Podziękował
Dookoła Kotliny Kłodzkiej
I tak są Twardołydni
Gratulacje chłopy! 
"podróżowanie - nawlekanie koralików geografii na nitkę życia" A. Stasiuk
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
wirek pisze:Mógłbyś jaśniej? Kończą w Międzylesiu?
Tak, zakończyli w Międzylesiu.
Sił by jeszcze starczyło, ale z czasem gorzej :/ , bo trzeba pamiętać, że Chopy wyznaczyły sobie limit czasowy! Wlkp obliczył, że doszliby pewnie najdalej do Skalnych Grzybów - i stąd taka decyzja. Zresztą Wlkp mknie już Kamieńczykiem do domu, więc pewnie jutro sam uchyli nam rąbka.
SKiboy i Wlkp są wielcy - GRATULACJE!!! Jesteście bohaterscy!
graty wielgachne!! (w sensie gratulacje, a nie że wyście graty
)
chciałoby się mieć tyle pary w nogach...
chciałoby się mieć tyle pary w nogach...
Oko wszystko widzi
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
Skiboy widzę że chyba trochę odpoczołeś i pokazałeś się na forum więc czekamy na relację z KOTLINY KŁODZkIEJ(ja byłem na bieżąco)Rozmawiałem wieczorem ze Stasiem i obiecał że coś spłodzi ale najwcześniej dziś w nocy.Fajnie by było jakby były dwie relacje -na niektóre sprawy możecie miec przecież inne spojrzenie-macie przecież dwa różne charaktery i to może byc ciekawa konfrontacja dwóch relacji dwóch ludzi o tej samej pasji -miłości do gór i do czegoś jeszcze .....do walki ze sobą ,ze swoimi słabościami i możliwością udowodnienia czegoś co wydawac by się mogło niemożliwe....a jednak ??????
życie jest piękne ale jest tylko jedno...
Apollo dzięki za prowadzenie relacji "live" i spotkanie połączone z obiadkiem
Waldi, Grzesiu, Agnieszka - serdeczne dzięki za to przyjęcie na Wielkiej Sowie gorącą kawą i herbatką, ognisko, kiełbaski. Byliście niesamowici, że chciało się wam przyjść w tym deszczu i czekać tyle godzin.
Szczegółową relację napiszę później. Na razie trochę fotek zrobionych komórką podczas naszej wędrówki
http://picasaweb.google.pl/kacstan/Dook ... yKOdzkiej#
Waldi, Grzesiu, Agnieszka - serdeczne dzięki za to przyjęcie na Wielkiej Sowie gorącą kawą i herbatką, ognisko, kiełbaski. Byliście niesamowici, że chciało się wam przyjść w tym deszczu i czekać tyle godzin.
Szczegółową relację napiszę później. Na razie trochę fotek zrobionych komórką podczas naszej wędrówki
http://picasaweb.google.pl/kacstan/Dook ... yKOdzkiej#
Wyczyn godny podziwu!!!
Dla ścisłości na tym zdjęciu to Przełęcz Trzech Granic.
http://picasaweb.google.pl/kacstan/Dook ... 5376798930
Dla ścisłości na tym zdjęciu to Przełęcz Trzech Granic.
http://picasaweb.google.pl/kacstan/Dook ... 5376798930
cezaryol pisze:Dla ścisłości na tym zdjęciu to Przełęcz Trzech Granic.
http://picasaweb.google.pl/kacstan/Dook ... 5376798930
Faktycznie... już poprawiłem.
Przede wszystkim dzięki wszystkim za gratulację no i najwyższy czas aby napisać parę słów o tym co działo się na trasie. Sorry że tak długo to trwało, ale miałem naprawdę ciężki tydzień i to wcale nie związany z naszą wyrypą i zmęczeniem po niej. A jak było?
