Bałkańskie, pokręcone drogi

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4263
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Bałkańskie, pokręcone drogi

Postautor: Pudelek » 03-09-2012 21:30

W tamtym roku były trzy małe kraje bałtyckie, w tym przyszła kolej na Bałkan :D Ten prawdziwy, nie z chorwackich folderów reklamowych ;) ponieważ mam sporo zdjęć i sporo przemyśleń, to relację pozwolę sobie wklejać w odcinkach :)

Bałkany - słowo klucz. To tutaj mozaika narodowościowa, kulturowa i religijna miesza się ze sobą jak karty. To tutaj mniejsze i większe krainy historyczne odcięte są sztucznymi granicami państwowymi. To tutaj co krok natrafiamy na kolejne ślady miłości a zwłaszcza nienawiści pomiędzy sąsiadami, dawniejszych i bliższych tragedii...

Większość znajomych na nasze plany reagowała czymś w rodzaju "a nie boicie się, że będą tam do was strzelać?" :D "Jugosławia? O Boże!". Chorwacja - owszem, Czarnogóra - jak najbardziej, Albania jest ostatnio modna. Ale Serbia, Macedonia i Kosowo to w Polsce nadal w dużej mierze biała plama w świadomości.

Wyjeżdzamy w sobotę 11 sierpnia. Rano na Śląsku leje. Pewno się przejaśni, mamy do przejechania dziś niemal 700 kilometrów. Wjeżdzamy do Rep. Czeskiej - leje. Wjeżdżamy na Słowację - leje coraz bardziej... w końcu gdzieś przed Bratysławą przestaje, choć nadal niebo zaciągnięte mocno. Na Węgrzech pojawia się nawet trochę słońca.

Niestety, mój polepszający się humor torpeduje decyzja o władowaniu się na obwodnicę Budapesztu, gdzie dopada nas korek gigant. Nie wiemy co jest jego przyczyną - przez ponad 2,5 godziny przejeżdżamy 9 kilometrów. Zdesperowany stają na uboczu i idę do najbliższego mostu zobaczyć, czy coś widać. Widać, owszem - dopiero wjeżdżamy w granice administracyjne Budapesztu! Tym tempem to możemy tutaj stać cały dzień!

Odbijam na ślepo w jakąś boczną drogę - nie mam mapy Węgier, więc na najbliższej stacji lustruję okoliczne szosy - nie jest źle, ta droga doprowadzi nas do jednej z autostrad, potem inną drogą, potem jeszcze inną i w końcu jakoś dojadę tam gdzie chciałem :D Niestety, z powodu czasu straconego w korku przepada zwiedzanie Kecskemét, miasta pełnego secesyjnej architektury. Trzeba będzie to odłożyć na kiedy indziej...

Po 18 przyjeżdżamy do Szeged (Segedynu), gdzie meldujemy się na kempingu położonym nad samą rzeką Tiszą (Cisą). Tutaj wydaje się, że już po sezonie - na kempingu wszystkie lokale pozamykane, ludzi prawie zero. W I połowie sierpnia :?: Na szczęście nie pada, ale od rzeki cholernie mocno wieje, boję się, czy nam nie połamie namiotu. Ogólnie jest chłodno, gdzie ta piękna wakacyjna pogoda??

Obrazek

Sam Szeged to ładne miasto, sporo tutaj zabytków. W parku odbywa się jakiś festyn (jak niemal zawsze, gdy jestem gdzieś za granicą), ale chcemy usiąść w jakiejś knajpie i zjeść coś węgierskiego. Niestety, węgierskie udaje nam się znaleźć tylko piwo, a żołądek musimy zapchać pizzą :? .

W nocy wieje trochę mniej, rano wychodząc za potrzebą trafiam na wschód słońca i niemal bezchmurne niebo!

Obrazek

Kiedy jednak budzę się nieco później znowu wszystko zaciągnięte chmurami - niech to szlag! Na szczęście stopniowo pojawiają się przebitki słoneczne i z upływem czasu rozpogadza się...

Granicę z Serbią przekraczamy bocznym przejściem w Kelebiji. Kelebija to właściwie Kelebia - dominują tutaj Węgrzy, a efektem idiotycznego wytyczenia granicy w Trianon jest podział dawnej miejscowości, której część pozostała na Węgrzech.

Tuż za Kelebiją leży Subotica, a właściwie Szabadka. Tutaj również najludniejsi są Węgrzy. Jaka cała Wojwodina, miasto to spory tygiel narodowościowy - oprócz nich i Serbów mieszkają tutaj m.in. Buniewcy (z których część uważa się za Chorwatów a część za osobny naród), Chorwaci właściwi, "Jugosłowianie", Czarnogórcy i Romowie, a kiedyś także liczni Niemcy.

Subotica to zieleń i secesja. W katolickiej katedrze odbywa się jakieś uroczyste nabożeństwo, a wokół przechadzają się tłumy ludzi, wielu w (prawdopodobnie) węgierskich strojach ludowych.
Obrazek

Przy przepięknym, ogromnym ratuszu też jakaś impreza, więc postanawiamy ją uczcić konsumując miejscowe pączki :) A potem trzeba wrócić do auta, bo przed nami jeszcze zwiedzanie Nowego Sadu (Újvidék). Stolica Wojwodiny i drugie największe miasto Serbii to także niezła mieszanka narodowościowa - Serbowie, Węgrzy, Rusini, Słowacy...

Miasto eleganckie, ze stylowym deptakiem, leży nad Dunajem, a naprzeciw wznosi się potężna twierdza Petrovaradin.
Obrazek

Swoją warownię mieli tutaj już Rzymianie. Potem siedzieli tutaj Węgrzy i Turcy, rozbudowali Habsburgowie, którzy trzymali w niej pod kluczem m.in. Titę. Chodzić można po niej cały dzień i obserwować mosty nad rzeką, wszystkie zniszczone przez pociski NATO w 1999 roku. Na jednym z nich zginął przypadkowy przechodzień, o czym przypomina stosowna tablica przed obudowanymi konstrukcjami...

Z Nowego Sadu kierujemy się ostro na południe. Na budowanej obwodnicy Belgradu przekraczamy rzekę Sawę, do 1920 roku granicę między państwem Habsburgów a Serbią, i dopiero teraz wjeżdżamy na geograficzne Bałkany :).

Serbskie autostrady są znacznie mniej tłoczne niż polskie, ale asfalt raczej średniej jakości. Prawym pasem właściwie nie da się jechać bez trzęsawki. Tu i ówdzie pędzącym autom przyglądają się psy - zastanawiałem się skąd ich tyle przez drodze, skoro są siatki? Okazuje się jednak, że przy stacjach benzynowych w siatkach są furtki, ciągle otwarte, więc psy swobodnie sobie łażą tam i z powrotem.

