Bałkany - słowo klucz. To tutaj mozaika narodowościowa, kulturowa i religijna miesza się ze sobą jak karty. To tutaj mniejsze i większe krainy historyczne odcięte są sztucznymi granicami państwowymi. To tutaj co krok natrafiamy na kolejne ślady miłości a zwłaszcza nienawiści pomiędzy sąsiadami, dawniejszych i bliższych tragedii...
Większość znajomych na nasze plany reagowała czymś w rodzaju "a nie boicie się, że będą tam do was strzelać?"
Wyjeżdzamy w sobotę 11 sierpnia. Rano na Śląsku leje. Pewno się przejaśni, mamy do przejechania dziś niemal 700 kilometrów. Wjeżdzamy do Rep. Czeskiej - leje. Wjeżdżamy na Słowację - leje coraz bardziej... w końcu gdzieś przed Bratysławą przestaje, choć nadal niebo zaciągnięte mocno. Na Węgrzech pojawia się nawet trochę słońca.
Niestety, mój polepszający się humor torpeduje decyzja o władowaniu się na obwodnicę Budapesztu, gdzie dopada nas korek gigant. Nie wiemy co jest jego przyczyną - przez ponad 2,5 godziny przejeżdżamy 9 kilometrów. Zdesperowany stają na uboczu i idę do najbliższego mostu zobaczyć, czy coś widać. Widać, owszem - dopiero wjeżdżamy w granice administracyjne Budapesztu! Tym tempem to możemy tutaj stać cały dzień!
Odbijam na ślepo w jakąś boczną drogę - nie mam mapy Węgier, więc na najbliższej stacji lustruję okoliczne szosy - nie jest źle, ta droga doprowadzi nas do jednej z autostrad, potem inną drogą, potem jeszcze inną i w końcu jakoś dojadę tam gdzie chciałem
Po 18 przyjeżdżamy do Szeged (Segedynu), gdzie meldujemy się na kempingu położonym nad samą rzeką Tiszą (Cisą). Tutaj wydaje się, że już po sezonie - na kempingu wszystkie lokale pozamykane, ludzi prawie zero. W I połowie sierpnia
Sam Szeged to ładne miasto, sporo tutaj zabytków. W parku odbywa się jakiś festyn (jak niemal zawsze, gdy jestem gdzieś za granicą), ale chcemy usiąść w jakiejś knajpie i zjeść coś węgierskiego. Niestety, węgierskie udaje nam się znaleźć tylko piwo, a żołądek musimy zapchać pizzą
W nocy wieje trochę mniej, rano wychodząc za potrzebą trafiam na wschód słońca i niemal bezchmurne niebo!
Kiedy jednak budzę się nieco później znowu wszystko zaciągnięte chmurami - niech to szlag! Na szczęście stopniowo pojawiają się przebitki słoneczne i z upływem czasu rozpogadza się...
Granicę z Serbią przekraczamy bocznym przejściem w Kelebiji. Kelebija to właściwie Kelebia - dominują tutaj Węgrzy, a efektem idiotycznego wytyczenia granicy w Trianon jest podział dawnej miejscowości, której część pozostała na Węgrzech.
Tuż za Kelebiją leży Subotica, a właściwie Szabadka. Tutaj również najludniejsi są Węgrzy. Jaka cała Wojwodina, miasto to spory tygiel narodowościowy - oprócz nich i Serbów mieszkają tutaj m.in. Buniewcy (z których część uważa się za Chorwatów a część za osobny naród), Chorwaci właściwi, "Jugosłowianie", Czarnogórcy i Romowie, a kiedyś także liczni Niemcy.
Subotica to zieleń i secesja. W katolickiej katedrze odbywa się jakieś uroczyste nabożeństwo, a wokół przechadzają się tłumy ludzi, wielu w (prawdopodobnie) węgierskich strojach ludowych.
Przy przepięknym, ogromnym ratuszu też jakaś impreza, więc postanawiamy ją uczcić konsumując miejscowe pączki
Miasto eleganckie, ze stylowym deptakiem, leży nad Dunajem, a naprzeciw wznosi się potężna twierdza Petrovaradin.