Dzień pierwszy
Na starcie niestety przywitał nas deszcz. Zacząłem szukać swojej kurtki przeciwdeszczowej... i niestety jej nie znalazłem. Na szczęście Skiboy miał zapasową pelerynę. Następna refleksja... mamy zdecydowanie za ciężkie plecaki (coś ok.16kg). Z tym nie da się podbiegać, bo mogą nie wytrzymać kolana. Aby zmieścić się w limicie 96 godzin trzeba pokonać dziennie ok. 72km czyli wystarczy iść 18h z prędkością 4km/h i 6h można odpoczywać. Wygląda na to, że powinno się udać. Nie przejmujemy się deszczem i ruszamy żółtym szlakiem najpierw na Górę Zamkową a dalej na Borową wchodząc z Przełęczy Koziej ścieżką prosto na szczyt. Musimy przyznać, że górki w tej okolicy są dosyć strome. Dalej schodzimy na Przełęcz pod Borową i żółty szlakiem przez Jedlinę aż do Zagórza Śląskiego. Żółty szlak jest dosyć zróżnicowany. Przed Jedliną to ekskluzywny deptak z latarniami i ławeczkami a już kawałek za Jedliną przedzieramy się przez podmokłe łąki wśród pastuchów elektrycznych. Nieco dalej po kawałku asfaltową drogą szlak zupełnie ginie w polu wśród zielska po pas, zaś ostatni odcinek do Zagórza to znowu asfalt. Teraz zmieniamy kolor szlaku na niebieski, którym idziemy na Wielką Sowę. Przez cały czas od Zagórza aż do Zygmuntówki towarzyszy nam jakiś bezpański pies. O 20-ej jesteśmy na W.Sowie. Tutaj opisany już wcześniej mini zlot zorganizowany przez Waldiego. Ok. 22:30 docieramy do schroniska Zygmuntówka, gdzie zostajemy na nocleg. Nie minęło nawet pół doby od startu a my idziemy na nocleg. W imprezach rajdowych raczej rzecz nie do pomyślenia. Na usprawiedliwienie można powiedzieć, że musieliśmy się wysuszyć. Póki co przeszliśmy 33km i mamy tylko 3km straty do harmonogramu.
Dzień drugi
Wstajemy o czwartej. Trochę siedzimy w sali kominkowej, jemy śniadanie, przeglądamy wpis ze zlotu w księdze pamiątkowej. Skiboy mówi,że spał tylko godzinę. W sumie niepotrzebnie braliśmy ten nocleg. Można było ugrzać się z godzinę, wypić kawę i iść dalej. O 5 wychodzimy idziemy dalej czerwonym szlakiem do Srebrnej Góry a następnie niebieskim do Barda. Po drodze postój na Kalenicy, postój przy Twierdzy, postój koło Fortu Ostróg, kolejne postoje na Przełęczy Wilczej, k. sklepu w Bardzie, przy Źródełku Marii. Wleczemy się niemiłosiernie. Tak nie można chodzić. Zdecydowanie za dużo tych postojów. Być może wpływ na to miała nagła zmiana pogody. Poprzedniego dnia deszcz, rano zimno i wiatr do tego stopnia, ze nawet nie weszliśmy na wieżę widokowa na Kalenicy a teraz upał. Z Barda idziemy dalej niebieskim szlakiem na Przełęcz Łaszczową. Mamy już jednak dosyć ciągłego chodzenia góra-dół na poszczególnych pagórkach i wybieramy do Przełęczy Kłodzkiej wariant czerwonym szlakiem rowerowym. Tutaj znowu postój. Zbieram się, ale muszę czekać dosyć długo na Skiboya. Gdy dochodzimy niebieskim do lasu, zaczynam nawigować leśnymi ścieżkami do Chwalisławia. Tu szukamy trochę właściwej dróżki i kiedy w końcu ją znajdujemy, okazuje się że trzeba brnąć przez błoto po kostki. Dalej kawałek jakimś szlakiem rowerowym, potem obejście strumyka błotnistą drogą, azymut przez młodnik do szosy lądeckiej, kolejny azymut i jesteśmy na Przełęczy pod Trzeboniem. Nad tym odcinku poczułem prawdziwy klimat setek na orientację, ale Skiboyowi nie bardzo to się spodobało. Zaczyna coraz bardziej narzekać. Chciał już się położyć w wiacie na przełęczy, ale nalegam aby iść na Jawornik. Idę z przodu ale tak by Skiboy mógł mnie widzieć i musiał mnie gonić cały czas. Ta zagrywka psychologiczna zdaje egzamin, bo wchodzi za mną na szczyt. Jest dokładnie północ. Skiboy kładzie sie na podeście wieży widokowej i mówi, że tu śpi i dalej nie idzie. W tym momencie juz żadna psychologia nie mogła pomóc. Wieje tutaj i jest dosyć zimno, ażurowy pomost nie stanowi żadnej osłony ale picie nie zamarza czyli nie jest tak źle. Wskakuję do śpiwora, dodatkowo owijam się folia NRC i wpatrując się w gwiaździste niebo błyskawicznie zasypiam.