Pod wieczór docieramy do Niszu, stolicy południowej Serbii, miejsca urodzenia cesarza Konstantyna i Justyna I. Historia miejscowości to kolejne bitwy i masakry, oswobodzenie z rąk Turków dopiero w 1877 rok, nazistowski obóz koncentracyjny i wreszcie tragiczne naloty NATO z 1999 roku - 7 maja trzy pociski minęły cel i spadły na centrum miasta, zabijając 14 osób. Nisz jest też czasem określany jako jedna ze stolic serbskiego nacjonalizmu, a na głównym placu niemal bezustannie organizuje się jakieś manifestacje. W 2004 roku w odpowiedzi na albańskie ataki na cerkwie w Kosowie podpalono tutaj meczet - szkoda, że za ludzkie głupoty często cierpią zabytki.

W Niszu zaszalałem i zaklepałem sobie hostel - niemal tuż przy głównym placu, naprzeciwko wspomnianego meczetu z XVIII wieku, a niedaleko synagogi. Hostel całkiem sympatyczny, oprócz nas bodajże 3 turystów. Samochód parkujemy niemal pod komisariatem policji, uspokojeni, że zagranicznym samochodom nie wlepiają mandatów za brak opłaconej opłaty parkingowej :D

Ruszamy na wieczorne poszukiwanie jakiegoś lokalu z serbskim żarciem i trafiamy do wypasionej restauracji "Stara Serbia" - tutaj żadnej pizzy nie serwują :D W lokalu sporo snobów którzy nawet sami nie umieją sobie dolać piwa z butelki do kufla i czekają, aż zrobi to kelner. Za to ceny... śmiesznie niskie! Aż nie umiałem uwierzyć, że w takim miejscu można zjeść za taką kasę!

Obrazek

Po obfitym posiłku idziemy jeszcze zobaczyć kolejną twierdzę - turecką, z XVIII wieku. Odbywa się znów jakiś festyn, więc postanawiamy wrócić na spokojnie rano.

Obrazek

W środku, oprócz syfu i bezdomnych psów, zachowało się sporo zabytków - turecki hammam z XV wieku, meczet z XVI wieku, pozbawiony minaretu obok resztek rzymskich łaźni, lapidarium z rzymskimi nagrobkami... Inną atrakcją Niszu, oprócz pozostałości po rzymskim pałacu, jest tzw. Wieża Czaszek. Atrakcja dość makabryczna - w 1809 roku Turcy użyli czaszek martwych serbskich powstańców jako elementu zaprawy do konstrukcji wieży "ku przestrodze". Po wypędzeniu Turków Serbowie wieżę obudowali i stworzyli z niej kaplicę. Z dawnych 952 czaszek pozostało kilkadziesiąt, w tym przywódcy rebelii z tego okresu...

Niestety, Wieża jest zamknięta (poniedziałek), ale chęć zarobienia na lewo sprawia, że pani z zamkniętej kasy wpuszcza nas do środka.

Obrazek

Opuszczamy Nisz i przez pasmo górskie Kukavica (autostrada kończy się za Niszem, dalej jest już normalna droga) jedziemy do naszego głównego celu wyprawy, do Macedonii...
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Raubritter
bardzo stary wyga
Posty: 2089
Rejestracja: 26-01-2008 22:49
Lokalizacja: Poznań

Postautor: Raubritter » 03-09-2012 23:37

Człowieku - nie zasnę dopóty, dopóki czegoś nie zjem przez to zdjęcie z kiełbaskami! Wyglądają wspaniale! A jak musiały pewnie smakować... :o

Zazdroszczę Ci tych bałkańskich smaków!
Opatrz jeno – rzekł Szarlej, zatrzymując się. – Kościół, karczma, bordel, a w środku między nimi kupa gówna. Oto parabola ludzkiego żywota.

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4263
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 04-09-2012 08:51

Raubritter pisze: A jak musiały pewnie smakować... :o


cevapcici, a w Macedonii kebapcici :D później się okazało, że dzień bez tej przegryzki to był dzień stracony ;) o tyle fajnie, że z każdego rusztu czy z każdej budki smakowały ciut inaczej
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

miles59
podróżnik
Posty: 122
Rejestracja: 09-03-2012 13:51
Lokalizacja: blizej morza

Postautor: miles59 » 04-09-2012 11:39

Ciekawa relacja, dobrze się czyta i ogląda.
Czekam na więcej :)

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4263
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 04-09-2012 19:02

Macedończycy to mają przerąbane, gorzej nawet niż Polacy - ich naprawdę z sąsiadów nikt nie lubi. Grecy - wiadomo, uważają, że nie ma innej Macedonii niż grecka i koniec. Żeby było śmieszniej - antyczni Grecy Macedończyków i samego Aleksandra uważali za barbarzyńców i mocno się wzbraniali, aby ich uznać za prawdziwych Greków, a dzisiaj są naukowcy, którzy twierdzą, że współcześni Grecy to w większości tak naprawdę... zhellenizowani Słowianie :lol: Bułgarzy uznają Macedończyków za taki bułgarski szczep, a język macedoński za odmianę bułgarskiego. Zresztą już w XIX wieku próbowali całą dzisiejszą Macedonię włączyć w swoje granice. Albańczycy z Albanii i Kosowa darzą Macedończyków nieufnością, a ci z samej Macedonii najchętniej by się od Skopje oderwali - w latach 2001-2002 wybuchła ich zbrojna rebelia w północnej części kraju. Rząd macedoński przy pomocy siły i negocjacji zdołał ją zdusić, ale wzajemne stosunki nadal są napięte - nawet w tym roku dochodziło do starć. Serbowie wkurzyli się na Macedończyków, kiedy ci uznali Kosowo (na złość Serbom oczywiście), ale i przedtem sielanki nie było, bo w opinii co bardziej radykalnych serbskich polityków Macedonia jest częścią Wielkiej Serbii.

Uff, po prostu Bałkan :!:

Sam kraj leży nieco na uboczu - obok Kosowa była to najbiedniejsza część dawnej Jugosławii. Turyści traktują go głównie jako tranzyt do Grecji (podobnie jak Serbię), jedynie w okolicach jez. Ochrydzkiego jest ich trochę więcej. I niech tak pozostanie, nie ma nic gorszego niż najazd tłumów...

Na granicy serbsko-macedońskiej korek na pół godziny. Niby niedużo, ale byłby na 10 minut, gdyby serbscy pogranicznicy robili to, co do nich należy, a nie zbijali bąki. Po przekroczeniu granicy rzuca się od razu kilka zmian.

1) ciut lepsze drogi. Gorsze niż w Serbii są chyba tylko w Kosowie
2) cyrylica. Tak, w Serbii też jest cyrylica, ale najczęściej obok niej pojawia się napis w alfabecie łacińskim - w Macedonii bywa z tym różnie
3) minarety i meczety. Muzułmanie to ponad 1/3 mieszkańców (nie tylko Albańczycy, ale też Turcy i muzułmańscy Macedończycy), więc meczety są wszędzie.
Czwarte spostrzeżenie przyjdzie z czasem odnośnie umiejętności językowych mieszkańców Macedonii.

