Opis wycieczki z Wrocławia do Rzeczki

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
wirek
stary wyga
Posty: 1927
Rejestracja: 12-09-2004 21:43
Lokalizacja: Wrocław

Opis wycieczki z Wrocławia do Rzeczki

Postautor: wirek » 21-10-2006 23:17

Mój studencki klub turystyczny postanowił odbyć coroczne spotkanie 30 września, tym razem w Rzeczce. Ponieważ nikt z moich domowników nie mógł wziąć w nim udziału, postanowiłem skorzystać z okazji i sprawdzić stan linii kolejowej Wrocław – Piława Dolna. W sobotę, wcześnie rano, o 3:00 stanąłem na torach koło toru wyścigów konnych na Partynicach. Ostatnia wrześniowa noc była ciepła. Na pogodnym, bezksiężycowym niebie świeciło pełno gwiazd. Szedłem na południe, prosto na Oriona i dziwiłem się, że tyle ich można dostrzec gołym okiem, gdy opuści się łuny wielkiego miasta. Szło się wygodnie. Wzdłuż torów, co i rusz, pojawiała się jeszcze wygodniejsza równoległa ścieżka lub droga. Tor jest używany, o czym świadczyły błyszczące główki szyn, brak roślinności i gałęzie drzew, wyraźnie ścięte na wymiar wagonów. Skłaniało mnie to, od czasu do czasu, do mimowolnego oglądania się do tyłu. I tak, trasę do Kobierzyc pokonałem po podkładach tylko na odcinku Klecina – autostrada i od stacji Bielany do drogi nr 8. Na stacji w Kobierzycach stanąłem o 5:00, pokonawszy wg PKP 12 km. Spośród chyba dziesięciu torów na stacji jeden tylko, skręcający na zachód był wyraźny. Reszta ginęła wśród krzaków. Z trudem znalazłem ten „mój” piławski, znakomicie zamaskowany sporym krzakiem róży. Warunki na torach zmieniły się całkowicie.
Obrazek
Tor tarasowały liczne zarośla, a nawet spore, kilkumetrowe już jesiony i topole. Co chwilę musiałem włączać latarkę, by ominąć krzewy różane, które mogły skaleczyć mi twarz lub zahaczyć odzież. Po chwili zaczęły się pojawiać ślady pracy złomiarzy.
Obrazek
Tor do Jordanowa jest już kompletnie zdewastowany, brakuje kilku kilometrów szyn, zginęło też mnóstwo drobniejszych elementów stalowych. Przed godz. 6 minąłem Szczepankowice, a pół godziny później Budziszów. Oba przystanki ledwo co wyróżniały się od okolicznych wykopów i niewiele pozostało z ramp. Przed szóstą zaczęło się przejaśniać. Niestety, świecący na czerwono maszt na Ślęży zaczął znikać w porannej mgle. Zapowiadał się mglisty, słoneczny dzień. Idąc wśród powywracanych szyn, omijając zarośla, pożywiając się tarniną i różami, krótko po ósmej dotarłem do Jordanowa. Odwiedziłem kościół i obejrzałem płytę z krzyżem, uważaną za krzyż pokutny. Popatrzyłem z zewnątrz na dworzec pozbawiony wszelkich śladów swojej kolejowej przeszłości (jest teraz prywatną przychodnią)
Obrazek
i poszedłem niebieskim szlakiem w stronę Glinic. Po półgodzinnym marszu dotarłem do pierwszego gospodarstwa, które ku mojemu zdumieniu okazało się zagrodą dla strusi. Podziwiałem przez chwilę ich tańce i poszedłem dalej, sfotografować dwa kolejne krzyże. Z Glinic skierowałem się na południe i trochę po asfalcie, trochę polnymi drogami, o 10:20 dotarłem na Jańską Górę. Wieża stoi, w stanie od lat niezmiennym, to znaczy grozi zawaleniem.