Tego dnia przeszliśmy z planowanej trasy coś ok. 50km... zdecydowanie za mało.
Dzień trzeci
Budzi mnie wschód słońca. Piękne widoki, mgiełka w dolinkach. Nie wychodząc ze śpiwora jem coś na śniadanie. Polecam to miejsce na nocleg, z tym że trzeba być przygotowanym na zimno. Fajnie byłoby tu zrobić jakąś imprezę. No nic trzeba zasuwać dalej. Szybko ogarniam swój majdan i budzę Skiboya. Skiboy już tradycyjnie mówi, że prawie nie spał. Myślałem że go uduszę. Znowu straciliśmy kilka godzin. Ruszamy nowo wyznakowanym szlakiem żółtych trójkątów na granicę i dalej na Borówkową. Na wieży podziwiamy widoki, posilamy się i zielonym szlakiem schodzimy na Przełęcz Lądecką. Teraz idziemy asfaltem na czeską stronę, gdzie zaopatrujemy się w picie w najbliższym sklepie. Dzień robi się coraz bardziej upalny i pijemy coraz więcej. Wracamy na przełęcz i zielonym szlakiem idziemy do Rozdroża Zamkowego. Wycieczka na Trojak przez Skalną Bramę. Ze skałek Trojaka piękne widoki na południe. Teraz najkrótszą drogą przebijamy się na granicę i zasuwamy na Przełęcz Gierałtowską. Tutaj przerwa na kawę i ciekawe spotkanie z turystą, który idąc granicą dotarł tu ze Śnieżnika oraz człowiekiem z Planu, który aktualizował mapy. Za namową spotkanych turystów przechodzimy na czeską stronę, aby przejść część trasy czerwonym szlakiem. Zaraz na łące w miejscu, w jakim u nas trudno byłoby znaleźć jakiekolwiek oznakowanie, znajdujemy metalowy szlakowskaz z mnóstwem tabliczek i skrzynką, w której jest księga pamiątkowa. Z podziwem oglądamy ten wypasiony szlakowskaz i stwierdzamy, że jednak ma pewną wadę... nie podaje informacji ile stąd do Szwecji. Okolica jest tu bardzo malownicza, jak zresztą całe Rychleby. Zapominamy się do tego stopnia, że gubimy czerwony szlak. Idziemy kawałek droga rowerową po czym tniemy na azymut. Po drodze uzupełniamy zapas wody w strumyku i za Czartowcem wracamy na granicę. Czeka nas teraz monotonna i mozolna wędrówka góra-dół. Mijamy kolejno Pośrednią, Łupkową, Kowadło, Pasieczną, Klonowiec, Smrek. Wreszcie teren się wypłaszcza, ale za to staje się łąkowo-bagienny. Idziemy dalej granicą zaliczając Przełęcz Trzech Granic i Brusek. W miejscu gdzie granica zaczyna skręcać na północ schodzimy leśną ścieżką na południe do czerwonego szlaku i dochodzimy do schroniska Paprsek. Jemy obiadokolację, po czym idziemy asfaltem do Medvedi boudy. Teraz niestety z mojej winy gubimy czerwony szlak i zasuwamy spory kawał nową drogą z tłucznia, która jak się okazało prowadziła na Rudawiec. Cofamy się do Medvedi boudy, odnajdujemy czerwony szlak i zaraz ponownie go gubimy. Trafiamy na jakieś skrzyżowanie kilku dróżek zniszczonych przez ulewy. Jest już ciemno. Udaje mi się ustalić gdzie jesteśmy i azymutem odnajdujemy szlak, jednak jest on w opłakanym stanie. Brniemy przez błoto, przedzieramy się przez krzaki aż w końcu mam tego dość i decyzja azymutem wbijamy się na granicę. Teraz już prosto zielonym granicznym docieramy na Przełęcz Płoszczynę. Jest godzina 1:10. Kładziemy się na nocleg w jedynym możliwym miejscu. Skiboy na stole a ja na ławce. Pod daszkiem nad głowami wisi bielizna mieszkańca rozbitego obok namiotu. Znowu zimna noc. Wpatrując się w gwiaździste niebo zasypiam. Tego dnia przeszliśmy ok. 55km plus dodatkowe kilkanaście bonusów.