Jeśli ktoś sądzi, że bramki na autostradach w Polsce są za często, to zapraszam do Macedonii - tam zdarzają się i co 15 kilometrów. Płacimy w denarach, albo, "na wyczucie" w euro.

Mijamy obwodnicę Skopje z widokami na okoliczne góry.
Obrazek

Potem niemal staję w polu z braku paliwa, ponieważ nie spodziewałem się, że przy drugiej głównej autostradzie kraju stacje będą tak rzadko rozmieszczone :evil: Ostatecznie udaje mi się zatankować na jakiejś podejrzanej, nieoznakowanej stacyji (obsługują mnie 2 osoby - pan kasuje, pani tankuje :D) i drżę, co oni mi tam właściwie wlali...

Pierwszy macedoński cel to Tetovo. Stolica macedońskich Albańczyków i krajowej przestępczości, do tego miasto uważane za najtrudniejsze do przejechania samochodem z powodu miejscowych kierowców.

Ruch faktycznie można opisać jako "chaos" i "miej oczy w d..e", ale w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Pasów tyle co aut, ludzie jeżdzą jak chcą, przepisy to może i są, ale nikt nie przestrzega itp.. To trzeba zobaczyć na własne oczy, bo żadne zdjęcia tego nie oddadzą. I oczywiście - żadnych drogowskazów - to norma większości macedońskich miast. Po prostu jedziesz na wyczucie. Najczęściej prosto. Z reguły się sprawdzało :)
Obrazek

Nie przyjechaliśmy tu jednak sprawdzać umiejętności kierowcy, ale obejrzeć Kolorowy meczet z XV wieku.
Obrazek

Jego ściany przypominają karty do gry. Podobno w środku też taki barwny, ale drzwi są zamknięte. Klucznik ma się zjawić o 16. Spacerujemy po okolicy, wzbudzając sensację miejscowych - turystów, a zwłaszcza blondynek, to chyba nie widują zbyt często. No jasne, gdzie zaparkowaliby autokar, skoro ciężko postawić motor? :D

Tetovska architektura to, jak pisał mój kolega na j. polskim - chałos. No, ale Makdonalda mają!
Obrazek

Po 16 klucznika oczywiście nie ma, więc niepocieszeni musimy jechać dalej. Opuszczamy Tetovo i przez rozmaite miejscowości (bez nazw, bo miejscowi chyba kolekcjonują tablice z ich nazwami - często widać, że je ktoś odkręcił) i mniejsze lub większe górki kierujemy się nad jezioro Ochrydzkie.

Znalazłem w sieci namiary na coś określające się jako "ośrodek pionierski". Udaje nam się trafić, dwóch chłopaków na bramie w ciężkim szoku widząc zagraniczny samochód. "Ośrodek pionierski" okazuje się czymś w rodzaju PRL-owskich ośrodków pracowniczych nad morzem. Stoją tutaj domki, przyczepy na stałe, blaszane budy, w jakich w Polsce mieszkają ludzie po eksmisjach albo zniszczeniu mieszkań, jest sypiąca się stołówka z wyznaczonymi godzinami posiłków, bar itp.. Widać ludzie przyjeżdzają tutaj ci sami od lat, większość się zna. 95% to obywatele Macedonii. Pozostałe 5% to Serbowie albo Macedończycy z Serbii. Jedynymi prawdziwymi cudzoziemcami jesteśmy my :D Zero komercji pod bogatych burżujów :)

Chciałem spać pod namiotem, ale od jeziora mocno wieje, więc pytamy się o jakiś domek. Jest, jeden wolny. Cena - niecałe 40 zł za 2 osoby. Fajnie, zakładałem do 80 zł :) Domek okazuje się rozwalającą się przyczepą, ale oczywiście bierzemy :D

Obrazek

najbardziej podobał mi się stolik przed przyczepą - służył głównie za podstawkę pod piwo albo moje mokre gacie ;)
Obrazek

cholewcia, chyba sobie w namiocie nie pośpimy :) Potem nastąpił mniej przyjemny, zwłaszcza dla Teresy, moment, kiedy obejrzeliśmy toalety - to oczywiście dziura w ziemi z miejscami na nogi. Podobno bardziej higieniczne. Tylko jak w takiej pozycji czytać gazetę :?: :!: Ogólnie to łazienka nieco ekstremalna, prysznice 2 godziny dziennie. Ale po co prysznic, skoro obok jest jezioro! Zresztą coś za coś, co przyznaje później nawet Teresa. Jak wspomniałem - jako jedyni cudzoziemcy wzbudzamy sensację. Zaczepiają nas (w pozytywnym znaczeniu) na plaży, w kiblu, w knajpie (zwłaszcza jak czytałem "Życie seksualne papieży" ;)).

A w knajpie znowu jedzenie taniutkie. Kelner oczywiście mówi po angielsku - kelnerka również. Smacznie. Piwo świetne. Jak już mamy płacić rachunek to na stole lądują dwa świeżo napełnione kufle.
- Nie zamawialiśmy!
- To od szefa!

Pieprzę sedesy z miejscami do czytania, jeśli tutaj można poczuć się tak miło zaskoczonym i choć trochę zobaczyć, jak wypoczywają i się bawią miejscowi we własnym gronie.

bar w porannym słońcu, odpoczywający po nocnych szaleństwach
Obrazek

A jutro - zwiedzanie Ochrydu - miasto, podobnie jak jezioro, jest wpisane na listę UNESCO...
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 5007
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Postautor: buba1 » 04-09-2012 19:53

Pudelek pisze:[

Znalazłem w sieci namiary na coś określające się jako "ośrodek pionierski". Udaje nam się trafić, dwóch chłopaków na bramie w ciężkim szoku widząc zagraniczny samochód. "Ośrodek pionierski" okazuje się czymś w rodzaju PRL-owskich ośrodków pracowniczych nad morzem. Stoją tutaj domki, przyczepy na stałe, blaszane budy, w jakich w Polsce mieszkają ludzie po eksmisjach albo zniszczeniu mieszkań, jest sypiąca się stołówka z wyznaczonymi godzinami posiłków, bar itp.. Widać ludzie przyjeżdzają tutaj ci sami od lat, większość się zna. 95% to obywatele Macedonii. Pozostałe 5% to Serbowie albo Macedończycy z Serbii. Jedynymi prawdziwymi cudzoziemcami jesteśmy my :D Zero komercji pod bogatych burżujów :)

Chciałem spać pod namiotem, ale od jeziora mocno wieje, więc pytamy się o jakiś domek. Jest, jeden wolny. Cena - niecałe 40 zł za 2 osoby. Fajnie, zakładałem do 80 zł :) Domek okazuje się rozwalającą się przyczepą, ale oczywiście bierzemy :D

Obrazek

najbardziej podobał mi się stolik przed przyczepą - służył głównie za podstawkę pod piwo albo moje mokre gacie ;)
Obrazek

cholewcia, chyba sobie w namiocie nie pośpimy :) Potem nastąpił mniej przyjemny, zwłaszcza dla Teresy, moment, kiedy obejrzeliśmy toalety - to oczywiście dziura w ziemi z miejscami na nogi. Podobno bardziej higieniczne. Tylko jak w takiej pozycji czytać gazetę :?: :!: Ogólnie to łazienka nieco ekstremalna, prysznice 2 godziny dziennie. Ale po co prysznic, skoro obok jest jezioro! Zresztą coś za coś, co przyznaje później nawet Teresa. Jak wspomniałem - jako jedyni cudzoziemcy wzbudzamy sensację. Zaczepiają nas (w pozytywnym znaczeniu) na plaży, w kiblu, w knajpie (zwłaszcza jak czytałem "Życie seksualne papieży" ;)).

