"Wzięło nas na chodzenie, zatem chodzić będziemy. Kofu, Święty Pies, Przewodnik Bushido poprowadzi nas ku lepszej przyszłości, wyższym poziomom egzystencji i niezbadanym dotąd terenom niedostępnym ludziom nieprowadzonym przez Kofu, Świętego Psa, Przewodnika Bushido"
- Kodeks Bushido, 178, 125-127, "Pieśń Wstępującego"
A więc. Jest czwartek, piąty sierpnia, późny wieczór. Kładę się spać za późno i nie wysypiam.
Piątek, dziewiąta. Wstaję, idę pod prysznic, w biegu pakuję, zakładam szelki Kofu, Świętemu Psu, Przewodnikowi Bushido i wybiegam na pociąg. We Wrocławiu idę do apteki po plastry i nurofen, pakuję się w kolejny i docieram do Jeleniej Góry. Stamtąd busem...:
- (kierowca): ale pies musi mieć kaganiec
- (zakładam go)
- k: a ma pan książeczkę szczepień?
- s: woziłem ze sobą przez tryz lata, ale nikt mnie nigdy nie spytał, więc przestałem
- k: przepisy się zmieniają...
- s: no to zabierze mnie pan czy nie?
- k: dobra, wsiadaj pan, ale jak mnie ITD złapie...
...docieram do Radomierza, gdzie stoję, moknąc i przemaczając suchy jeszcze ekwipunek. W końcu zabierają mnie ze sobą Remek (roztrzęsiony jeszcze po wjechaniu do rowu) i Agata. Przed snem wypijamy parę piw słuchając comy i SDMu. Idziemy spać.
Sobota, szósta czterdzieści. Pada, bardzo pada. Z wrażenia zapominamy zjeść śniadania, jedziemy z Remka dziadkiem do Świeradowa, słuchając w radio doniesień o rosnącym poziomie rzek w całej Kotlinie.
Na Stóg Izerski wyruszamy około siódmej i już pod Czeszką wybuchamy śmiechem, bo szlaki płyną wodą po kostki i golenie. Pies hasa w najlepsze i wygląda na zadowolonego z obrotu sytuacji. Jak łososie wspinamy się pod prąd. Przezornie przemaczamy doszczętnie wszystkie długie ubrania, aby się pod nimi spocić i móc je obciążone wodą i gnijące nieść w plecakach. Doszedłszy do stacji wyciągu obok schroniska "Na Stogu Izerskim" wbijamy się do wielkiej, pustej hali i rozpanaszamy bardzo. Rozkładamy się na ławce, włączamy kaloryfery, gotujemy zupę na palniku. Spędzamy tam kilka godzin, zastanawiając się czy dalsze ładowanie się w ten deszcz ma w ogóle sens.
seb: próby powstrzymania tego deszczu przy pomocy peleryny przypominają próby wykopania kopalni garnkiem...
Wysuszywszy co się da, pakujemy to do worków na śmieci i plecaków, chroniąc dobytek a nie siebie, bo to bez szans, a więc na krótko ubrani. Przebijamy się w stronę głownego grzbietu Izerskiego. Idziemy przyjemnym strumyczkiem przez las, dalej drogą na Sine Skałki, Przednią Kopę i takie tam. We wiacie gotujemy zupę z kiełbasą - jest wspaniale. Obwiązuję sobie pachwiny i uda opaskami elastycznymi aby złagodzić otarcia, ale są one za wąskie i zwijają się, powodując chyba więcej szkód niż pożytku. Trochę się przejaśnia, mijamy kopalnię "Stanisław" i schodzimy do Szklarskiej Poręby. Tam zakupy i obok Kamieńczyka w stronę Szrenicy. W drodze na Halę Szrenicką mijamy wiatę. Jest dziewiętnasta. Chwila zastanowienia - ciśniemy dalej, będziemy spać albo na hali albo w Odrodzeniu. W międzyczasie muszę założyć bluzę, bo takich strat ciepła już bym nie zniósł. Halę mijamy jednak, docieramy na grań i zaczyna się robić śmiesznie. Zapada bowiem zmrok, idziemy we mgle i zacinającym w najlepsze deszczu bardzo przyjemnym strumykiem, później jednak już ścieżką po śliskich kamieniach i tutaj już opowieść zaczyna zakrawać o określenie "nieodpowiedzialność". Zaczynam się zastanawiać:
seb: ciekawe czy gdybyśmy ubrali teraz na siebie wszystko i siedli w miejscu, to czy przetrwalibyśmy noc...