Dzień czwarty
5:50 ruszamy granicą w kierunku Śnieżnika. Temperatura szybko się podnosi a dodatkowo podejście nas rozgrzewa. Skiboy wyraźnie się rozkręcił i zasuwa do przodu. Spodziewałem się, że szlak będzie w gorszym stanie po tych deszczach, jednak idzie się całkiem przyjemnie. Dopiero gdzieś na górnej granicy lasu wiatrołomy tarasują drogę. Jest ciepło, trasa coraz bardziej widokowa. Jak tu pięknie a może jest zwyczajnie i potrzeba trzech nocy w górach i przejścia dziesiątek kilometrów, aby wpełni tego doświadczyć. Pewnie każdy odczuwa to inaczej i inaczej za każdym razem, bo choć góry są za każdym razem takie same, to jednocześnie są za każdym razem inne zależnie od pogody, pory roku czy dnia i są też za każdym razem inne w zależności od naszego nastroju...
mijamy źródło Morawy, zdobywamy Śnieżnik i ok. 9:30 jesteśmy w Schronisku na Śnieżniku. Jemy śniadanie, korzystamy z dobrodziejstwa prysznica... i podejmujemy decyzję, że kończymy naszą zabawę w Międzylesiu. Mamy juz ok. 50km straty do założonego limitu i nie jesteśmy w stanie tego nadrobić a z różnych względów nie możemy chodzić po górach aż do wtorku. Końcowy odcinek jest bardzo przyjemny. Idziemy zielonym szlakiem na Mały Śnieżnik i dalej na Trójmorski Wierch. Skiboy pobiegł do przodu pewnie dlatego, że szlaki tutaj przypominają te w Jego ulubionych Karkonoszach, po których zasuwa na codzień. Jeszcze tylko podziwianie widoków z nowej wieży na Trójmorskim Wierchu i zejście najpierw granicą a potem drogami przez Potoczek i Pisiary do Międzylesia. Zrobił się prawdziwy upał, słońce poparzyło mi szyję a nasze buty zostawiają ślady na asfalcie. O 15-ej jesteśmy w Międzylesiu. Robimy zakupy w sklepie, idziemy na dworzec, ośdwieżamy się i przebieramy w toalecie dworcowej i o 15:33 ruszamy w pociągu do Wrocławia. Zasypiam... gdzieś po drodze wysiada Skiboy, we Wrocławiu Apollo gości mnie obiadem. Mój pociąg się spóźnia prawie godzinę. Ostatni PKS odjechał czekam prawie trzy godziny i przed trzecią udaje mi się dogadać z kierowcami jakiegoś kursu dalekobieżnego aby zatrzymali się na moim przystanku.
Poniedziałek 3:40 jestem w domu
Przyczyny niepowodzenia naszego planu:
-za ciężkie plecaki, co spowolniło tempo i uniemożliwiło ewentualne podbieganie,
-zbyt dużo czasu straconego na postoje i noclegi.