A w knajpie znowu jedzenie taniutkie. Kelner oczywiście mówi po angielsku - kelnerka również. Smacznie. Piwo świetne. Jak już mamy płacić rachunek to na stole lądują dwa świeżo napełnione kufle.
- Nie zamawialiśmy!
- To od szefa!

Pieprzę sedesy z miejscami do czytania, jeśli tutaj można poczuć się tak miło zaskoczonym i choć trochę zobaczyć, jak wypoczywają i się bawią miejscowi we własnym gronie.

bar w porannym słońcu, odpoczywający po nocnych szaleństwach
Obrazek
..


Pudel, ale mi zareklamowales Macedonie!!! :D Zero komercji i burzujow, piwo gratis, klimat z PRL-u i prawdziwe miejscowe klimaty!

Jesli pojade kiedys na Balkany to znam juz jedno miejsce ktore bedzie mialo nr 1 na liscie "koniecznie odwiedzic" :D :D :D
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
Michał
Moderator
Posty: 2050
Rejestracja: 15-12-2007 02:18
Lokalizacja: Kędzierzyn Koźle

Postautor: Michał » 04-09-2012 21:32

Bardzo fajna wyprawa, podobnie jak Buba też mam na tapecie Bałkany, może za rok, może za dwa...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4263
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 06-09-2012 12:41

wtorek rano (4 dzień wyjazdu), rozpoczynam od szybkiej kąpieli w jeziorze Ochrydzkim. To najstarsze jezioro w Europie i jedno z najstarszych na świecie, jednocześnie jeden z największych rezerwuarów wody pitnej i najgłębszy na Bałkanach. Do tego 200 endemicznych gatunków (większość ryb). Macedońskie morze. Naprawdę, Macedończycy nie mają czego zazdrość sąsiadom z dostępem do morza, bo widoki są tutaj przepiękne - góry schodzące wprost do wody.

widok z plaży ośrodka w kierunku Ohridu - na wzgórzu wznosi się twierdza
Obrazek

i widok w kierunku Strugi, gdzieś tam za kolorowymi łódkami
Obrazek

jest rano, więc woda jeszcze chłodna, ale już nie zimna - świetny prysznic.

Do miasta jest stąd w linii prostej może z 2,5 km, ale ścieżkę widziałem tylko na zdjęciach z satelity, więc idziemy tam nieco na oko - najpierw po wysuszonej polance, gdzie intensywnie pachnie padlina, potem znowu wzdłuż jeziora. Tutaj już nie jest tak czysto, jak u pionierów - między ludźmi grającymi w karty (wyglądało mi to na remika - to chyba w całym bloku wschodnim grali? :D) śmieci, syf, butelki w wodzie, parę metrów dalej rozpadające się altanki i budy "działkowe".
Obrazek

kawałek dalej coś w rodzaju plaży, szerszej, z aleją drzew. Zaraz obok siebie eleganckie leżaki do smażenia ciała, panie wylewające na siebie olej, rozpadające się chałupy, sterty śmieci (jest kosz, ale wszyscy rzucają obok - skąd ja to znam?), a centralnym punktem są rozkładające się zwłoki dużego, czarnego psa, nad którym latają całe armie much...

jeszcze kawałek dalej okolica zmienia się na bardziej uporządkowaną, jakieś ośrodki nieco o wyższym standardzie od pionierskiego, ale zaczynają się płoty, więc wychodzimy na prawie asfaltową ulicę i włazimy do dzielnicy muzułmańskiej (albańsko-tureckiej). Klimaty znane: zrujnowane chałupy (choć jest też sporo lepszych na wynajem), gruchoty aut, meczety, no i oczywiście wszechogarniający wszystko syf.

W pewnym momencie kompletnie już nie wiem, gdzie jesteśmy i wtedy nagle pokazuje się tabliczka prowadząca na górę do twierdzy - nareszcie, jest przed 11, upał zwala z nóg i dobrze by było przestać łazić na ślepo.

Docieramy do Górnej Bramy murów miejskich i wchodzimy do miasta Ochryda.
Obrazek.

Najładniejszy ośrodek miejski w kraju, zamieszkały podobno od 7 tysięcy lat. Osady założyli tu Grecy, potem Rzymianie. Biegła tędy antyczna Via Egnatia. Chrześcijaństwo przybyło tutaj długo przed Słowianami, bo już w IV wieku. W następnych wiekach przez krótki okres było nawet stolicą słowiańsko-bułgarskiej Macedonii i siedzibą arcybiskupstwa sięgającego Salonik. To tutaj św. Klemens miał stworzyć cyrilicę. Następnie długo siedzieli tutaj Turcy, od 1912 w granicach Serbii, SHS, Jugosławii, socjalistycznej Macedonii i wreszcie niepodległego kraju. To właściwie jedyne miejsce, gdzie można spotkać większe ilości turystów, ale na szczęście można od nich uciec.

Według legendy w Ochrydzie było kiedyś tyle cerkwi ile dni w roku - obecnie jest ich znacznie mniej, ale na tyle dużo, aby się kompletnie wymieszały w pamięci. Do tego niemal wszystkie mają płatny wstęp, więc wybrałem tylko kilka najważniejszych, aby do końca nie oszaleć.

