Ponieważ między przyjazdem do Jeleniej Góry a odjazdem autobusu do Karpacza miałem ponad 40 min czasu, postanowiłem urządzić mały wypad na położone niepodal jeleniogórskiego dworca PKS Wzgórze Krzywoustego (375 m n.p.m.), a konkretniej na tamtejszą wieżę widokową.
Widok na rzeczone wzgórze i wieżę z dworca PKS
Niebo było dość mocno zachmurzone, ale słońce próbowało się przebić przez chmury
Po krótkim pobycie na wieży wróciłem z powrotem na dworzec PKS, skąd o 10 miałem autobus do Karpacza. Przed 11 rozpocząłem w Mieście pod Śnieżką swą wędrówkę. Śniegu było tam bardzo niewiele. Przeszedłem przez Wilczą Porębę i rozpocząłem marsz zielonym szlakiem, tzw. Tabaczaną Ścieżką.
Im wyżej, tym więcej było śniegu
Droga już w całości pokryta śniegiem
Szło mi się bardzo dobrze i szybko. Minąłem grupkę 5-6 osób maszerujących w tą samą stronę i przed południem dotarłem do Budnik, nieistniejącej osady górskiej na zboczach Kowarskiego Grzbietu
Resztki zabudowań Budnik
W „centrum” osady ujrzałem nad potokiem taką oto hałdę
Jest to pozostałość po prowadzonych tam niegdyś pracach górniczych, związanych z poszukiwaniem uranu.
Przeszedłem przez potok i wiedziony ciekawością, postanowiłem pójść kawałek w górę potoku. Ciekawość czasem się opłaca. Zaledwie po 30 metrach obejrzałem się w lewo i zobaczyłem coś takiego
Nie było wątpliwości – to wlot sztolni!
Postanowiłem wejść do środka. Sztolnia okazała się jednak zalana wodą.
Chodziłem już parokrotnie na bosaka w lodowatej wodzie po zalanych częściach kompleksu „Soboń” w Górach Sowich, więc sama w sobie woda nie stanowiła problemu. Różnica polegała na tym, że po „Soboniu” chodziłem latem, a teraz po wyjściu na zewnątrz czekał mróz i śnieg. Odłożyłem więc eksplorację do lata i zrobiłem w tył zwrot.
Po postoju ruszyłem żółtym szlakiem na Skalny Stół. Zakładałem ambitnie, że wejdę tam w ciągu pół godziny i w razie sprzyjających warunków ruszę na Śnieżkę.
Wspinaczka z Budnik na grzbiet Karkonoszy zajęła mi 1 h 15 minut i była to miejscami istna mordęga! Śniegu było po kolana, a czasem po pas. Miałem jednak to szczęście, że jakiś czas wcześniej szła tamtędy jedna osoba pozostawiając głębokie ślady, z których korzystałem, dzięki czemu nie zapadałem się nagle w śniegu. Osoba ta dobrze znała przebieg szlaku i zawdzięczam jej to, że szedłem bez żadnych trudności orientacyjnych. Moja wdzięczność dla anonimowego turysty nie znała granic – z miejsca obiecałem mu w myślach piwo
Kilka fotek z podejścia
Wreszcie szczyt!
Szlak biegnący w stronę przełęczy Okraj był jakby trochę nieprzetarty
Śnieżki nie było niestety widać. Krajobraz miał niesamowity – szaroniebieski odcień
Tam w dole leżała Sowia Przełęcz, na którą trzeba było teraz zejść
Znów nieocenione okazały się ślady zostawione przez mojego mimowolnego dobrodzieja
Wreszcie dotarłem na przełęcz
Już dawno temu wyparowała za mnie chęć wędrówki na Śnieżkę. Nie przy tym śniegu i nie w mokrych butach! Zrobiłem sobie tylko postój w wiacie
i ruszyłem czarnym szlakiem do Karpacza
Mniej więcej w połowie Sowiej Doliny spotkałem samotnego turystę, który podchodził na przełęcz. Krótkie „cześć” i każdy z nas podążył w swoją stronę.
Niebawem stanąłem na mały postój w wiacie, po czym ruszyłem dalej. Nie miałem pojęcia, że tuż poniżej niej droga jest zalodzona...
O tym, co się wówczas stało w Sowiej Dolinie, przypomina mi teraz olbrzymi siniak nad prawym okiem i odczuwalny jeszcze ból w lewym kolanie. Jak łatwo się zorientować, poślizgnąłem się na „zamaskowanym” lodzie i runąłem na zalodzoną drogę, uderzając z impetem głową w wystający kamień. Takiego bólu jak w tamtej chwili już dawno nie czułem! Miałem wrażenie, że pęka mi czaszka. Podparłem się rękami i siadłem na drodze czekając, aż będę w ogóle w stanie zebrać, Minęło dobrych kilka chwil, nim wstałem i ruszyłem w drogę. Początkowo bardzo mocno pulsował ból w lewym kolanie, ale stopniowo ustępował. Do Karpacza na przystanek PKS dotarłem bez dalszych przygód tuż przed 15.
Następnego dnia miałem się wybrać z Red Angelem w Góry Kamienne. Stan mocno stłuczonego kolana uświadomił mi, że jest to kiepski pomysł. Powiadomił go więc, że póki co zimy mam dosyć i z powodu kontuzji nazajutrz do niego nie dołączę. Większość niedzieli spędziłem leżąc. Nie da się ukryć – sobotnie powitanie zimy pozostanie niezapomniane!