W sumie jednak nie było tak źle, bo wliczając wszystkie bonusy przeszliśmy przez 75godzin ok. 180km
Dzień pierwszy
Na starcie niestety przywitał nas deszcz. Zacząłem szukać swojej kurtki przeciwdeszczowej... i niestety jej nie znalazłem. Na szczęście Skiboy miał zapasową pelerynę. Następna refleksja... mamy zdecydowanie za ciężkie plecaki (coś ok.16kg). Z tym nie da się podbiegać, bo mogą nie wytrzymać kolana. Aby zmieścić się w limicie 96 godzin trzeba pokonać dziennie ok. 72km czyli wystarczy iść 18h z prędkością 4km/h i 6h można odpoczywać. Wygląda na to, że powinno się udać. Nie przejmujemy się deszczem i ruszamy żółtym szlakiem najpierw na Górę Zamkową a dalej na Borową wchodząc z Przełęczy Koziej ścieżką prosto na szczyt. Musimy przyznać, że górki w tej okolicy są dosyć strome. Dalej schodzimy na Przełęcz pod Borową i żółty szlakiem przez Jedlinę aż do Zagórza Śląskiego. Żółty szlak jest dosyć zróżnicowany. Przed Jedliną to ekskluzywny deptak z latarniami i ławeczkami a już kawałek za Jedliną przedzieramy się przez podmokłe łąki wśród pastuchów elektrycznych. Nieco dalej po kawałku asfaltową drogą szlak zupełnie ginie w polu wśród zielska po pas, zaś ostatni odcinek do Zagórza to znowu asfalt. Teraz zmieniamy kolor szlaku na niebieski, którym idziemy na Wielką Sowę. Przez cały czas od Zagórza aż do Zygmuntówki towarzyszy nam jakiś bezpański pies. O 20-ej jesteśmy na W.Sowie. Tutaj opisany już wcześniej mini zlot zorganizowany przez Waldiego. Ok. 22:30 docieramy do schroniska Zygmuntówka, gdzie zostajemy na nocleg. Nie minęło nawet pół doby od startu a my idziemy na nocleg. W imprezach rajdowych raczej rzecz nie do pomyślenia. Na usprawiedliwienie można powiedzieć, że musieliśmy się wysuszyć. Póki co przeszliśmy 33km i mamy tylko 3km straty do harmonogramu.
Dzień drugi
Wstajemy o czwartej. Trochę siedzimy w sali kominkowej, jemy śniadanie, przeglądamy wpis ze zlotu w księdze pamiątkowej. Skiboy mówi,że spał tylko godzinę. W sumie niepotrzebnie braliśmy ten nocleg. Można było ugrzać się z godzinę, wypić kawę i iść dalej. O 5 wychodzimy idziemy dalej czerwonym szlakiem do Srebrnej Góry a następnie niebieskim do Barda. Po drodze postój na Kalenicy, postój przy Twierdzy, postój koło Fortu Ostróg, kolejne postoje na Przełęczy Wilczej, k. sklepu w Bardzie, przy Źródełku Marii. Wleczemy się niemiłosiernie. Tak nie można chodzić. Zdecydowanie za dużo tych postojów. Być może wpływ na to miała nagła zmiana pogody. Poprzedniego dnia deszcz, rano zimno i wiatr do tego stopnia, ze nawet nie weszliśmy na wieżę widokowa na Kalenicy a teraz upał. Z Barda idziemy dalej niebieskim szlakiem na Przełęcz Łaszczową. Mamy już jednak dosyć ciągłego chodzenia góra-dół na poszczególnych pagórkach i wybieramy do Przełęczy Kłodzkiej wariant czerwonym szlakiem rowerowym. Tutaj znowu postój. Zbieram się, ale muszę czekać dosyć długo na Skiboya. Gdy dochodzimy niebieskim do lasu, zaczynam nawigować leśnymi ścieżkami do Chwalisławia. Tu szukamy trochę właściwej dróżki i kiedy w końcu ją znajdujemy, okazuje się że trzeba brnąć przez błoto po kostki. Dalej kawałek jakimś szlakiem rowerowym, potem obejście strumyka błotnistą drogą, azymut przez młodnik do szosy lądeckiej, kolejny azymut i jesteśmy na Przełęczy pod Trzeboniem. Nad tym odcinku poczułem prawdziwy klimat setek na orientację, ale Skiboyowi nie bardzo to się spodobało. Zaczyna coraz bardziej narzekać. Chciał już się położyć w wiacie na przełęczy, ale nalegam aby iść na Jawornik. Idę z przodu ale tak by Skiboy mógł mnie widzieć i musiał mnie gonić cały czas. Ta zagrywka psychologiczna zdaje egzamin, bo wchodzi za mną na szczyt. Jest dokładnie północ. Skiboy kładzie sie na podeście wieży widokowej i mówi, że tu śpi i dalej nie idzie. W tym momencie juz żadna psychologia nie mogła pomóc. Wieje tutaj i jest dosyć zimno, ażurowy pomost nie stanowi żadnej osłony ale picie nie zamarza czyli nie jest tak źle. Wskakuję do śpiwora, dodatkowo owijam się folia NRC i wpatrując się w gwiaździste niebo błyskawicznie zasypiam.