Na pierwszy rzut oka poszła cerkiew niedaleko murów - cerkiew Bogurodzicy i Klimenta. Z zewnątrz nieciekawa, obudowana XX-cznymi ścianami, ale w środku ma piękne freski z XIII-XIV wieku, uważane za jedne z najpiękniejszych na Bałkanach.
Obrazek

zdjęć oczywiście robić w środku nie wolno, jak niemal wszędzie. Różnie to się tłumaczy, ale pani, która nas oprowadzała (oczywiście mówiła po angielsku), dodała z przepraszającym uśmiechem, że "góra" chce zarabiać na pocztówkach. Czy oni nie rozumieją, że zdjęcie robię dla własnej satysfakcji a jeśli będę miał ochotę, to pocztówkę kupię tak czy siak :?:

Kolejnym celem, świeckim, jest wspomniana twierdza cara Samuela - władca ten, który ustanowił w mieście stolicę swego państwa, wybudował ją w X wieku na miejscu starożytnej. Potem, jak zawsze, rozbudowali ją Osmanowie. Dzisiaj zostały tylko mury i baszty, w środku nic ciekawego, ale warto wejść z powodu widoków na miasto i jezioro.
Obrazek
Obrazek

w środku spotykam ludzi z Polski - indywidualnie i grupowo. Od grupy oczywiście uciekamy, bo pieprzą jak potrzaskani. Przewodnik chwali się, że załatwił im promocyjną cenę biletu - 30 denarów. Hmm, też tyle płaciłem przed chwilą... fakt, para z Polski przed nami płaciła 100% więcej - więc albo się kasjerowi spodobaliśmy (może lubi długowłosych :D), albo tamci czymś podpadli :D

Z twierdzy schodzimy w dół, do potężnej cerkwi, widocznej z murów, nad urwiskiem.
Obrazek

Cerkiew św. Klimenta okazuje się być całkiem nową konstrukcją, sprzed dekady - jakże odmienną od katolickich współczesnych kościołów, będących najczęściej potworami architektonicznymi. Powstała na gruzach starej cerkwi z IX wieku, zniszczonej potem przez Turków, ale wyposażenie ma współczesne. Dookoła ruiny bazyliki wczesnochrześcijańskiej z odkrytymi mozaikami (znajome znaki).
Obrazek

Kiedyś wokół istniał potężny ośrodek uniwersytecki, teraz chcą go odbudowywać, ale plany wyglądają koszmarnie - szpetne budynki a między nimi pomnik świętego, podobny do monstrualnych pomników papieskich.

Cerkiew nr 3 to najbardziej chyba znana świątynia miasta, jedna z jego ikon (i folderów turystycznych), położona tuż nad jeziorem, św. Jana Kaneo.
Obrazek

Po raz trzeci spotykamy polską wycieczkę, ogólnie dużo tu ludzi. Wnętrze sobie darujemy, bo freski ciemne i mało widowiskowe. Napełniamy butelki zimną wodą i idąc w kierunku kolejnego przybytku, podziwiamy pływające tutaj stateczki z turystami oraz Polaka, który z dumą opowiadał, że skacząc zahaczył nogami o skały...
Obrazek

do czterech razy sztuka - czas na sobór św. Zofii z XI-XIV wieku. Freski z XI wieku są tutaj porównywalne tylko z tymi z Kijowa, ocalały w niezłym stanie znowu dzięki Turkom, którzy je zamalowali.

A obok, nie patrząc na świętość tego miejsca, wesoło baraszkują żółwie :)
Obrazek

Cerkwi tu jeszcze sporo, ale na dzisiaj starczy, bo obejrzymy ich jeszcze wiele. Wąskimi uliczkami idziemy w kierunku głównego deptaku...
Obrazek

zanim to jeszcze nastąpi to wstępujemy do kolejnego świeckiego obiektu - antycznego teatru z II p.n.e.. To jedyny w Macedonii teatr wybudowany przez Greków (pozostałe są rzymskie). Mieścił 5 tysięcy widzów, odkopano go dopiero w ubiegłym wieku.
Obrazek

ciekawostką jest fakt, że na niektórych siedzeniach zachowały się inskrypcje, wyryte przez starożytnych widzów - musieli mieć stałe miejsca, bo wykuwali swe imiona i nazwiska.

Teatr to także miejsce na pierwsze dzisiaj zimne piwo, które w tym żarze jest jak nektar bogów :D nie przeszkadza w tym nawet fakt, że puszka Skopska śmierdzi jak by ją maczano w ...

na deptaku dziki tłum i drożyzna, choć jak się spojrzy w kąt, to można zobaczyć np. drzemiącego słodko malucha
Obrazek

uciekamy szybko do położonej niedaleko dzielnicy muzułmańskiej - tam spokojniej, też jest deptak, ale klimat inny - sypiące się budynki, zieleń, mnóstwo lokali z tanim jedzeniem i słodyczami, kelnerzy dowożący czaj na rowerze w dowolne miejsce :)
Obrazek

siadamy w jednym z albańskich lokali - główny wyznacznik na tej wyprawie, jak i na każdej - to miejscowi. Jest też kilka Amerykanek, które drą ryja, emocjonując się zakupami (może worki kartoflane kupowały?) i co kilka słów wtrącając "disgusting". Wreszcie idą, a my możemy się delektować jedzeniem - tradycyjnie cevapcici w lokalnej formie (czyli kjebapi)

Obrazek

Cena za talerz - ok. 6 złotych. Grillowany chleb gratis, sałatka w podobnej cenie co mięso, piwo chyba najdroższe. Kelner bardzo zdziwiony, że dostał napiwek. Ogólnie - jak znajomi jeżdzący do Chorwacji usłyszeli ceny, to z krzykiem wybiegli z domu... :D

Przez dalszą część dzielnicy muzułmańskiej wracamy do pionierów, gdzie czeka na nas jezioro i wieczorne ucztowanie w barze - wszak trzeba nabrać sił na jutro :twisted:
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Michał
Moderator
Posty: 2050
Rejestracja: 15-12-2007 02:18
Lokalizacja: Kędzierzyn Koźle

Postautor: Michał » 06-09-2012 17:47

Czy boczne/ lokalne drogi są w miarę utwardzone, czy glina i piach? I czy wszędzie są wsciekłe góry? Pytam się pod kątem rowerów.

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4263
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 06-09-2012 18:06

zależy co masz na myśli "boczne". Pamiętając jakie miałem drogi w tamtym roku na Łotwie, starałem się raczej trzymać głównych tras. Ale np. o czym będę za niedługo pisał, w pewnym momencie trafiliśmy na zamkniętą ekspresówkę (czegoś takiego jak objazd tam nie ma) i wbiłem na jakąś kompletnie zapuszczoną - kilkanaście kilometrów bruku.

Ogólnie to raczej powinny być utwardzone, piasku i glin praktycznie nie widziałem.

