też Iza. Rozsiadamy się w jadalni, czekając na wjeżdżającą 3 razy do Radkową Bubę z ekipą, po czym przesiadamy się do kazamat, urządzonych w piwnicy, dokąd po północy docierają ostatnie osoby tego dnia.
W sobotę pobudka dosyć ciężka, wyłazimy późno ze schroniska, ale pogoda kompletnie nie zachęca. Plan łażenia chłopaki wymyślili baaardzo ambitny, ja idę spokojny, że przejdę maksymalnie 20% i wracam

Na szczęście okazało się, ze w tych warunkach plan był niewykonalny...
Idziemy na czeską stronę przez Machovsky kriz, dawny punkt postojowo-medytacyjny pielgrzymek z Hronova do Wambierzyc, jest to też granica pomiędzy G. Stołowymi właściwymi a Broumowskimi Ścianami.
Po drodze pojawiają się pierwsze skałki oraz słupki i inni niemi świadkowie historii.
Pozostaje nam wejść na Božanovsky Špičák, mijając co rusz nowe formacje skalne.
w pewnym momencie niektórym wydaje się, że to szczyt, reszta nie jest przekonana, ale i tak robimy sobie popas, celem rozgrzania się.
szczyt jest oczywiście dalej, ale i tak z niego nic nie widać, więc wracamy na polską stronę bez widoków, nie licząc oczywiście skał.
W schronisku siedzi Seba, który, jak się okazało, siedzi już tam od późnej nocy

potem dochodzą gościennie GS-y - rowerowy hardkor RobertJ i zdradzająca Tatry Malgo

Miło się było poznać
Po zmroku razem z GS-ami idziemy na Szczeliniec w świetle pochodni, co jest bardzo widowiskowe, ale i niebezpieczne, bo ciężko się trzymać na śliskich schodach, jak w ręku są pochodnie.
Przed Szczelińcem główny punkt programu - puszczanie lampionów.
w schronisku poznajemy kolejnych GS-ów: Barbórkę i Marka65. Gawędzi się miło, ale nagle sudecka część podejmuje decyzję o powrocie, na co wpływ mogły mieć ceny i jakość miejscowego piwa

Chcąc nie chcąc trzeba się ewakuować, a w ramach bezpieczeństwa sporą część trasy powrotnej pokonuję na tyłku.
W Pasterce robimy jeszcze ognisko, są kanapki, kiełbaski, ciasto i inne takie, a także nawiedzony kot, polujący na przygotowującego kanapki Sebastiana.
Ogólnie jesteśmy zmęczeni, więc impreza nieco mniej huczna, niż w piątek, no i kierowcy muszą wypocząć. Mimo zapowiedzi, w niedzielę znowu nie słońca, więc ogólnie pogoda jest do bani...
Robimy częściową grupówkę przed schroniskiem...
Ludzie pakują się do aut, Seba nadal śpi, a my z Eco wracamy (tym razem zielonym szlakiem) do Machovskiej Lhoty, do samochodu. Dopiero teraz widać, ile zostało tam pięknych, starych budynków.
Zatrzymujemy się jeszcze w Nachodzie, ale jest tak paskudnie, że tylko idziemy na rynek coś zjeść. Przed granicą fotografujemy jeszcze schron Voda, robimy zakupy i ostatni postój przypada w Mąkolnie, gdzie oglądamy ruiny, widziane z drogi.
Okazuje się, że są to pozostałości po fabryce prochu, działającej tutaj od XVII wieku do dzisiaj (tyle, że w innej, bezpieczniejszej lokalizacji).
Dzięki wszystkim za przybycie (specjalne podziękowania dla Grzesia za organizację), nowo poznanym za poznanie, a reszta zdjęć w galerii
https://picasaweb.google.com/PudelekIV/ ... cinnieGSY#