Postanawiamy nie wracać do Andrzejówki, gdzie ostatnio zakończyliśmy wędrówkę tylko ominąć część czerwonego szlaku, który już kiedyś zrobiłem przechodząc dookoła Kotlinę Wałbrzyską, dlatego też ruszyliśmy wpierw żółtym szlakiem przez ruiny zamku Nowy Dwór (niezwykle miłe podejście na "dzień dobry"), a następnie niebieskim pod Borową i w okolicach Jedliny Zdrój lądujemy na Głównym Szlaku Wiadomo Jakim.
Idzie się nam w miarę dobrze, choć w kościach czujemy pięciogodzinną podróż pociągiem i lekkie niewyspanie. Pogoda jest taka sobie - na szczytach wieje mocny, zimny wiatr, po niebie przewalają się gęste, szare chmury. Dopiero pod koniec dnia wiatr się zupełnie uspokaja, niebo przejaśnia i nocą widać już gwiazdy oraz księżyc.
Późnym popołudniem wkraczamy w Góry Sowie w Masyw Włodarza i docieramy do Przełęczy Marcowej (712 m n.p.m.), gdzie zatrzymujemy się na nocleg w ładnej bo nowej, choć przypominającej nieco z wyglądu oborę wiacie. W środku jest sucho, bardzo dużo miejsca, dookoła czyściutko, stoją ławki, jest miejsce na ognisko, śmietnik i specjalnie napewno dla nas, porąbane w szczapy drzewo na ognisko. Widząc je odetchnąłem z ulgą, gdyż oprócz porannego pakowania się i zwijania namiotu, nie przepadam za bardzo za wieczornym zbieraniu drzewa
Oczywiście smażymy kiełbaski, w plecaku znajduje się przygotowana na tą okazje flaszka - delektujemy się jedzeniem, piciem oraz pobytem na łonie natury. Powiem Wam szczerze, że to właśnie wieczory spędzane w lesie przy ognisku, z dala od cywilizacji najbardziej lubię w całym tym moim chodzeniu po górach. Maszeruję cały dzień z myślą, że przyjdzie wieczór, że w końcu rozbiję się namiotem albo usnę we wiacie, uprzednio wpatrzony w blask ognia, wsłuchany w nocny las. Po prostu bajka.
Rano budzimy się dosyć późno, na niebie nie ma ani jednej chmurki choć jest dość zimno. Zjadamy naprędce śniadanie i ruszamy dalej czerwonym szlakiem. Niestety aż do opuszczenia Masywu Włodarza widoczki są znikome, szlak prowadzi przez większość drogi przez gęsty las mieszany. Dopiero za Grządkami - w drodze do Przełęczy Sokolej, wychodzimy na łąki i możemy podziwiać panoramy.
Mimo że jest środa, na trasie do schroniska Orzeł, Sowa i na samą Wielką Sowę mijamy sporo ludzi, wycieczek przede wszystkim złożonych z ludzi starszych. Wstępujemy do Orła na piwko i po pieczątkę, następnie do Sowy po to samo, aby wdrapać się na Wielką Sowę... po raz trzeci po to samo
Zygmuntówka. Dawno tutaj już nie byłem, będzie z trzy lata. Oczywiście jest wolny pokój, korzystamy z takich wynalazków naszej wspaniałej cywilizacji jak prysznic i czajnik. No i oczywiście piwo. Na dworze niestety z przerwami pada. Huśtamy się na huśtawce i z braku laku idziemy spać. W między czasie dowiaduję się, że jest już nowy dzierżawca schroniska a obecni już za niedługo wracają do domu. Szkoda bo się do nich przyzwyczaiłem i szczerze mówiąc nie wiem, czy inna twarz będzie mi pasowała do tego miejsca. Z drugiej strony, jest wiele rzeczy do zrobienia w tym schronisku, a które do tej pory nie były robione. Pożyjemy, zobaczymy - jak mawiają.
Na drugi dzień wyglądając przez okno widzę, że nie pada choć las zalega w chmurach i mgle. Oczywiście jak wychodzimy musi zacząć padać aby było zabawnie. Dopiero (albo już w sumie) na Bielawskiej Polance deszcz ustępuje i niebo zaczyna się nieśmiało przecierać. Wcześniej z wieży na Kalenicy nic niestety nie było widać...
Odcinek do Srebrnej Góry jest dość nużący, choć niekoniecznie męczący. Robimy krótki popas na Przełęczy Woliborskiej i idziemy dalej. Docieramy do Twierdzy Srebrnogórskiej, wypogodziło się już zupełnie. Bilet na zwiedzanie kosztuje 13zł, zwiedza się twierdze z przewodnikiem i trwa to około godziny. I szczerze mówiąc nie chce nam się jeszcze godziny chodzić po twierdzy i słuchać tego, co przeczytaliśmy w przewodniku. Poza tym te 13zł... - kiedy indziej - podejmujemy decyzję. Przybijam tylko pieczątkę, robię parę fotek i opuszczamy zimne mury.