A góry, cóż... Macedonia to prawie same góry i doliny, w których leżą miejscowości i szlaki komunikacyjne. Serbia, po przekroczeniu linii Dunaju i Sawy - również, choć te doliny są bardziej szerokie. Bośnia to też właściwie góry, góry, góry - podobnie jak Kosowo. Jednak ktoś tam na rowerach jeździ, rowerzystów z Polski spotkałem na macedońsko-kosowskim przejściu granicznym :)
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

gar
stary wyga
Posty: 1516
Rejestracja: 29-01-2006 16:14
Lokalizacja: Ruda Śląska

Postautor: gar » 08-09-2012 15:53

Do Ochrydy wciaz nie moge dotrzec, ale podobno na wszystko przychodzi czas.
Kilka dni temu tez odwiedzielem Cele Kula w Niszu a za kilka dni melduje sie w Smederewie (twierdza na terenie Serbii).
Pozdrowienia z Balkanow[/list][/list]
Wszystko co piękne jest przemija, wszystko co piękne jest zostaje ...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4263
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 10-09-2012 20:32

do Smeredeva nie dotarliśmy, zabrakło czasu, ale jeśli znowu zawitam do Serbii (a z pewnością to będzie miało miejsce) to na pewno chcę tam dotrzeć :)
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4263
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 11-09-2012 13:04

środa to dzień objazdu jeziora dookoła - ponieważ 1/3 należy do Albanii, odwiedzony zostanie, choć na kilka godzin, również ten kraj. Granica biegnie około 30 kilometrów od Ochrydu - po drodze mija się mniejsze lub większe wioski, żyjące z turystów - sporo tutaj kwater (ludzie wręcz rzucają się na samochody z kartkami "sobe"), hoteli, penzionów, lokali i plaż. Niektóre bardzo zachęcające.

Obrazek

Niedaleko samej granicy znajduje się kolejne miejsce, obecne na większości macedońskich pocztówek - klasztor (monastyr) Sveti Neum. Położony na malowniczej skarpie, nad samym jeziorem, z pięknym widokiem na góry - powstał w XVI/XVII wieku w miejscu starszego, z 9. stulecia, zburzonego przez Turków. Budowniczy monastyru, św. Neum, został tutaj pochowany - dotknięcie jego grobowca przynosi ponoć szczęście. Spróbowałem! Nadal żyję, więc w sumie mam szczęście :D

Obrazek

Renoma klasztoru i położenie sprawiła, że to miejsce mocno turystyczne - płatny, zapchany parking, autobusy, sporo stoisk z pamiątkami i jedzeniem, dużo ludzi... jednak warto tutaj zajrzeć, bo czasem jest dziura pomiędzy napływem tłumów, a freski, choć tylko z XIX wieku, także cieszą oko.

Obrazek

Ciekawostką związaną z tym miejscem jest fakt, że obok monastyru do jeziora wpada rzeka Czarny Drin - przepływa :!: przez całą jego długość i wypływa po drugiej stronie koło Strugi. Inna ciekawa rzecz - kompleks klasztorny do 1912 roku (czyli od czasu uzyskania niepodległości przez Albanię) do 1925 leżał na jej terenie. Potem Ahmed Zogu, albański dyktator-prezydent, późniejszy król, przekazał go Królestwu Serbów, Chorwatów i Słoweńców jako gest dobrej woli i podziękowanie za pomoc w dojściu do władzy...

Dzisiejsza granica jest kawałek dalej - aut niewiele, sporo ludzi dojeżdża czymś do przejścia, przechodzi na piechotę i z drugiej strony znowu czeka na jakiś transport. Macedończycy spławiają nas szybko, trochę czekam na albańską pograniczniczkę, skrupulatnie sprawdzającą, czy na pewno jestem właścicielem samochodu.

Albania - kraj legenda. Klany, góry, najbardziej odizolowany kraj świata z opętanym maniami satrapą na czele, który w czasie swoich rządów pokłócił się i zerwał kontakty chyba ze wszystkimi. Hodża próbował stworzyć państwo samowystarczalne, ale mu nie wyszło. Ogłosił Albanię pierwszym na świecie krajem w pełni ateistycznym (nawet Mao i Kim Mir Sen tego nie zrobili). Kraj, w którym w latach 90. XX wieku piramidy finansowe doprowadziły niemal do bankructwa, zamieszek i kompletnej anarchii (co to za pikuś przy Amber Gold :D).

A dzisiaj to kraj bardzo popularny wśród indywidualnych podróżników, w niektórych środowiskach koniecznie wypada w nim być.

Albańskie wybrzeże Ochrydu jest jednak mało albańskie - stosunkowo czyste i dość zamożne. Tylko chaos na drogach został ten sam. Początkowo chciałem najpierw pojechać do Korczy, ale w Pogradcu jadąc, jak wydawało mi się, główną drogą, znalazłem się na ślepej pod jakimś hotelem. Potem drogi jednokierunkowe. Policjanci tłumaczyli mi coś po włosku, ale języka piłkarskich symulatorów dawno zapomniałem... Ostatecznie Korczę odpuściłem i pochodziliśmy po Pogradcu.

Okolice zamieszkują ludzie od kilku tysięcy lat (trudno się dziwić - przy takich widokach!), ale w samym mieście trudno szukać zabytków. Pogradec to przede wszystkim kurort, jedyny albański nad Ochrydem, dłuuuugi deptak i plaża z dziesiątkami łodzi do wynajęcia, pomostów, sklepików, knajpek itp.

Obrazek

Dużo się buduje, w większości strasznie szpetnie budynki, widać, że do wyburzenia idzie coraz więcej starych domów. Cóż, taka karma krajów próbujących dogonić te bogatsze...

Ponieważ żar wali z nieba niemiłosierny, siadamy wśród setek miejscowych między wysokimi drzewami, tuż przy plaży - stoliki pod gołym niebem, a między nimi dym z niezliczonych grillów i piecyków, przyrządzających ichniejszą wersję cevapcici, kebapi i innych przysmaków...

Obrazek

Powstaje problem, kiedy próbuję kupić na pamiątkę albańskie piwo - po pierwsze, nigdzie nie ma puszek, ani butelek - tylko same duże plastikowe opakowania. Po drugie, gdy je w końcu kupuję, okazuje się piwem... z Kosowa. No dobra, tam też w końcu mieszkają Albańczycy...

Pogradec opuszczamy po obfitym objedzie i spokojnie objeżdżamy jezioro (inaczej niż spokojnie się nie da, aby nie zostawić podwozia gdzieś na drodze :P). Widoki piękne, szczególnie na macedońskie góry wznoszące się po drugiej stronie.
Obrazek

gdzie okiem sięgnąć to bunkry - najbardziej znana obsesja Hodży. Z miliona planowanych powstało 700 tysięcy - po jednym dla każdej rodziny. Dla tak biednego kraju to musiały być niewiarygodne koszta - trudno się dziwić, że gospodarka była w ciągłej zapaści, nawet jak na komunistyczne realia.