Obrazek
Obrazek
Panorama z wieży ograniczała się do okolicznych wzgórz, trudno było nawet ocenić czy wyżej na Ślęży widać już żółknące drzewa. Góry Sowie były kompletnie niewidoczne. Z Jańskiej Góry, trochę po ścierniskach, trochę po drogach dotruchtałem do Olesznej i Młynicy (kolejny krzyż).
Obrazek
W południe, w Słupicach kot przebiegający z myszą w pysku
Obrazek
przypomniał mi, że już pora na obiad. Sięgnąłem więc po kanapki, jabłko i chałwę, popiłem staropolanką i ruszyłem asfaltem do Stoszowa. Droga polna, którą planowałem przejść ze Stoszowa do Uciechowa, zaznaczona na mapie „Przedgórze Sudeckie” w rzeczywistości okazała się wirtualną. Trochę ścierniskiem, trochę granicą lasu i kukurydzy, wspomagany kompasem, trafiłem na dość wyraźną drogę leśną. Maszerowało się wygodnie, aż tu nagle na poboczu zauważyłem jaskrawo czerwoną gwiazdę. Nieopodal kilka kolejnych.
Obrazek
Charakterystyczny zapach i śluzowate ciemne plamy kojarzyły się ze sromotnikiem. Jak wspominałem w innym wątku, był to grzyb, okratek australijski. Takie orientalne, kolorystyczne urozmaicenie brązowiejącego już lasu. Po chwili wyszedłem z lasu, przede mną pojawiły się zabudowania Uciechowa, a w dali niewyraźną kreską rysował się grzbiet Gór Sowich. W upale omijałem peryferia Dzierżoniowa i przez Nowiznę dotarłem o 16:00 do Pieszyc. Był to chyba najgorszy, najbardziej nużący, zurbanizowany odcinek. Jeszcze ponad pół godziny asfaltem do Rościszowa i wreszcie las i zielony szlak. Po drodze zaopatrzyłem się w drugą butelkę staropolanki i podziwiając piękno lasu ruszyłem wreszcie podejściem na Wielką Sowę. Niebieski szlak powyżej Lasocina okazał się torem przeszkód. Ścinka drzew zmieniła krajobraz dość brutalnie. Musiałem się wielokrotnie zatrzymywać, zastanawiając, w którym kierunku dalej iść i którędy ominąć zwały pni i gałęzi. W końcu nie wytrzymałem i ruszyłem na krechę prosto pod górę. Po parunastu minutach podejścia drogę przesłoniła mi gęsta ściana lasu. Założyłem kurtkę, naciągnąłem kaptur na głowę i ruszyłem przed siebie. Po chwili podejście złagodniało i las się przerzedził, a niedługo potem wylądowałem na czerwonym szlaku. O 18:30 stanąłem na bezludnym wierzchołku Wielkiej Sowy.
Obrazek
Z galeryjki ledwo było widać światła Trójmiasta. Ruszyłem szybko w stronę Przełęczy Sokolej i o 19:20 doszedłem do ośrodka „Śnieżynka” w Rzeczce. Przywitałem się wylewnie z przyjaciółmi. Trochę się zdziwili, że aż 16,5 godziny zajęło mi przejście z Wrocławia do Rzeczki. No ale cóż, młodość nie trwa wiecznie. Po kąpieli zasiadłem do ogniska, wspomagany kanapkami, kiełbasą z rożna i pieśnią turystyczną, dotrwałem do północy. Niestety, niebo zaczęło się zasnuwać chmurami, wróżąc pogorszenie pogody na niedzielę. Tak zakończył się pierwszy dzień mojej wędrówki, w czasie którego pokonałem wg krzywomierza 75 km. Drugi opiszę wkrótce.

