Kołobrzeg 21.-23.08.2009r.

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Kołobrzeg 21.-23.08.2009r.

Postautor: seb_135 » 25-08-2009 02:14

20 sierpnia 2009, czwartek

Wieczorem, gdy okazuje się, że wszyscy potencjalni towarzysze zrezygnowali z wyjazdu, decyduję się pojechać jedynie w towarzystwie Kofu, świętego psa, przewodnika Bushido. Mówię to Marcie, która stwierdza, że pojedzie jednak ze mną.

21 sierpnia 2009, piątek

Od rana trwają przygotowania, zakupy, próby pożyczenia, ostatecznie kupno plecaka. O 17. dociera do mnie Marta i wychodzimy na pociąg. Wracam się jeszcze do domu po rozkłady jazdy pociągów i dochodzimy do dworca. Kupujemy bilety turystyczne oraz bilet dla psa, co okazuje się niemalże niemożliwą do wykonania akcją ale ostatecznie dzięki wielkiemu wysiłkowi woli, kończy powodzeniem. O 18. wyruszamy z Opola do Wrocławia, kupiwszy uprzednio książki. Pociąg średnio wypełniony podróżnymi, nawet siedzący obok człowiek sam proponuje, żeby nie zakładać psu kagańca. We Wrocławiu przesiadamy się w Kamieńczyka, z którym wyczyniają cuda na kiju, doczepiają, odczepiają wagony, ze Szklarskiej Poręby do Poznania. Jest wypchany ludźmi jak coś innego, więc siadamy na końcu wagonu, ale przegania nas stamtąd konduktor, właśnie wtedy, gdy się już w miarę wygodnie usadowiliśmy. Przepychamy się więc przez cały wagon, przepraszając wszystkich stojących/siedzących poza przedziałami ludzi. Siadamy z drugiej strony wagonu, gdzie tylko od czasu do czasu przeszkadzają nam przechodzący mimo ludzie. Zjadamy zabrane z domu panierowane kurczaki i bułki z pasztetem, popijając wodą. Kolacja mistrzów. Pies znosi podróż nadspodziewanie dobrze, czasem tylko chce wysiadać na jakiejś stacji, niepomny konsekwencji.

O 22. docieramy do Poznania, gdzie spędzimy noc, bo pociąg do Kołobrzegu mamy o 5:20. Zostawiamy bagaże w skrytce, zjadamy trochę glutaminianu sodu z KFC i idziemy pospacerować po mieście. Odwiedzamy więc "plac obok dwóch krzyży, park Mickiewicza i Świętego Marcina. Robimy parę zdjęć:

seb: wyszedłem jak psychopata.
marta: ty trochę jesteś psychopatą.

Gdy zaczyna się robić zimno wracamy na dworzec. Na Poznaniu Głównym są aż dwie (sic!) umiejscowione naprzeciwlegle poczekalnie. W jednej "absolutnie żadnych psów", w drugiej "pies? nie ma mowy!". I co tu wybrać, to dopiero zagwostka. Kofu dostaje swoją mielonkę. Jesteśmy kolejno upominani i przepędzani przez Straż Miejską albo i Policję tudzież inny SOK ("widać, że pies spokojny, ale kaganiec musi być"; "proszę pani, to jest miejsce publiczne a nie noclegownia"). Sukcesywnie ignorujemy uwagi i zostajemy na miejscu do około 4., kiedy to otwierają kiosk, obok którego siedzimy. Wtedy decydujemy się na spacer, już z bagażami do parku Marcinkowskiego. O 5. wtaczamy się do podstawionego już pociągu i niemal natychmiast zasypiamy, szukając jednak najpierw dosyć długo właściwej pozycji, co, jako iż mam ponad 190 cm wzrostu jest trudne. Najgorsze jest to, że i tak zawsze wszystko drętwieje. A podróżnych jak na złość jest sporo, więc nie lza zająć dwóch przeciwległych siedzeń. Kto normalny jedzie pociągiem 5:20?! Zaczyna świtać. Pies nadal nie sprawia kłopotów.