Są bunkry małe i duże...
Obrazek

...bunkry graffiti...
Obrazek

...bunkry plażowe...
Obrazek

...i tysiące innych. Gdyby zaatakował Tito (to on był głównym wrogiem), Breżniew, Mao albo któryś z wrażych kapitalistycznych imperialistów cały kraj zszedłby do podziemia i walczył aż do ostatecznego zwycięstwa. I tylko niezłomna postawa przywódcy Albańskiej Partii Pracy sprawiła, że inwazję w ostatniej chwili odwołano :!:

Mijam kolejne bezimienne wioski (tutaj też ktoś kolekcjonuje tablice miejscowości), wjeżdżam na nowiuśką drogę, której nie ma na żadnej mapie. Na szczęście nie wyprowadza mnie na manowce (prowadzi przez góry do Tirany) - mogę jeszcze spojrzeć z wyższej wysokości na wybrzeże (na zdjęciu albańska miejscowość, w której większość stanowią Macedończycy - w końcu to Bałkan ;) )...
Obrazek

...i ponownie staję na przejściu granicznym, tym razem z drugiej strony. Macedoński celnik jest jakiś upierdliwy, Szwajcarowi przede mną każe pokazywać manatki z bagażnika, mnie dopytuje ile dni będę w Ochrydzie.
- Dwa - odpowiadam uprzejmie, a w duszy myślę, że g...o go to obchodzi, bo mogę być i 30 i psinco mu do tego...
- Turyści? - pada kolejne głupie pytanie.
Nie, kurna, kosmici...

Zniesmaczony zjeżdżam w dół, do macedońskiego brzegu, aby zajrzeć jeszcze do Strugi, drugiego dużego ośrodka osadniczego po macedońskiej stronie. Nie podoba mi się jednak tam wcale, to jeden wielki deptak hoteli, restauracji, dyskotek i tłumów imprezowiczów. Sterty śmieci same klimatu nie stworzą, więc na kolację i butelkę miejscowego wina wracamy do pionierów... :)
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 4263
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 14-09-2012 16:40

czwartek to dzień, w którym góry będę mógł podziwiać nie tylko oczami, ale też choć przez chwilę innymi częściami ciała :D

wokół jeziora rozciąga pasmo gór Galičica, z najwyższym szczytem Magaro (2255) - z różnych przyczyn nie wspinamy się jednak na niego, ale wybieramy krótszą wyprawę na inny szczyt.

Zanim jednak do tego dojdzie, zatrzymujemy się przy dziwnej osadzie na palach, którą zauważyliśmy dzień wcześniej jadąc do Albanii (droga w góry pokrywa się częściowo z drogą do granicy).

Obrazek

jest to tzw. Muzeum na Wodzie w Zatoce Kości. Rekonstrukcja osady z epok od brązu do żelaza (wówczas styl budowania nie zmieniał się tak bardzo). We wspomnianej zatoce odkryto tysiące resztek po palach, podtrzymujących wioskę oraz wiele przedmiotów użytku codziennego, dzięki którym można było dokonać rekonstrukcji osady.

Początkowo mam obawy, czy nie jest to typowy kicz dla zagranicznych turystów, jak "średniowieczne grody" stawiane w Polsce, ale z wizyty jestem zadowolony: w niewielkim muzeum prezentowane są znaleziska, dobrze opisane, wyświetlany jest całkiem ciekawy film.

Sama osada składa się z 24 budynków, podtrzymywanych przez 3346 pale.
Obrazek

Większość to obiekty mieszkalne z częścią gospodarczą, kwadratowe lub prostokątne, jest też kilka okrągłych, w których odbywały się zebrania starszych lub ceremonie religijne.

Chaty zbudowane są z gliny i drewna, w środku pustawo - jakieś leżanki, czasem prymitywne piece, skóry - większość z nich prawdziwa. Wewnątrz jest przyjemny chłodek, podczas gdy powietrze rozgrzane do granic czerwoności. Całość pięknie się komponowała z niebieskością jeziora.

Obrazek

Powyżej osady znajduje się rekonstrukcja rzymskiego castellum z II wieku n.e., ale ta już nie powala - to właściwie kupa kamieni na których wybudowano fragmenty murów...

Po obejrzeniu całego terenu ładujemy się do samochodu i zaczynamy piąć się w górę - na przełęcz Baba, na wysokości ok. 1500 m n.pm.. Trochę bałem się, jak zniesie to samochód, ale ta jedyna droga przez pasmo Galicica jest dobrze wyprofilowana, nachylenie było łagodniejsze niż na drodze z Tetova do Ochrydy. 14 km zygzaków prawie bez towarzystwa innych aut i nagle stajemy oszołomieni, dojeżdżając do przełęczy - widoki na jezioro powalają, choć przejrzystość nie jest rewelacyjna.
Obrazek

zwłaszcza ciekawie wygląda wioska Trpejca, położona nad jeziorem, kilkaset metrów niżej, pod nami
Obrazek

na przełęczy jest niewielka kapliczka, tablica informacyjna i kilka aut. Zjeżdżamy kawałek niżej do miejsca, gdzie rozchodzą się szlaki turystyczne - jeden na Magaro (czyli w kierunku granicy albańskiej), drugi w przeciwną stronę, na szczyt Lako Signoj (1984 m n.p.m.). Stoją tam cztery auta, w tym trzy na polskich blachach - prawdopodobnie poszli na Magaro.

Szlak oznaczony jest białym i czerwonym paskiem, malowanym na kamieniach i wyłącznie na kamieniach, ponieważ w stronę, którą idziemy, nie ma ani jednego drzewa.
Obrazek

Wśród roślinności tylko trawy, a najpopularniejszym zielskiem jest oset, tak wysuszony, że dominuje w kolorze fioletowym.
Obrazek

sucho jest tu bardzo, w lecie często teren jest zamknięty z powodu zagrożenia pożarowego, ale trudno się dziwić, skoro potrafi tutaj nie padać kilka miesięcy. Na szczęście wieje wiatr, dzięki któremu nie jest aż tak upalnie jak w dole.

Szlak wygląda mniej więcej tak: na horyzoncie górka, idziemy do niej ostro pod górę lub mniejszym czy większym wąwozem...
Obrazek

W tle mamy widok na las przy początku szlaku na Magaro oraz wznoszące się wyżej góry go otaczające wraz z kotłami polodowcowymi.
Obrazek

Po lewej stronie widać jezioro Ochrydzkie, po drugiej na razie nic.

Górka na horyzoncie zdobyta, a za nią... kolejna kamienista górka na horyzoncie. I tak kolejna i kolejna i kolejna :D Im wyżej tym lepiej widać Ochrydę, a po prawej stronie zaczyna być widać jezioro Prespa, położone po drugiej stronie gór.
Obrazek

dlatego wybrałem ten szlak - nie jest długi (choć momentami ostry), ale daje unikatową możliwość podziwiania dwóch jezior na raz.

Idziemy dalej, co jakiś czas szukając szlaku, gubiącego się w zielsku. Teoretycznie można iść całą szerokością wzgórza, ale może się okazać, że za górką będzie głęboki wąwóz i trzeba się będzie wrócić.

Po jakimś czasie i kolejnej górce na horyzoncie pojawiają kamienne murki.
Obrazek

osłona przed wiatrem? ogólnie dość ciekawą rzeczą jest, że liczne wąwozy i doły mogą być pozostałością po okopach - w czasie Wielkiej Wojny armia austro-węgierska toczyła tutaj boje z wycofującą się armią serbską.

