POMYSŁ – tak się w życiu porobiło, że trzeba było wyjechać za granicę, padło na Holandię. Kasa tu jest, ale jedyna górka na jaką mogę się wspiąć to nadmorska wydma :/ Dla takiego łazika jak ja, który każdy wolny dzień spędzał na szlaku (w Polsce mieszkam w Dusznikach – Zdroju gdzie szlaków cała masa) to prawdziwa tragedia! Gdy nadchodził czas wakacji w głowie się kłębiło od różnych pomysłów, chciałem zrealizować je wszystkie aby nacieszyć się górami na zapas, aby przeżyć tu jakoś kolejne miesiące, jednak na coś trzeba było się zdecydować. I tak postanowiłem zrobić trzecie podejście do Głównego Szlaku Sudeckiego (pierwsze 2 nieudane) i jak sił starczy wyruszyć na Główny Szlak Beskidzki. Takie Polskie Góry w pigułce
PLANOWANIE – zazwyczaj w góry chodzę sam, jednak pomyślałem, że na tak długiej wyprawie przydałby się jakiś kompan, żeby nie zbzikować i nie gadać z drzewami. Zakładałem, że będzie spory problem ze znalezieniem wariata chętnego na wędrówkę przez kilkaset km, a tu się okazało, ze już w Holandii się taki znalazł – kolega z pracy. Nie mniejszy wariat, bo jak mu przedstawiłem plan, powiedział : „To skoro GSB kończy się na granicy ukraińskiej to może GSS zacząć już od niemieckiej?”.
Wyzwania lubię, więc podaliśmy sobie dłoń w geście aprobaty…
ZAŁOŻENIA – chcieliśmy poświęcić na tą wyprawę ok 4 tygodni, ale gdyby sprawa się przedłużała to nie byłby problem, urlopu mamy trochę więcej. Wędrówka od świtu do zmierzchu, w miarę możliwości jeden porządny ciepły posiłek, noclegi głównie pod namiotem, co 3-4 dni jakiś schron/agro/cokolwiek aby się ogarnąć.
REALIZACJA – Aby dotrzeć do granicy z Niemcami najpierw czeka nas autobus do Wrocławia, dalej kolejny do Zgorzelca. Tu robimy ostatnie zakupy i wsiadamy w ostatni już autobus do Radomierzyc. Na miejscu jesteśmy ok 20-tej. Wieczór piękny, ciepły, nogi aż się już rwą i nie mogą doczekać jutrzejszego dnia. Mały spacerek na granicę aby zrobić pamiątkowe zdjęcie, następnie zmierzamy w kierunku zbiornika wodnego Witka aby rozbić namiot. Po drodze na horyzoncie pojawiają się już Izery…
11.07. – dzień pierwszy
Pobudka o piątej, choć w nocy były przerwy w śnie za sprawą ulewy. Wynalazek z Decathlonu jak na razie się sprawdza, choć z lenistwa nie przypięliśmy linek i pod ciężarem wody trochę osiadł. Po zjedzeniu czegoś i spakowaniu ruszamy. Dzisiejszy plan to dotarcie do Świeradowa – Zdroju, według prowizorycznych wyliczeń będzie to niecałe 40 km. Pogoda na szczęście dopisuje i idzie się przyjemnie. Niebieskim szlakiem docieramy do Zawidowa, niewielkie miasteczko graniczące z Czechami powoli budzi się ze snu. Przechodzimy je dość szybko i wędrujemy tym razem szlakiem żółtym. Prowadzi on polami aż do Leśnej, mijając po drodze Miedziane i Grabiszyce. Upał jest co raz większy, na dodatek atakują nas jakieś wściekłe fruwajce, które nie dają za wygraną nawet z najsilniejszym offem. Ja tam mam tylko kilka bąbli, Grzesiek natomiast w walce z nimi uderza się w twarz i łamie okulary. Chłopaki kontra szarańcza – 0:1…
Za Leśną napotykamy pierwszych spacerowiczów, a to za sprawą szlaku nad okoliczny zbiornik wodny oraz największą atrakcję okolicy – Zamek Czocha. Byłem kiedyś, widziałem, dziękuję… Nie lubię zamków, które funkcjonują jako hotele, szpitale etc. Niewiele dalej, na kamienistej plaży robimy sobie małą drzemkę, słońce daje mocno popalić a plecaki są jakby ciężkawe
W Świeradowie jesteśmy jednak dość wcześnie, postanawiamy zjeść coś ciepłego, uraczyć się zimnym browarkiem i noc spędzić już na górze. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie w parku pod tablicą Orłowicza i ostro w górę czerwonym szlakiem, który będzie nam towarzyszył przez najbliższe dni. Asfalt, Czeszka, asfalt, Słowaczka, asfalt… Dopiero na górze gęba się uśmiecha, gdy człowiek spogląda za siebie i widzi ile przeszedł! Znów jestem w Izerach, nie byłem tu wiele razy, jednak zawsze mnie tu coś ciągnie – to ciężko wytłumaczyć. Na nocleg wybieramy Polanę Izerską i na własne oczy się przekonuję, dlaczego Izery to idealne miejsce to nocnej obserwacji nieba – bajka!
12.07. – dzień drugi
Kolejna noc mocno deszczowa, wyobrażam już sobie Podmokłą… Podczas pierwszej próby przejścia Gss-u brodziłem tam jak na jakichś torfowiskach a niewiele dalej skręciłem nogę i to był szybki koniec mojej wyprawy. Decydujemy się odbić kawałek szlakiem niebieskim, nie z obawy przed zmoknięciem, ale z nadzieją na zjedzenie słynnych naleśników z jagodami w Chatce Górzystów, w której jeszcze nigdy nie miałem okazji zawitać. Na miejscu okazuje się jednak, że jesteśmy za wcześnie, wszyscy jeszcze śpią, schron jednak otwarty i możemy skorzystać z dobrodziejstwa ubikacji