Swoją warownię mieli tutaj już Rzymianie. Potem siedzieli tutaj Węgrzy i Turcy, rozbudowali Habsburgowie, którzy trzymali w niej pod kluczem m.in. Titę. Chodzić można po niej cały dzień i obserwować mosty nad rzeką, wszystkie zniszczone przez pociski NATO w 1999 roku. Na jednym z nich zginął przypadkowy przechodzień, o czym przypomina stosowna tablica przed obudowanymi konstrukcjami...
Z Nowego Sadu kierujemy się ostro na południe. Na budowanej obwodnicy Belgradu przekraczamy rzekę Sawę, do 1920 roku granicę między państwem Habsburgów a Serbią, i dopiero teraz wjeżdżamy na geograficzne Bałkany
Serbskie autostrady są znacznie mniej tłoczne niż polskie, ale asfalt raczej średniej jakości. Prawym pasem właściwie nie da się jechać bez trzęsawki. Tu i ówdzie pędzącym autom przyglądają się psy - zastanawiałem się skąd ich tyle przez drodze, skoro są siatki? Okazuje się jednak, że przy stacjach benzynowych w siatkach są furtki, ciągle otwarte, więc psy swobodnie sobie łażą tam i z powrotem.
Pod wieczór docieramy do Niszu, stolicy południowej Serbii, miejsca urodzenia cesarza Konstantyna i Justyna I. Historia miejscowości to kolejne bitwy i masakry, oswobodzenie z rąk Turków dopiero w 1877 rok, nazistowski obóz koncentracyjny i wreszcie tragiczne naloty NATO z 1999 roku - 7 maja trzy pociski minęły cel i spadły na centrum miasta, zabijając 14 osób. Nisz jest też czasem określany jako jedna ze stolic serbskiego nacjonalizmu, a na głównym placu niemal bezustannie organizuje się jakieś manifestacje. W 2004 roku w odpowiedzi na albańskie ataki na cerkwie w Kosowie podpalono tutaj meczet - szkoda, że za ludzkie głupoty często cierpią zabytki.
W Niszu zaszalałem i zaklepałem sobie hostel - niemal tuż przy głównym placu, naprzeciwko wspomnianego meczetu z XVIII wieku, a niedaleko synagogi. Hostel całkiem sympatyczny, oprócz nas bodajże 3 turystów. Samochód parkujemy niemal pod komisariatem policji, uspokojeni, że zagranicznym samochodom nie wlepiają mandatów za brak opłaconej opłaty parkingowej
Ruszamy na wieczorne poszukiwanie jakiegoś lokalu z serbskim żarciem i trafiamy do wypasionej restauracji "Stara Serbia" - tutaj żadnej pizzy nie serwują
Po obfitym posiłku idziemy jeszcze zobaczyć kolejną twierdzę - turecką, z XVIII wieku. Odbywa się znów jakiś festyn, więc postanawiamy wrócić na spokojnie rano.
W środku, oprócz syfu i bezdomnych psów, zachowało się sporo zabytków - turecki hammam z XV wieku, meczet z XVI wieku, pozbawiony minaretu obok resztek rzymskich łaźni, lapidarium z rzymskimi nagrobkami... Inną atrakcją Niszu, oprócz pozostałości po rzymskim pałacu, jest tzw. Wieża Czaszek. Atrakcja dość makabryczna - w 1809 roku Turcy użyli czaszek martwych serbskich powstańców jako elementu zaprawy do konstrukcji wieży "ku przestrodze". Po wypędzeniu Turków Serbowie wieżę obudowali i stworzyli z niej kaplicę. Z dawnych 952 czaszek pozostało kilkadziesiąt, w tym przywódcy rebelii z tego okresu...
Niestety, Wieża jest zamknięta (poniedziałek), ale chęć zarobienia na lewo sprawia, że pani z zamkniętej kasy wpuszcza nas do środka.
Opuszczamy Nisz i przez pasmo górskie Kukavica (autostrada kończy się za Niszem, dalej jest już normalna droga) jedziemy do naszego głównego celu wyprawy, do Macedonii...