Tego dnia przeszliśmy z planowanej trasy coś ok. 50km... zdecydowanie za mało.
Dzień trzeci
Budzi mnie wschód słońca. Piękne widoki, mgiełka w dolinkach. Nie wychodząc ze śpiwora jem coś na śniadanie. Polecam to miejsce na nocleg, z tym że trzeba być przygotowanym na zimno. Fajnie byłoby tu zrobić jakąś imprezę. No nic trzeba zasuwać dalej. Szybko ogarniam swój majdan i budzę Skiboya. Skiboy już tradycyjnie mówi, że prawie nie spał. Myślałem że go uduszę. Znowu straciliśmy kilka godzin. Ruszamy nowo wyznakowanym szlakiem żółtych trójkątów na granicę i dalej na Borówkową. Na wieży podziwiamy widoki, posilamy się i zielonym szlakiem schodzimy na Przełęcz Lądecką. Teraz idziemy asfaltem na czeską stronę, gdzie zaopatrujemy się w picie w najbliższym sklepie. Dzień robi się coraz bardziej upalny i pijemy coraz więcej. Wracamy na przełęcz i zielonym szlakiem idziemy do Rozdroża Zamkowego. Wycieczka na Trojak przez Skalną Bramę. Ze skałek Trojaka piękne widoki na południe. Teraz najkrótszą drogą przebijamy się na granicę i zasuwamy na Przełęcz Gierałtowską. Tutaj przerwa na kawę i ciekawe spotkanie z turystą, który idąc granicą dotarł tu ze Śnieżnika oraz człowiekiem z Planu, który aktualizował mapy. Za namową spotkanych turystów przechodzimy na czeską stronę, aby przejść część trasy czerwonym szlakiem. Zaraz na łące w miejscu, w jakim u nas trudno byłoby znaleźć jakiekolwiek oznakowanie, znajdujemy metalowy szlakowskaz z mnóstwem tabliczek i skrzynką, w której jest księga pamiątkowa. Z podziwem oglądamy ten wypasiony szlakowskaz i stwierdzamy, że jednak ma pewną wadę... nie podaje informacji ile stąd do Szwecji. Okolica jest tu bardzo malownicza, jak zresztą całe Rychleby. Zapominamy się do tego stopnia, że gubimy czerwony szlak. Idziemy kawałek droga rowerową po czym tniemy na azymut. Po drodze uzupełniamy zapas wody w strumyku i za Czartowcem wracamy na granicę. Czeka nas teraz monotonna i mozolna wędrówka góra-dół. Mijamy kolejno Pośrednią, Łupkową, Kowadło, Pasieczną, Klonowiec, Smrek. Wreszcie teren się wypłaszcza, ale za to staje się łąkowo-bagienny. Idziemy dalej granicą zaliczając Przełęcz Trzech Granic i Brusek. W miejscu gdzie granica zaczyna skręcać na północ schodzimy leśną ścieżką na południe do czerwonego szlaku i dochodzimy do schroniska Paprsek. Jemy obiadokolację, po czym idziemy asfaltem do Medvedi boudy. Teraz niestety z mojej winy gubimy czerwony szlak i zasuwamy spory kawał nową drogą z tłucznia, która jak się okazało prowadziła na Rudawiec. Cofamy się do Medvedi boudy, odnajdujemy czerwony szlak i zaraz ponownie go gubimy. Trafiamy na jakieś skrzyżowanie kilku dróżek zniszczonych przez ulewy. Jest już ciemno. Udaje mi się ustalić gdzie jesteśmy i azymutem odnajdujemy szlak, jednak jest on w opłakanym stanie. Brniemy przez błoto, przedzieramy się przez krzaki aż w końcu mam tego dość i decyzja azymutem wbijamy się na granicę. Teraz już prosto zielonym granicznym docieramy na Przełęcz Płoszczynę. Jest godzina 1:10. Kładziemy się na nocleg w jedynym możliwym miejscu. Skiboy na stole a ja na ławce. Pod daszkiem nad głowami wisi bielizna mieszkańca rozbitego obok namiotu. Znowu zimna noc. Wpatrując się w gwiaździste niebo zasypiam. Tego dnia przeszliśmy ok. 55km plus dodatkowe kilkanaście bonusów.