Przy jednym z murków Teresa zostaje, a ja idę dalej sam, do najbliższej górki oczywiście :D zdobywam ją dość szybko, a za nią... następna górka na horyzoncie :) cholera, gdzie ten szczyt? no nic, idę, jak za następną górką nie będzie, to wracam. Za nią naturalnie go nie ma, ale następna wydaje się blisko i wydaje mi się, że kawałek dalej coś sterczy. Biegnę więc do niej (dosłownie) i ląduję jak długi, rozwalając kolano - na szczęście reszta ciała spadła na trawę.

Z górki widzę, że kawałek dalej jest kolejna :!:, ale dalej widać już wyraźnie, że coś jest. I faktycznie, po kilku minutach staję obok żelaznego słupa, trochę niżej jest antena i kilka budynków niewiadomego przeznaczenia - Lako Signoj zdobyty :)
Obrazek

Robię zdjęcia, zwłaszcza, że doskonale widać stąd jezioro Prespa wraz z plażą, na której za jakiś czas będziemy się kąpać.

Obrazek

po drugiej stronie nie gorzej prezentujący się Ochryd.
Obrazek

i nieco posępny widok w kierunku Magaro
Obrazek

Schodzę w dół, zabieram Teresę i zaczynam lewitować ze szczęścia ;)

Obrazek

droga w dół wydaje się znajoma ;) auto na szczęście grzecznie stoi na swoim miejscu, więc zjeżdżamy drogą w kierunku Prespy. Z jednego z punktów widokowych jeszcze lepiej widać plażę.
Obrazek

Jezioro Prespa jest równie urokliwe co Ochrydzkie, ale znacznie mniej oblegane przez turystów i przez miejscowych chyba też, bo sieć osadnicza jest uboga. Wyżej położone (więc temperatura o kilka stopni niższa), tak samo czyste i stare, i także międzynarodowe - obok Macedonii i Albanii skrawek należy do bankr... do Greków.

Dojeżdżamy do sennej wioski Stenje, wymęczonej upałem. Znajduje się tutaj widoczna z góry piaszczysta plaża - dzika, bo trudno za objaw zagospodarowania uznać kilka częściowo podziurawionych parasoli.
Obrazek

Obrazek

Zielony półwysep po prawej, to półwysep graniczny - druga jego połowa należy do Albanii, a to co w tle z dużym prawdopodobieństwem może być Grecją.

Z plaży doskonale widać też szczyt, na którym jeszcze niedawno stałem.
Obrazek

przy drodze stoją dwie knajpki, gdzie Macedończycy ze zdziwieniem obserwują auto na obcych blachach - to chyba rzadki tutaj widok.

Kąpiel w takim upalnym dniu to kapitalna sprawa :) Potem wypadałoby jeszcze coś zjeść - jedziemy wzdłuż Prespy licząc na jakieś przydrożne lokale, ale, jak pisałem, infrastruktura jest tutaj uboższa, więc dojeżdżamy aż do Ochrydy, gdzie posilamy się w dzielnicy muzułmańskiej.

To nasz ostatni wieczór w tym miejscu, więc u pionierów po zmroku lecę jeszcze na waleta do wody, a fale są takie, że i morze by się nie powstydziło. Po naturalnym prysznicu pora zawitać znów do pionierskiego baru, gdzie dzisiaj, podobnie jak wczoraj, jest karaoke.

Ludzie śpiewają z głowy, żadnych wyświetlanych napisów, przy pomyłce pomaga szef knajpy, grający i śpiewający znad keybordu (i palący chyba paczkę fajek na godzinę). Śpiewają właściwie wszyscy na raz (pewno znane kawałki), klaszczą, niektórzy tańczą, skaczą po krzesłach, wspólne kołysanie, ktoś tam wije się do każdej piosenki w taki sam sposób... :D piwo leje się strumieniami, wino też, przybywają kolejni ludzie, w większości się znający - ale nie ma tutaj ani grama agresji. A niektóre głosy... jest mocne rockowe brzmienie, tenor, który jak zaśpiewał, to mi ciarki po ciele przeszły, dziewczyna, która spokojnie by wykopała wszystkie nasze gwiazdki z różnych "show". Jedyny problem jest taki, że rano musimy wcześnie wstać, więc z bólem serca o 1.30 kończę ostatnie piwo i udajemy się do przyczepy :(

Rano robię jeszcze pamiątkowe zdjęcia moich ulubionych miejsc ośrodka: toalet "na Małysza", doskonałych do lektury prasy :D

Obrazek

(akurat po czyszczeniu, polegającym na polewaniu szlauchem całego kibla, więc woda nierzadko kapała z góry :lol:)

oraz umywalni
Obrazek

jako żywo przypominała mi sanitariaty pracowniczych ośrodków wypoczynkowych w Polsce z dawnych lat. Ale przecież bez tych kibli nie było tego fantastycznego klimatu, dawno nie czułem się tam dobrze i tak swojsko jak tam :)
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Satan
bardzo stary wyga
Posty: 2613
Rejestracja: 13-02-2006 21:25
Lokalizacja: Gdańsk

Postautor: Satan » 15-09-2012 21:19

Pudelek, świetna wyprawa! Tereny, które odwiedziłeś należą do zacniejszych na bałkańskiej ziemii... :D

Ja wczoraj wróciłem z Bałkanów, zaliczyłem bardziej spokojne miejsce - Montengro... :P Przez Serbię jechałem dwa razy tranzytem i kraj ten mam na celowniku jako docelowy w kolejnych latach.
Wiele razy słyszałem, że Macedonia jest niedoreklamowana na turystycznym rynku, że to jeden z piękniejszych krajów Europy.
Albania...wiadomo - kusi :P Ja niestety kosztem moczenia dupska w Adriatyku nie dotarłem tam...ale byłem tuż pod granicą czarnogórsko-albańską, więc knajp i Albańczyków też "popróbowałem".
Te kebapcze robią na całych Bałkanach, próbowałem kiedyś w Bułgarii, teraz w Czarnogórze w barze u Albańczyka (z baraniny) - rewelka! :mrgreen:

Dla mnie Bałkany to teren niesamowity, mam wrażenie, że tam ludzie mimo tych waśni i wojen potrafią mimo wszystko żyć normalnie, bez gonitwny wymuszonej przez cywilizację zachodu...banany mają być smaczne, a nie wymiarowe i prawidłowo zagięte...

PS - miałem niewątpliwą przyjemność oglądać mecz Czarnogóra - Polska przy piwku z 5-cioma Czarnogórcami...nam postawiono w sumie 4 kolejki, do tego mieliśmy na zagrychę kilo świeżych fig! :D

Ech...Bałkan!! 8)
Należy przestrzegać przepisów BHP...zwłaszcza na kolei.


Wróć do „Relacje z wypraw”