Awatar użytkownika
Apollo
Moderator
Posty: 3021
Rejestracja: 17-03-2005 00:08
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: Apollo » 22-10-2006 10:27

Wirek, jesteś po prostu niesamowity! Czekam na kolejny odcinek!

Radus
podróżnik
Posty: 129
Rejestracja: 23-07-2006 14:19
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: Radus » 22-10-2006 18:59

Bardzo fajny opis wyprawy. Wirek, Ty to masz zdrowie ;) . Super, że są jeszcze ludzie tak pozytywnie zakręceni jak Ty. Przyłączam się do Apolla - czekam na ciąg dalszy.
Obrazek
Obrazek

Awatar użytkownika
wirek
stary wyga
Posty: 1927
Rejestracja: 12-09-2004 21:43
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: wirek » 23-10-2006 16:32

1. października 2006
Ranek powitał mnie smutno. Nie żeby „zespół dnia następnego”. Absolutnie. Nogi mnie nie bolały, podobnie żołądek ani głowa. Sprawdziła się natomiast prognoza pogody z wieczora. Było zimno, pochmurno i mokro. Po śniadaniu dyskutowaliśmy sobie na aktualne tematy społeczno – polityczno – obyczajowe, spoglądając pesymistycznie w okna jadalni, za którymi przewalały się fronty baryczne. A propos baru, zbliżała się godzina 11, kiedy to z własnego doświadczenia wiedziałem, że muszę zadecydować, czy idę sam na Klina (taka górka koło Andrzejówki) czy z kolegami na klina (nieznaczne podejście w stronę Przełęczy Sokolej). Zadecydowałem o wyborze łatwiejszego wariantu i o 10:50 pożegnałem się wylewnie z koleżankami i kolegami, których pewnie w tej liczbie cały rok nie spotkam i poszedłem na krechę przez łąkę ku czerwonemu szlakowi. Tak prezentuje się „Śnieżynka” z podejścia
Obrazek
Wkrótce otuliła mnie mgła, skraplająca się na mnie jako mżawka i ograniczyła widoczność do paruset metrów. Tak minąłem Włodarza, Przełęcz Marcową i zszedłem niebieskim do Głuszycy, wyglądającej jak wymarłe miasto, mimo że zbliżała się już 13:00. Kilkakrotnie zaczynało i przestawało padać, ale chmury nie ruszyły się ani na cal w górę. Gdy dochodziłem o 13:40 do kościoła w Grzmiącej mżawka ustąpiła miejsca ulewie. Akurat kościele pod wezwaniem Narodzenia NMP odbywała się uroczysta msza z poświęceniem nowych figur.
Obrazek
Wierni uszczelnili kościół, pozostali klęczeli w samochodach. Pomodliłem się i ja o poprawę pogody i ruszyłem w stronę zamku Rogowiec. Na podejściu żółty szlak robi nagłą półpętlę w okolicach Jeleńca Małego, zahaczając o urokliwy wąwóz skalny.
Obrazek
Od nie pamiętam ilu lat obiecuję sobie zejście tamtędy – może następnym razem. Nawet nie 10 minut rozpatrywano moją modlitwę i już mogłem się rozpiąć i z gołą głową doszedłem do ruin zamku, noszących wyraźne ślady poważnych prac archeologicznych.
Obrazek
Mgła nie pozwoliła się rozkoszować widokiem, zbiegłem więc do Rybnicy Małej. Znowu zaczęło padać, nie tak intensywnie jak w Grzmiącej, ale wobec czekającego mnie chyba 500-metrowego podejścia na Rybnicki Grzbiet nie wyglądało to miło. Za drogą asfaltową, niebieski szlak rusza ostro pod górę jednym z najdłuższych i najbardziej stromych podejść.
Obrazek
Idąc powoli, prawie z nosem przy ziemi, chwytając się wszystkiego co wyglądało na w miarę trwale do niej przymocowane, mogłem podziwiać kolejne warstwy geologiczne. Początkowych parędziesiąt metrów prowadzi po śliskiej trawie – czwartorzęd, potem mamy pod nogami brązowo-czerwone porfiry – perm, a na koniec szare, wypełnione kwarcytami, wyglądające jak żwirobeton karbońskie zlepieńce, oznaczające połowę podejścia. Grzbietem prowadzi wygodna leśna ścieżka, wynagradzająca poniesiony trud.
Obrazek
Mimo panującego chłodu, na szlak wyszła też salamandra.
Obrazek
Poświęciłem jej chwilkę, bo nieczęsto widuje się salamandry, przynajmniej nie o tej porze roku. Kilkaset metrów dalej znalazłem następną, niewiele większą od kciuka.
Obrazek
Po parunastu minutach doszedłem do czerwonego szlaku, prowadzącego na Borową. Miałem sporo czasu do odjazdu pociągu, mogłem więc pozwolić sobie na odwiedzenie znajomego kąta. Podchodząc, spotkałem na pieńku jeszcze jedną salamandrę. Szczyt Borowej stanowi niewielka polanka, otoczona gęstym lasem.
Obrazek
Pamiętam, że 25 lat temu był to bezleśny szczyt z piękną panoramą, którą podziwiałem, gdy w czasie strajków `81 roku wygaszono koksownie. Prowadzący ostro w dół szlak pozwolił mi na przyspieszenie kroku. Zauważyłem, że co raz częściej widzę mój cień. Gdy wyszedłem z lasu, na niebie pojawiły się błękitne dziury, przez które przyświecało słoneczko. O 16:55 byłem na wałbrzyskim Dworcu Głównym.
Obrazek
Tego dnia pokonałem wg krzywomierza 26 km i 35 pkt GOT.

