"Tydzień mija, ja niczyja"
Tydzień temu byliśmy z Wlkpem na kolejnej wyprawie GGSowej, tym razem na widelec biorąc Góry Izerskie.
Wlkp wylądował w Sudetach już w piątkowe rano, co ma związek z czynionymi przezeń przygotowaniami do pewnej imprezy, ale o tym zapewne zechce sam poinformować.
Umówiliśmy się na spotkanie w "Perle Zachodu" w piątkowy wieczór.
Nie udało mi się wyruszyć z Wrocławia o 17:00, jak planowałem. Ostatecznie byłem w Perle ok. 22:00, także nie było mi dane podziwiać panoram ze schroniska lub mostu pod nim. Wlkp dotarł ostatecznie po pierwszej w nocy - już w sobotę (spóźnienie dotąd nie było w Jego stylu

). Tego dnia przeszedł kuuupę kilometrów, co spowodowało, że w sobotę na szlaku mieliśmy równe szanse

.
Sobota również nie zaczęła się w stylu Wlkpa, bowiem wstaliśmy dość późno, bez śniadania robiąc rekonesans po drugie stronie jeziora. Mogliśmy na własne oczy ujrzeć, dlaczego "Perłę Zachodu" określa się mianem "Perły Smrodu", bowiem jezioro przypomina zupę z ogromną ilością farfocli

. Nawet pani obsługująca nas w schronisku, opowiadała mi strwożona o pewnym jegomościu, który chciał się wykąpać w jeziorze

. Ale smród nie odbiera malowniczości krajobrazów wokół jeziora, ani pięknemu położeniu schroniska.
Po drodze pierwszy fotostop był przy elektrowni tuż poniżej schroniska. Kolejna przerwa poświęcona była zwiedzaniu wieży w Siedlęcinie, gdzie pozostawiliśmy wpis w pamiątkowej księdze i po 3 zyle za wstęp

. O tym, że wieżę warto zwiedzić, nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Poza słynnymi freskami Sir Lancelota (po polsku to chyba znaczy Lanser?

), można także obejrzeć... wystawę przyodziewku wieków średnich i późniejszych, zlokalizowaną na jednej z górnych kondygnacji. Dość bogate opisy przy każdej kiecce pozwalają poznać dzieje tego, na czym potem dorobił się Armani. Kilka informacji było wyjątkowych; m. in. że do uszycia jednej kiecki książęcej głowę musiało dać 600 wiewiórek.
Wyjazd ten przyniósł dla mnie kolejne zaskoczenie - dotąd bowiem Wlkp był dla mnie wzorem w takich dziedzinach jak punktualność, wczesne wstawanie, zdrowy tryb życia, a tu niespodzianka... Najpierw to spóźnienie, potem śpioch przespał najwspanialszą część dnia pomiędzy 5 rano a 8

(uczestnicy I Zlotu wiedzą, o co chodzi

), a ostatecznie... zjadł ze mną śniadanie w McDonaldzie

. "Śniadanie" zjedliśmy ok. 11:00, tuż po tym, jak złapał nas patrol połączonych sił Policji i Straży Granicznej. Na szczęście skończyło się na upomnieniu

.
Posileni i pouczeni, ruszyliśmy najpierw do Harrachova na zakupy, a następnie do Jakuszyc, by pozostawić samochód w Ośrodku Biathlonu i ruszyć czerwonym szlakiem do Orla. Góry Izerskie, a Jakuszyce w szczególności, znam prawie wyłącznie z zimy - i kojarzą mi się wyłącznie z zimą. Zawsze chciałem zobaczyć te rejony bez pokrywy śnieżnej, a gdy wreszcie zobaczyłem, to... zacząłem tęsknić za zimą

. Podążaliśmy trasą na osławiony Samolot. Wlkp po drodze musiał wysłuchiwać moich opowieści rzadkiej treści o wypadkach na biegówkach

. Tak mnie jakoś sentyment zdjął - i to jeszcze grubo przed Samolotem

. Przy okazji dowiedziałem się, że jednym z planów Wlkpa na przyszłość najbliższą jest... start w Biegu Piastów, czym mnie równie zaskoczył, co ucieszył (będzie towarzystwo na zimowe wyjazdy).
W Orlu bezskutecznie poszukiwałem piwka z Czarnkowa, ostatecznie racząc się Czarnym Smokiem. Wyruszyliśmy szlakiem przez Granicznik do Jizerki, łapiąc po raz pierwszy tego dnia krople deszczu.
Jizerka bardzo ładnie prezentuje się

, również Bukowiec robi wrażenie (zdaje się, że to jeden z najwyżej położonych w Sudetach kominów bazaltowych). W Jizerce osuszyliśmy się, jedząc także obiad w Pyramidzie. Svyckova rządzi