22 sierpnia 2009, sobota

Około 11. budzi mnie pani, której wcześniej pomogłem wsadzić bagaże na półkę, prosząc o ich zdjęcie. Patrzę na nią z wyrazem twarzy "co?, gdzie?, jak?; to nie ja zrobiłem!", więc mówi "to już Kołobrzeg". Chcąc, nie chcąc wstajemy i wychodzimy na peron. Skwaszeni, przerażeni, odrętwiali myślimy (który to już raz w życiu w takich sytuacjach) "po co tu przyjechaliśmy?!", ale zachowujemy te przemyślenia, na szczęście, dla siebie nie chcąc napinać atmosfery jeszcze bardziej. Kupuję plan miasta i stwierdzam, że nie mogę chodzić bo śpiąc w niezbyt fizjologicznie prawidłowej pozycji straciłem czucie w kostce. Siadamy więc aby ochłonąć i zastanowić się co dalej. Postanawiamy odwiedzić jakieś miejsce, gdzie można będzie dokonać porannych ablucji oraz skorzystać z ubikacji. Wybór pada na restaurację "Siedem Światów". Pamiętając doświadczenia z dworca w Poznaniu zostawiamy psa przed wejściem i prosimy o możliwość skorzystania z łazienki. Gdy wychodzimy zamawiamy śniadanie, więc piwo jabłkowe z grzankami i po słodkim naleśniku. Gdy czekamy na posiłek, Misiek zaczyna się niecierpliwić, co oznajmia cichym skamleniem. Podchodzi do nas kelner z pytaniem czy to nasz pies. Cały już zjeżony odpowiadam, że tak, przygotowując się na odparcie ataku. I jakież jest moje zdziwienie gdy słyszę "to weźcie go do środka". Zbaraniały wprowadzam psa i dostaję... miskę z wodą! Nawet pozwolili telefon podładować bez zrzędzenia. Polecam knajpę w ciemno każdemu.
Zjadłszy śniadanie postanawiamy obejść możliwie dużo przed zalegnięciem na plaży. Ruszamy ulicą Zdrojową, przez parki Mickiewicza, Spacerową, Towarową, mijamy wioskę Krisznowców, którzy rozdają ulotki z napisem "20 lat Indii":

seb: to Indie mają już 20 lat?

Dalej idziemy do Alei Nadmorskiej, wychodzimy na bulwar i widzimy morze... Mijamy latarnię morską i parkiem Żeromskiego idziemy w stronę jakiegoś bardziej ustronnego miejsca, gdzie można by rozbić się z psem. Wychodzimy praktycznie poza Kołobrzeg, przedzieramy przez las oraz ścieżkę rowerową i wychodzimy na plażę. Pies jest trochę zdziwiony, bo pierwszy raz widzi morze i trochę krztusi słoną wodą, ale wygląda na zadowolonego. Ostatecznie udaje mi się nakłonić moją panią do wejścia do wody. Trochę skaczę po falach i pływam. Tęskniłem za morzem, choć trochę się go boję. Wszak wszystko, co piękne, musi też wzbudzać respekt. Po wyjściu z wody idziemy spać. Budzimy się po kilku godzinach, nieco przymuleni i zaflegmieni, bo oboje jesteśmy trochę chorzy. Ma miejsce mała sprzeczka o to , gdzie spać. Ja postuluję za wytrwaniem przy wariancie z noclegiem na plaży, Marta chce szukać jakiejś kwatery, na co jest już zresztą trochę za późno, bo dochodzi 18. Wracamy na nadmorski pasaż by kupić wodę i plażą wracamy na swoje miejsce. Usadawiamy się oparci o pozostałości falochronu i obserwujemy zachodzące słońce. Misiek znajduję przyjaciółkę i przez jakiś czas wyprawiają cuda na kiju skacząc, turlając się i obrzucając nas wielką ilością piasku. Na kolację zjadamy nieco już czerstwe bułki z pasztetową i, aż wstyd przyznać, ukradzioną psu częścią mielonki, bo pasztet się zepsuł. Żeby nie było, pół dostał. W międzyczasie kopię bosą stopą w zardzewiałą belkę podtrzymującą falochron i odrywam sobie paznokieć. Zachody słońca już opisywano przede mną a nawet nie czuję weny więc polecam zajrzeć do jakiegoś tomiku poezji, pewnie będzie ładniej i kwieciściej. Ja powiem tylko, że był piękny. Jak to zwykle bywa, z zachodem słońca zaczyna się noc. Około 21. stwierdzam, że może warto by było teraz przespać parę godzin, bo później zrobi się zbyt zimno i będziemy musieli się ruszać. Wchodzimy więc za falochron, który trochę chroni przed wiatrem, rozkładamy karimatę na piasku pod złamanym drzewkiem, które tworzy nad nami coś w rodzaju baldachimu i udaje nam się wcisnąć we dwójkę do jednego śpiwora, co wcale, wbrew pozorom, nie jest takie trudne. Misia przywiązujemy do tegoż drzewka aby mógł położyć się koło nas. Trochę żartujemy, podziwiamy gwiazdy. Zasypiać słysząc szum fal i cykanie świerszczy, patrząc w gwiazdy i czując ciepło ciała miłości swego życia - czego więcej można żądać? Nawet dudniące z odległej dyskoteki techno nie jest w stanie tego zepsuć. Nieco po 21. odpływamy.

