Rano budzimy z głupim uczuciem, że czegoś zapomnieliśmy. No tak, nikt nie wziął chińskiej parasolki na wypadek deszczu - na szczęście niebo nie płacze, mimo, że trochę się chmurzy. Jemy szybko śniadanie (przy okazji strasząc grzybiarza, który chyba się nie spodziewał ludzi w tej okolicy), pakujemy się i na szlak. Nakładamy drogi aby ominąć powalone drzewa i mokradła, znajdujemy drugą wiatę i w dobrych nastrojach ruszamy dalej. Licho jednak nie śpi... zbyt łatwowiernie uwierzyliśmy, że szlaki w Republice Czeskiej są dobrze utrzymane i okazało się, że w tym rejonie szlak 1) jest zarośnięty, bo od dawna nikt po nim nie chodził 2) jest zryty traktorem albo innym dziadostwem 3) jest zawalony drzewami tak, że nie można przejść 4) jest nieoznaczony, jeśli przez przypadek wyszliśmy z lasu. Kawałki "normalnego" szlaku były tylko krótkimi wyjątkami potwierdzającymi regułę.
W południe dochodzimy do Starych Purkartic - sennej wioski wśród gór. I tam nas czeka kolejna niemiła niespodzianka - szlaku nie ma... szukamy i szukamy - szlak nie chce się znaleźć. W końcu znajduje miejsce, gdzie szlak niegdyś biegł - widać zamalowane ślady - obecnie go nie ma, mimo iż wszystkie mapy (w tym niby super aktualna mapa w internecie) wskazują na jego istnienie. Mamy lekką załamkę... z powodu fatalnego stanu szlaków idziemy bardzo wolno - przez dwie i pół godziny zrobiliśmy zaledwie 7,5 kilometra. Co prawda dopiero 12, ale jesteśmy już mocno zmęczeni ciągłym przedzieraniem się, droga bardzo długa przed nami, a nie wiadomo czy trasa po zlikwidowanym szlaku jest do przejścia. Umówieni jesteśmy na wieczór, nie chcemy znowu przychodzić o północy, więc po burzy mózgów podejmujemy dramatyczną decyzję - busem wracamy do Krnova. Tam szybkie zakupy i jedziemy kolejnym busem (z tym samym kierowcą
W Hermanovicach zahaczamy o hotel - hotel z nazwy, bo to typowa ubytovnia, ale tania i ma bardzo sympatyczną knajpę ze świetnym Radegastem i czosnkową, do tego w TV leci mecz, więc się rozgaszczamy
Po niecałych 3 godzinach (oprócz ruszania nogami głównym zajęciem było odganianie komarów, dopóki Eco nie wydobył swojej tajnej broni) jesteśmy pod ruinami schroniska Rudolfsheim - a tam już Buba z Toperzem oraz Raubitter (i jego czeski rum
Rano, niestety, musimy się z szybko Eco pakować, bo trzeba zejść na autobus. Zachodzimy na piwko i jajecznicę do schroniska (oj, tego dnia Raubitter musiał mieć urwanie głowy) i wśród tłumów stonki schodzimy do Pokrzywnej. Na miejscu okazuje się, że akurat dzisiaj zmienili rozkład jazdy PKS-ów, więc czekamy ponad godzinę na busa... a potem - niestety, powrót do rzeczywistości.
Super wypad - nawet niezrealizowana część trasy tego nie zepsuła (choć momentami mieliśmy bardzo złe humory)