W tym momencie światło czołówki trafia na solidną wiatę po czeskiej stronie szlaku.
remek: pierdolę, nigdzie dalej nie idę.
Rozkładamy się, rozwieszamy co mokre, aby nie zgniło, gotujemy zupę, karmimy psa, przepłaszamy ptaki, wyjmujemy z worków na śmieci (suche!) śpiwory. Układamy na ławkach i zasypiamy, słysząc zawodzenie wiatru i ciągle walący deszcz.
Niedziela.
remek: widziałem o piątej, że jest ładna pogoda i chciałem wstać i iść... ale zaraz mi przeszło.
Obudziwszy się widzę, że smycz, którą przywiązałem psa, jest przegryziona. Myślę, że no to pięknie, pewnie hasa gdzieś daleko. Wołam i po prostu przychodzi. Remek nawet mówi, że w nocy Kofu odganiał jakieś zwierzęta spod wiaty. Chyba muszę zacząć mu bardziej ufać. Wstajemy o siódmej, zmuszamy do ubrania mokrych rzeczy w imię niemoczenia kolejnych, zjadamy śniadanie i ruszamy w stronę Odrodzenia. Orientuję się, że nieśmiało zaczynają mi krwawić uda. Dotarłszy tam, wypijamy gorącą czekoladę, oklejam plastrami pachwiny i uda co nie daje absolutnie nic. Oporządziwszy się i zjadłszy, wychodzimy w stronę Równi pod Śnieżką i nad Wielkim Stawiem Remek orientuje się, że... zostawił w Odrodzeniu kurtkę. Decyduje się więc tam wrócić, przez co nadkłada jakieś dziewięć kilometrów... Po chwili orientuję się, że przecież mam numer do Odrodzenia, że można ich poprosić o przechowanie, ale już pobiegł, ruszył i nie słyszy. Więc gonię, krzyczę dalej, ale nie doganiam, bo uda bolą mnie coraz bardziej. Idę więc coraz bardziej cierpiąc aż pod Domem Śląskim orientuję się, że krwawię jak zarzynane prosię, krew płynie mi po udach i generalnie czuję się jakbym miał okres. Schodzę wzdłuż Łomniczki do Karpacza, żeby jak najszybciej dotrzeć do apteki. Ta okazuje się oczywiście - zamkniętą. Siadam więc, wywalam bezużyteczne bandaże, rozwieszam wokół gnijące ubrania i czekam na Remka.
Gdy dociera:
remek: daj mi bandaże, bo nie mam stóp...
seb: (z szatańskim uśmiechem) spójrz za mną.
remek: no jak zamknięta?!
Odpoczywamy dalej chwilę i ruszamy dalej, w stronę Mysłakowic.
remek: odciski to mamy straszliwe
seb: niedługo będziemy mieli nowe stopy...
(po chwili zastanowienia)
...w sumie. patrz ile symboli. linienie zawsze jest oznaką rozwoju.
Po drodze zbieramy grzyby a dotarłszy do Sosnówki wychodzimy na asfalt, gdzie zaczynamy straszliwie cierpieć. Wchodzimy do kałuż, aby wilgoć zniwelowała ból. Nie niweluje. W Żabce robimy zakupy, idziemy jeszcze kawałek w las, ale w widząc kolejne potoki szlamu, decydujemy się wrócić do domu. Padają nam telefony, więc kupujemy kartę telefoniczną i z budki telefonicznej organizujemy pomoc. Dojeżdżamy autobusem do Jeleniej, tam w knajpie piwo i czekanie na mamę Remka, która zawozi nas do domu, gdzie idziemy spać.
zdjęcia wrzucę jak je zbiorę do kupy.