Awatar użytkownika
Apollo
Moderator
Posty: 3021
Rejestracja: 17-03-2005 00:08
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: Apollo » 23-10-2006 20:01

wirek pisze:Nawet nie 10 minut rozpatrywano moją modlitwę i już mogłem się rozpiąć i z gołą głową doszedłem do ruin zamku, noszących wyraźne ślady poważnych prac archeologicznych.

No to wszystko jasne, Wirek nawet na górze ma układy ;).

Co do zamku, faktycznie, od kilku lat trwają tam prace (chyba z przerwami).

Ekstra wyprawa, ekstra relacja!
Pozdrawiam!

Awatar użytkownika
mariomar
stary wyga
Posty: 1135
Rejestracja: 30-07-2005 20:28
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: mariomar » 02-11-2006 16:54

Wirku, tez Cie podziwiam!!! Przypominają mi się młode lata, gdy chodziłem na tzw. trasy idiotyczne. Obowiązują na nich pewne zasady:
- trasa musi być powyżej 60 punktów GOT,
- odpoczynek nie może być dłuższy niż marsz go poprzedzający, tzn. jeśli od ostatniego odpoczynku szliśmy 40 min, to odpoczywac pożemy tylko 39 min,
- oraz odpoczynek nie może być dłuższy niż 1 godz. (mimo że od ostatniego odpoczynku szlismy np. 3 godziny).
Z powyższych zasad wynika jasno, że przejścia idiotyczne są non-stop, tj. bez noclegów. Moja najdłuższa trasa idiotyczna (96 km) wiodła z Wałbrzych Głównego PKP (start o 7.00 w sobotę) grzbietem Gór Kamiennych, Sowich, Bardzkich i Złotych aż na zamek Karpień (meta w niedzielę około 11.00) i stąd dalej pieszo do Lądka Zdroju PKP. Spałem w pociągu jak zabity. :shock: Są jednak więksi rekordziści, którzy przeszli non-stop ze Śnieżki (Karkonosze) na Śnieżnik (Masyw Śnieżnika) i to lekko na około, tj. przez Góry Sowie (dwie doby marszu non-stop). :oops:

Awatar użytkownika
wlkp
Moderator
Posty: 919
Rejestracja: 05-12-2006 15:13
Lokalizacja: okolice Poznania

Postautor: wlkp » 29-06-2007 07:33

Ach co to była za wyprawa i jaka relacja!
Wątek zasługuje na to, aby go odświeżyć, bo chyba już jest kultowy na forum. :)

Wirek, gratulacje!

Obrazek Obrazek Obrazek

Awatar użytkownika
mariomar
stary wyga
Posty: 1135
Rejestracja: 30-07-2005 20:28
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: mariomar » 29-06-2007 09:31

Zwłaszcza słyne ujęcie ogniwa łańcucha pokarmowego: tzw. koto-myszy. :wink:


Wróć do „Relacje z wypraw”