Na ten dzień nie mamy zaklepanego nigdzie noclegu i nie ma nigdzie w pobliżu Srebrnej Góry żadnych wiat gdzie można by przenocować, choć z doświadczenia wiem, ze agroturystyk i pokoi do wynajęcia jest tam sporo. Z cichą nadzieją zamierzam wstąpić i spytać się o cenę noclegu w dawnym schronisku PTTK w Srebrnej Górze. A nuż będą wolne pokoje za przystępną cenę? I rzeczywiście udaje się - są takowe dla turystów plecakowych za 35zł od osoby - dla mnie jest to ostateczna górna cena jaką jestem gotów zapłacić za nocleg.
Budynek jest cały wyremontowany, powrócił do swojej dawnej, przedwojennej nazwy "Villa Hubertus". Standardy jakie w nim panują nawet dla turystów plecakowych są bardzo dobre, jest czystko, pachnie drewnem, śpi się w pościeli, a same pokoje są trzyosobowe. Ale to jeszcze nic! W barze oprócz jedzenia można napić się piwa - i to jakiego, ha! Czeski Opat pod każdą postacią - zwykły, miodowy, jakieś dwa owocowe chyba, podwójnie chmielony, do tego piwo marcowe z tegoż browaru i wszystko to za 6zł. Pić nie umierać.
A oto krótka historia obiektu; Budynek schroniska wybudował na początku XX wieku Hermann Scherwat, przewodniczący miejscowego oddziału Eulengebirgverein i dzierżawca restauracji w Don Jonie. Obiekt istniał co najmniej od 1910, nosząc nazwę "Villa Hubertus". W 1913 jego właścicielem był Julius Nitschke i prowadził w nim luksusowy pensjonat z niewieloma miejscami do spania (pokoje musiały być duże, podobnie jak ceny). Budynek był wówczas nieco mniejszy i powstał na planie zbliżony do krzyża. Do budowy zużyto kamienia, cegieł i drewna, a dach przykryto czerwoną dachówką. Obok znajdował się niewielki budynek gospodarczy.
Już w 1913 willę zakupiły władze śląskiego Jungdeutschlandsverband (Zrzeszenia Młodych Niemiec) i zmieniły nazwę na "Villa Jungdeutschland". Pełniła ona funkcję miejsca odpoczynku dla przywódców zrzeszenia oraz obsługi i recepcji schroniska młodzieżowego, znajdującego się w forcie Ostróg. Wnętrza nadal były bogato wyposażone i możliwy był w nich nocleg. W okresie I wojny światowej w budynku miał swą kwaterę kapitan Rittweger, z górskiego rezerwowego oddziału karabinów maszynowych (oddział przybył do Srebrnej Góry w 1915). W 1920 obiekt przejął baron Ernest Albert Adolf von Seckendorf Götz i urządził w nim zwykły dom mieszkalny (pod nazwą "Haus Hohenstein").
Nie wiadomo czy Seckendorfowie mieszkali w nim w czasie ostatniej wojny światowej - mogły go przejąć władze wojskowego, które w pobliskiej twierdzy prowadziły oflag.Po 1945 dom został zaadaptowany na potrzeby leśnictwa (w tym też okresie dobudowany północny fragment obiektu, w zupełnie innym układzie architektonicznym). W 1957 przejęło go miejscowe PTTK, a w 1959 otwarło w nim schronisko. W okolicach 1960 obok schroniska otwarto pierwszą na Dolnym Śląsku stację sejsmiczną Zakładu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk.
Schronisko pod koniec lat 60. było w złym stanie technicznym - zamknięto je w 1969. Po kilku latach dewastacji i podczas trwającego jeszcze remontu ponownie otwarto je w 1974 i nadano nazwę Schronisko PTTK w Srebrnej Górze Pod Fortami im. kontradmirała Stefana Frankowskiego z 38 miejscami noclegowymi. W późniejszym okresie kontradmirał przestał być patronem, a w latach 80. ponownie je zamknięto.
Jeżeli ktoś z Was zbiera pieczątki to wiedzcie, że na barze można przybić sobie starą pieczątkę schroniska PTTK
Oczywiście schodzimy do Samej Srebrnej Góry, robimy zakupy i zwiedzamy okolicę. Wtedy też w naszych głowach zrodził się plan, aby nie wracać od rana do domu, tylko przejść jeszcze się jakiś kawałek po górach, tak żeby wrócić pod wieczór. Wybór padł tym razem na Góry Bardzkie jako, że ten odcinek chciałem już kiedyś przejść.
Na drugi dzień już o godzinie dziewiątej rano jest strasznie gorąco. Opuszczamy czerwony szlak i udajemy się na niebieski, prowadzący do Barda. Idzie się ciężko, szlak co chwila znika nam za krzakami a w dodatku nie mam mapy. Następnie przychodzi spory odcinek przejść asfaltem - każdy z Was zapewne wie, jaka to przyjemność maszerować asfaltem w taki upał.
Większość szlaku jest zalesiona, widoków jak na lekarstwo, much zatrzęsienie, a wody i piwa za mało. W końcu docieramy padnięci do Barda i pierwsze co robimy, to szukamy sklepu aby uzupełnić płyny. Następnie wleczemy się już na przystanek PKP i czekając na pociąg oddajemy się błogiemu nicnierobieniu. Ostatni dzień dał nam najbardziej w kość ale co tam, ja już znowu chcę w góry!
A wszystkie zdjęcia znajdziecie tutaj: https://picasaweb.google.com/1157835289 ... eIBardzkie