Po 1989 teren ten został ponownie odkryty, a obecnie dzięki Schengen, dla piechurów (i rowerzystów także) powstały nowe możliwości poruszania się po tym przygranicznym terenie. W dodatku zarówno droga na Szumawę jak i austriacko-niemieckie okolice obfitują w zabytki i ciekawe miejsca. Zatem zostało skompletowanie załogi (niestety, w ostatniej chwili wypadł z niej Eco, a na pewno by mu się tam podobało) i długi weekend czerwcowy jest nasz! Co prawda prognozy pogody były na początku fatalne, ale na szczęście się nie sprawdziły.
Pamiętając o mądrych poradach z forum, że do Czech należy kupić korony, a do ościennych państw euro, zatrzymujemy się w Cieszynie w kantorze, a potem już wita Czeska Republika. Cóż, z biegem lat stwierdzam, że stan niektórych dróg w Czechach i w Polsce się zbliża - nie dzięki polepszeniu w RP, ale pogorszeniu tam. Autostrada D1 (główna w kraju) to skandal i katastrofa - płyty jak kiedyś na hitlerowskiej A4, tylko, że przez kilkaset metrów i nie pochodzą sprzed wojny, ale z lat komuny... dodać do tego brak siatek przeciw zwierzętom i brak oświetlenia przy zjazdach - kompletna kicha. Ekspresówki koło Brna i Ołomuńca to samo - dopiero nowa autostrada do Ostrawy jest lepsza... drogi boczne - zależą od kraju - w południowoczeskim super, a na Vysocinie to fatalne...
ale wracając do podróży - w czwartek koło południa zatrzymujemy się Třebíču, wpisanym na listę UNESCO z powodu romańsko-gotyckiej bazyliki...
oraz dzielnicy żydowskiej i, drugiego po Pradze, największego żydowskiego cmentarza
dalszy plan na ten dzień torpeduje załamanie pogody oraz liczne remonty i związane z tym objazdy. Dojeżdzamy więc do Czeskich Budziejowic, robimy obfite zakupy (ło boziulku, tyle napojów turysty z pianką
W piątek rano nie pada, więc zbieramy się do auta. Dojeżdzamy do Novej Pecy, gdzie przesiadamy się na pociąg. W Cernym Krizu mamy 45 minut na przesiadkę, co skwapliwie wykorzystujemy na zajrzenie do knajpy, działającej na dworcu (facet zza baru przyjechał razem z nami vlakiem)
Dziś Nove Udoli to atrakcja turystyczna - działa tu knajpa w wagonie i najkrótsza na świecie kolej międzynarodowa, licząca 105 metrów
po zajrzeniu do muzeum i skosztowaniu półciemnego piwa Klostermann ruszamy na szlak. Jest trochę ludzi - jakaś grupa młodzieży (obóz wędrowny z przewodnikiem społecznym?), rowerzyści, ale ci wszyscy znikają na jednym ze skrzyżowań szlaków. Po drodze oglądamy m.in. początek unikalnego Schwarzenberskiego kanału z przełomu XVIII-XIX wieku - liczył 50 kilometrów i spławiano nim drewno aż do Wiednia, a niektóre jego fragmenty były czynne jeszcze do lat 60. XX wieku
potem zaczyna się wspinanie, wzdłuż granicy czesko-niemieckiej (gdyby nie ścieżka, to ciężko byłoby czasem ją dostrzec, bo słupki są rzadkie).
Dochodzimy do granicznego szczytu Třístoličník / Dreisesselberg, gdzie po niemieckiej stronie znajduje się schronisko. Zanim tam wstąpimy, zaglądamy jeszcze na niedaleki Hochstein (opinie, czy jest to najwyższy punkt Třístoličníka / Dreisesselbergu czy osobny szczyt są podzielone), z krzyżem (widocznych obrońców brak, pewno im zwinęli namiot) i szeroką panoramą na południowe Czechy, Bawarię i skrawek Austrii
wracamy do schroniska, mijając emerytów i klapkowiczów (po niemieckiej stronie, niedaleko, jest parking, ale na szczęście w jadalni schroniska dominują normalni turyści)
w schronisku zamawiam znakomite pszeniczne piwo oraz równie znakomitą zupę czosnkową (nie pamiętam, kiedy jadłem tak pyszną
trochę tu ludzi, w tym wesołych dziadków, których już mijaliśmy (jedni z nich prosili mnie, aby przeczytał nazwę szczytu po czesku, po czym podziękowali "spasiba"
Kilka pamiątkowych zdjęć zakamuflowanej opcji niemieckiej i pędzimy dalej w kierunku szczytu Plechý / Plöckenstein, najwyższego w czeskiej i austriackiej Szumawie
przykro tylko patrzeć na powalone dookoła drzewa - coś się musiało stać niedawno, gdyż na zdjęciach sprzed kilku lat i według mojego przewodnika teren ten jest jeszcze zalesiony...
odbijamy ze szlaku granicznego - mijamy m.in. pomnik upamiętniający Adalberta Stiflera (wygląda jak egipski obelisk)
a potem ostrym trawersem przemykamy koło Plešnégo jeziora (Plöckensteinsee), położonego nad skalistą, wysoką ścianą, na poziomie ponad 1000 metrów
przy tafli jeziora okazuje się, że mamy jeszcze prawie 10 kilometrów drogi - przynajmniej wierząc czeskim tablicom, bo kilometry non stop im się "gubią" lub "przybywają". Zdecydowanie wolę jednak czasy przejść - mówią mniej więcej co mam przed sobą, a informacja 3,5 km mówi mi tyle co nic - mogę ją przejść w pół godziny a mogę i w trzy.... Ruszamy z kopyta, znowu mijając Schwarzenebrski kanał, potem wychodzimy na otwartą przestrzeń
wracamy do auta, które na szczęście stoi w swoim miejscu
sobota to kolejne zwiedzanie - najpierw, przypadkowo, trafiamy do kościoła i na przykościelny cmentarz, praktycznie jedynej pozostałości po dawnej osadzie Zvonkova, także zmiecionej z powierzchni ziemi...
główny cel tego dnia, to Pasawa, miasto trzech rzek - Dunaju, Innu i Ilz, łączących się właśnie tutaj - z wysokości widać wyraźnie inny kolor każdej z nich!
same miasto to też perełka - zabytków moc, piękne widoki znad rzeki - z racji nieco śródziemnomorskiego charakteru nazywana jest "bawarską Wenecją"
niedziela to czas powrotów
reszta dnia to m.in. ruiny zamku Dívčí kámen (Maidstein), grobowiec Schwarzenbergów w Třeboňu i obiad w Pelhrimovie
ogólnie wypad udał się fantastycznie, dawno nie zobaczyłem tylu nowych miejsc i obiektów. Poniżej dwie galerie:
niegórska
https://picasaweb.google.com/PudelekIII ... kieOkolice
i górska
https://picasaweb.google.com/PudelekIII ... mTrojstyku
zdjęć jest sporo (i tak niewielki wycinek ze zrobionych), zatem tylko dla wytrwałych