.
Po obiedzie nie chciało się dupek za bardzo ruszać, ale czas gonił, a przed nami był jeszcze kawał drogi. Przykazania Mariomara kazały iść drogą na Smedavską Horę, ale ostatecznie zwyciężył pomysł przejścia szlakiem czerwonym przez Pylacke Kamienie na Smrk. I nie pożałowaliśmy (przynajmniej ja) tej widokowej trasy, tym bardziej, że niebo zaczęło się przecierać. Skałki pojawiły się jeszcze przed Pytlackimi Kamykami, podobnie jak ładne panoramy polskiej strony (w tym Hali Izerskiej). Siedząc na Pytlackich i podziwiając widoki stamtąd a to na zachód, a to na południe, uświadomiłem sobie, że podróże faktycznie kształcą, bo dzięki wcześniejszym wyprawom w ramach GGSu mogłem rozpoznawać poszczególne szczyty widoczne m. in. z Pytlackich Kamieni.
Przerwy fotostopowe nie mogły być długie, bo chcieliśmy na nocleg zdążyć na Stóg Izerski.
Wspomnienia z jesiennej wyprawy w czeskie Izery odżyły w połowie szlaku zwanego Nebesky Zebrik, skąd roztacza się przepiękny widok na Palicnik, Frydlantske Cimburi, Jizerę, Smedavską Horę i tysiąc innych
przepięknych miejsc w Izerach. Jak bumerang, powrócił także widok Jestedu, który odwiedziliśmy ponad rok temu (a który bardzo mile wspominam).
Pełna panorama 360st. pojawiła się po wejściu na wieżę na Smrku. Poza Izerskimi i Karkonoszami, oglądaliśmy także Pogórza. Bosko.
Kto wie, może byśmy nawet zostali w wieży na nocleg, gdyby nie brak niezbędnego ekwipunku, a także kiełkująca u mnie myśl nocnego przejścia ze Stogu do Szklarskiej. W wieży rozkręcała się właśnie impreza - kilkanaście osób, wśród których jeden Czech przygrywał na gitarze i śpiewał, a pewna Czeszka... grała na banjo! Zaskoczyła mnie, bo po pierwsze częściej mimo wszystko spotyka się grających chopów niż białogłowy, a w dodatku grała nie na gitarze, ale na banjo...
Po wysłuchaniu jednej pieśni pognaliśmy do schroniska na Stogu. I tu zaskoczenie - bufet jest czynny jedynie do 17, więc o ciepłej strawie mogliśmy zapomnieć. Poznaliśmy za to człowieka z obsługi schroniska, twardszego niż Chuck Norris, który dał się uprosić i przyjął nas na nocleg, a potem nawet wyposażył (nie bez korzyści

) w dwa gotowane jajka, kilka pajd chleba, dwa sery topione i przeterminowaną pasztetową

. Ależ pasztetowa smakowała...
Zdaje się, że już kiedyś na forum zaprezentowałem swoje bardzo niekorzystne zdanie n/t Stogu Izerskiego. Niestety, nic się nie zmieniło, poza tym, że prąd jest już przez 24 godziny. Brud, smród i kicha. Udało mi się nawet odnaleźć plastikowy kubek w suficie, dzięki któremu nie leje się woda do sali jadalnej. Mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiał do tego schronu zaglądać - przed kapitalnym remontem.
Jak na ironię, dzierżawca schroniska prowadzi w Świeradowie firmę budowlaną...
Z Wlkpem podpatrzeliśmy kolej gondolową, której górna stacja jest tuż obok schroniska. Wlkp mówi, że kolej ma ruszyć pod koniec lipca, zresztą faktycznie sprawiała wrażenie prawie gotowej.
Pomysł przejścia nocnego upadł, ale za to porobiliśmy parę nocnych panoram Świeradowa i innych miejscowości, fantastycznie widocznych sprzed schroniska.
Jako że czułem głód marszu, licytowaliśmy się z Wlkpem, o której wyruszamy rano, przy czym tym razem role się odwróciły - gdy ja mówiłem 5, Wlkp obstawiał późniejsze pory

. Jednak rano pierwszy obudził się Wlkp, dzięki czemu mogliśmy trzepnąć z okna zdjęcia wschodu słońca. Poranne mgły nad Pogórzem i niebo we wszystkich odcieniach czerwieni wyglądały po prostu rajsko.
6:00 zastała nas przy górnej stacji gondoli, w drodze czerwonym szlakiem do Szklarskiej.
W niedzielę na szczęście nie padało, jednak trawa była rano mocno zroszona. Już po kilku krokach wąską, zarośniętą ścieżką, mieliśmy mokro w butach. Odkryliśmy za to korektę szlaku czerwonego, jaka miała miejsce w ostatnich kilku latach, bowiem szlak przeniesiono na wygodny leśny dukt, zamiast trawersowania Świeradowca. Dzięki temu nie zmoczyliśmy butów jeszcze bardziej

.
W miarę, jak zbliżaliśmy się do kolejnej dominanty - Wysokiej Kopy, chciało się nam coraz bardziej pić i jeść

. Ostatnie racje spożyliśmy na zboczu Wysokiej Kopy, nieco wcześniej delektując się panoramami z punktu widokowego na zachodnim zboczu Przedniej Kopy.
Nieznakowaną odbocką weszliśmy na szczyt Wysokiej Kopy i ruszyliśmy w stronę Izerskich Garbów.
Po zlustrowaniu wyrobisk, poszliśmy przez Zwalisko i Zawalidrogę w stronę Wysokiego Kamienia, o którym Wlkp opowiadał już wcześniej. Szczyt zdobyliśmy jeszcze przed otwarciem bufetu. Gdy ja pstrykałem fotki ze skał, Wlkp komplementował właścicielkę bufetu na niespotykaną dotąd skalę.
Tuż przed południem staliśmy w kolejce po lody w kawiarni w Szklarskiej.
Tego dnia pogoda była wyśmienita.
Kolejny wyjazd GGSowy zakończył się zdobyciem dominant wyznaczonych uprzednio przez Mariomara.
Wróciliśmy jeszcze tylko po samochód do Jakuszyc, a potem w drogę do Wrocławia.
I znów trzeba czekać parę tygodni, zanim wrócimy na Główny Grzbiet Sudecki - tym razem chyba w najwyższe pasmo, by posiąść królową Gór Olbrzymich

.
(jutro postaram się okrasić relację fotami.)