Dzień czwarty
5:50 ruszamy granicą w kierunku Śnieżnika. Temperatura szybko się podnosi a dodatkowo podejście nas rozgrzewa. Skiboy wyraźnie się rozkręcił i zasuwa do przodu. Spodziewałem się, że szlak będzie w gorszym stanie po tych deszczach, jednak idzie się całkiem przyjemnie. Dopiero gdzieś na górnej granicy lasu wiatrołomy tarasują drogę. Jest ciepło, trasa coraz bardziej widokowa. Jak tu pięknie a może jest zwyczajnie i potrzeba trzech nocy w górach i przejścia dziesiątek kilometrów, aby wpełni tego doświadczyć. Pewnie każdy odczuwa to inaczej i inaczej za każdym razem, bo choć góry są za każdym razem takie same, to jednocześnie są za każdym razem inne zależnie od pogody, pory roku czy dnia i są też za każdym razem inne w zależności od naszego nastroju...
mijamy źródło Morawy, zdobywamy Śnieżnik i ok. 9:30 jesteśmy w Schronisku na Śnieżniku. Jemy śniadanie, korzystamy z dobrodziejstwa prysznica... i podejmujemy decyzję, że kończymy naszą zabawę w Międzylesiu. Mamy juz ok. 50km straty do założonego limitu i nie jesteśmy w stanie tego nadrobić a z różnych względów nie możemy chodzić po górach aż do wtorku. Końcowy odcinek jest bardzo przyjemny. Idziemy zielonym szlakiem na Mały Śnieżnik i dalej na Trójmorski Wierch. Skiboy pobiegł do przodu pewnie dlatego, że szlaki tutaj przypominają te w Jego ulubionych Karkonoszach, po których zasuwa na codzień. Jeszcze tylko podziwianie widoków z nowej wieży na Trójmorskim Wierchu i zejście najpierw granicą a potem drogami przez Potoczek i Pisiary do Międzylesia. Zrobił się prawdziwy upał, słońce poparzyło mi szyję a nasze buty zostawiają ślady na asfalcie. O 15-ej jesteśmy w Międzylesiu. Robimy zakupy w sklepie, idziemy na dworzec, ośdwieżamy się i przebieramy w toalecie dworcowej i o 15:33 ruszamy w pociągu do Wrocławia. Zasypiam... gdzieś po drodze wysiada Skiboy, we Wrocławiu Apollo gości mnie obiadem. Mój pociąg się spóźnia prawie godzinę. Ostatni PKS odjechał czekam prawie trzy godziny i przed trzecią udaje mi się dogadać z kierowcami jakiegoś kursu dalekobieżnego aby zatrzymali się na moim przystanku.
Poniedziałek 3:40 jestem w domu
Przyczyny niepowodzenia naszego planu:
-za ciężkie plecaki, co spowolniło tempo i uniemożliwiło ewentualne podbieganie,
-zbyt dużo czasu straconego na postoje i noclegi.
W sumie jednak nie było tak źle, bo wliczając wszystkie bonusy przeszliśmy przez 75godzin ok. 180km
Wlkp, tym razem nie pokusiłeś się, by iść z Poznania pieszo do domu?
A tak na serio to Ty wiesz co... Jesteś HARDCOREM!!! 
"podróżowanie - nawlekanie koralików geografii na nitkę życia" A. Stasiuk
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