23 sierpnia 2009, niedziela

...co zrobiłem nie tak? czego się tak bardzo boję? wszystko naprawię, tylko niech to się skończy...

Wyobraźcie sobie bardzo buczącą linię basową, np. z "Pushit" Toola włączoną na całą głośność przy maksymalnie podkręconym subwooferze. Coś brzmiącego jak to wyrywa mnie ze snu a później widzę oślepiające światło. Jestem straszliwie przerażony. Kilka sekund trwa zorientowanie się, że to Misiek tak szczeka, choć nie wiedziałem, że potrafi, zazwyczaj wydaje wysokie dźwięki. "Straż Miejska czy coś" myślę "zaraz każą nam stąd iść". Chwilę później zauważam, że światło pochodzi z komórki jakiegoś gościa, który najprawdopodobniej chciał się tu odlać. Współczuję mu. Skoro ja tak przestraszyłem się własnego psa, to wyobrażam sobie co on musiał czuć. Odchodzi pospiesznie. Muszę przyznać, że to daje poczucie bezpieczeństwa. I sprawia, że zabieranie ze sobą psa w trasę ma sens nie tylko jako maskotki ale też obrońcy. Zasypiamy pokrzepieni, choć nie na długo już. Robi się naprawdę zimno i przesypiamy tylko godzinę. O 1:30 zbieramy z piasku swój dobytek i idziemy w stronę latarni morskiej. Aleją Nadmorską a później przez park Żeromskiego docieramy do widzianego wcześniej bulwaru i, uznając, że o 3. w nocy nikt nas za to nie zabije, wprowadzamy psa na molo. Tam siedzimy chwilę, ale robi się naprawdę zimno i postanawiamy udać się do centrum, zobaczyć rynek i takie tam. Przez Park 18. Marca dochodzimy do starówki i Ratusza. Na rynku widzimy ofertę "świetlanego łososia" (patrz zdjęcia), toczącą się w wodzie kulę (także) i czytamy satyryczne komiksy z Angory.
Wracamy w okolice dworca i postanawiamy zjeść rybę, jak przystało nad morzem. Idziemy do knajpy otwartej 24h i zamawiamy dorsza z frytkami, colę i herbatę. Wszystko jest bardzo tłuste i bardzo drogie a porcją dorsza spokojnie można by obdzielić trzy osoby. Grzecznie jednak wszystko zjadamy i idziemy na dworzec czekać na pociąg pozostałe dwie i pół godziny. Śpimy po godzinie a później pakujemy się do przedziału. Swoją drogą, nie wiedziałem, że osobowe jeżdżą na takie odległości. Ach, bo całą podróż odbywamy na biletach turystycznych imiennych za 30 zł, błogosławić Polskie Koleje Państwowe. Zaraz po odjeździe o 8:20 po powrocie z łazienki, napotykam na swoim siedzeniu dosyć pijanego gościa, który umili nam jeszcze podróż, ale go przeganiam. Oczywiście, bardzo szybko zasypiamy. Jakiś czas później czuję jak wspomniany gość zapala fajkę, ale nie mam sił nic z tym zrobić. Ktoś inny ma. Zaczynają się kłócić, ostatecznie angażując w to konduktora, w końcu pijanemu gościowi grożą wyrzuceniem z pociągu, co jednak nic nie daje ("wezwijcie policję jak chcecie, ja nic nie zrobiłem, to ten facet tu ma jakieś problemy!"). Następne godziny pamiętam dosyć mętnie, głównie z budzących mnie kolejnych konduktorów. Serio, w jednym odcinku zebrałem chyba z pięć czy sześć "razitek" (tak to się zwie?). No, nie tylko konduktorów. W międzyczasie na miejscu obok Marty siada jakaś niezbyt miła pani. Żadnego dzieńdobry, tylko "chcę tu usiąść". Towarzyszy nam przez kilka godzin, choć wokół jest sporo wolnych miejsc. Ale niech jej tam, w końcu sobie idzie. Jej twarz rozmywa mi się wśród sennych majaczeń, nie potrafiłbym jej wskazać na policji. W ogóle, odkrywam ciekawy sposób na spanie w pociągu - jeśli nogi są w jednej płaszczyźnie z tułowiem, to nie drętwieją. Zatem - przy zgiętych do końca kolanach jestem w stanie umieścić nogi na skrawku siedzenia. Spocona skóra przykleja się do materiału, więc przyklejam kawałek nogi i zakładam na nią drugą, co kończy się sporym obtarciem i wyrwaniem kilku włosów, ale pozwala przespać kilka godzin. Około 16. budzę się na dobre. Pozwalam siedzącemu obok chłopczykowi pobawić się z psem, czytam i wyglądam przez okno. Czuję, że wracam do domu po dobrze wykonanej robocie (znacie to, jak mniemam ;-)). Ale to nie koniec zabawy, pijany gość daje o sobie znać, znowu coś tłumaczy kolejnemu konduktorowi, nie wiem w końcu czy go wyrzucili czy nie. A z innej beczki - pierwszy raz widzę kolejkę po bilet wewnątrz pociągu, bo na którejś ze stacji wsiadło chyba pięćdziesiąt osób (też zdjęcie). Zaczynamy być głodni, stwierdzam:

seb: kilogram dorsza stacza na 13 godzin.

Do Wrocławia dojeżdżamy o 17. Idziemy do McDonald's uzupełnić zapasy glutaminianu sodu, dajemy psu wody z podajnika na peronie i wsiadamy w pociąg do Gliwic. W wagonie siadamy obok dość niemiłego pana:

seb: czy musimy zakładać psu kaganiec?
gość: mnie nie trzeba pytać o takie rzeczy (?)
seb: ?

chwilę później:

(pies dotyka jego stóp)
gość: kurwa, tam na końcu jest taki przedział...
seb (nieco zdziwiony): widzieliśmy, cały zapchany ludźmi...

Zakładam na uszy słuchawki i słucham CKOD, co właściwie dobrze oddaje moje odczucia względem gościa z naprzeciwka. O 19. wysiadamy na dworcu w Opolu:

seb: jest nie miejsce lubię dom.
marta: łe?
seb: wolny przekład z angielskiego.

O 20. jesteśmy w domu bierzemy prysznic i idziemy spać. No dobra, nie tak do razu :-)

zdjęcia:
http://picasaweb.google.com/s1e3b5/KoObrzeg#
Ostatnio zmieniony 28-05-2010 01:08 przez seb_135, łącznie zmieniany 1 raz.
"following our will and wind we may just go where no one's been"

Awatar użytkownika
seba123
stary wyga
Posty: 1030
Rejestracja: 05-03-2006 12:34
Lokalizacja: z nienacka

Postautor: seba123 » 25-08-2009 09:09

No masz fantazję! ...i ładną koleżankę!

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 5000
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Kołobrzeg 21.-23.08.2009r.

Postautor: buba1 » 25-08-2009 10:17

seb_135 pisze:W wagonie siadamy obok dość niemiłego pana:



czemu zaraz niemilego? moze po prostu nie lubi psow.. chyba ma do tego prawo.. nie kazdy lubi jak mu sie obcy pies uklada na nogach, oblizuje czy o niego czochra.. niestety takie sa u nas zwyczaje ze musi sie albo zaakceptowac terror psa albo przesiasc do innego przedzialu..

Awatar użytkownika
olo23333
obieżyświat
Posty: 929
Rejestracja: 01-03-2009 14:32
Lokalizacja: Zdzieszowice

Postautor: olo23333 » 25-08-2009 13:57

Ciekawa relacja :) Psiak fajny :)

Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Re: Kołobrzeg 21.-23.08.2009r.

Postautor: seb_135 » 25-08-2009 18:39

buba1 pisze:
seb_135 pisze:W wagonie siadamy obok dość niemiłego pana:



czemu zaraz niemilego? moze po prostu nie lubi psow.. chyba ma do tego prawo.. nie kazdy lubi jak mu sie obcy pies uklada na nogach, oblizuje czy o niego czochra.. niestety takie sa u nas zwyczaje ze musi sie albo zaakceptowac terror psa albo przesiasc do innego przedzialu..


niemiłego, bo burczał i kurwił, psa zabrałem od niego najdalej jak się dało.
"following our will and wind we may just go where no one's been"

Awatar użytkownika
tomuch
obieżyświat
Posty: 537
Rejestracja: 02-05-2007 20:31
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: tomuch » 25-08-2009 22:38

świetnie się czyta, no i poprawiłeś jakość zdjęć od ostatniego razu ;)
Oko wszystko widzi

W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!

http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be

franek
podróżnik
Posty: 240
Rejestracja: 27-12-2007 10:04
Lokalizacja: Namysłów

Postautor: franek » 26-08-2009 20:11

Zgadzam się z tomuchem, masz seba dryg do pisania :)

Awatar użytkownika
Alicja
łazik
Posty: 83
Rejestracja: 30-05-2009 18:56
Lokalizacja: Gdańsk

Postautor: Alicja » 27-08-2009 08:23

Bardzo ciekawie opisany wypad - fajnie się czyta... Seb_135, Marta i pies.
Dla Kofu też bilet turystyczny? :lol:
Góry...Lubię do nich wracać....

Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Postautor: seb_135 » 27-08-2009 11:18

takich nie oferują niestety, więc 2 x 4 zł ryczałtem za całą trasę.
"following our will and wind we may just go where no one's been"


Wróć do „Relacje z wypraw”