IDZIE SIĘ TYLKO DWA RAZY!
Mocne postanowienie
Było to około godziny 20, w sobotę 18 września 2010 r. Wraz z kolegą, Robertem „Gregorem” Grzegorkiem, zrezygnowaliśmy właśnie po 24 godzinach marszu z udziału w VII edycji Przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Wiedziałem, że będę chciał kiedyś ponownie spróbować swych sił, że wrócę, by raz jeszcze wystartować i tym razem ukończyć Przejście.
Przypadek rządzi na wojnie i... w życiu codziennym
Koniec sierpnia 2012 r. Siedzę z kilkoma nowoprzyjętymi pracownikami w utworzonym z krzeseł kręgu i słucham informacji podawanych przez nowych zwierzchników. Z nudów przenoszę wzrok z nich na ścianę za biurkiem wicedyrektora. Patrzę na oprawione w antyramę dyplomy z jakichś imprez. Dostrzegam potwierdzenia, że osoba, do której należy biurko, startowała w przygodowym rajdzie nocnym na orientację „Tropiciel” i go ukończyła. Obok dyplomów z dwu edycji „Tropiciela” są też numery startowe z różnych imprez. Zauważam m.in. oprawiony w antyramę numer z Izerskiej Wyrypy oraz dwa... z Przejścia dokoła Kotliny Jeleniogórskiej! Nieco nudne spotkanie zamienia się w ciekawe odkrycie.
Teraz wypadki zaczynają się toczyć z oszałamiającą prędkością.
30 VIII 2012 r.: spotkanie ze znajomym na Gądowie we Wrocławiu. Dowiaduję się, że jego znajomy idzie z narzeczoną na Przejście.
5 IX 2012 r.: rozmowa z wicedyrektorem o górskich forach internetowych i górach. Wspominam o tym, że widziałem Jego nazwisko na liście startowej tegorocznego Przejścia. Zaskakująca propozycja – mogę iść zamiast Niego, gdyż On nie może! Proszę o czas na podjęcie decyzji. Dzień później, 6 IX, melduję się u Niego ponownie. Decyzja: wystartuję!
Mam tydzień na przygotowanie się i logistykę. Z kondycją fizyczną jest świetnie (latem bardzo dużo chodziłem po górach, w tym w sierpniu dwutygodniowe Grand Tour przez cztery pasma górskie: Beskid Niski, Tatry, Gorce i Bieszczady). Nastawienie psychiczne bardzo bojowe. Pozostaje logistyka: co zabrać i JAK się dostać na start. Obstawiam transport komunikacją publiczną, ale potem przypominam sobie o „znajomym znajomego”, który będzie na Przejściu. Seria SMS-ów i telefonów. Skutek? Mam załatwiony transport samochodem na start w piątek 14 IX i staję się częścią czteroosobowego teamu.
Zespół
Piątek, 14 IX 2012, godziny popołudniowe, rejon pl. Legionów we Wrocławiu.
Spotykam i poznaję Mariusza i Martę, dzięki którym mam transport. Pakujemy rzeczy do ich Toyoty i czekamy na ostatniego „team-membera”: Franka. Oto i jest. Ruszamy!
Pierwsze rozmowy, wzajemne poznawanie się i pytania. Jestem jedyną osobą z tej czwórki, która wcześniej była na Przejściu. Staram się dzielić swą wiedzą i doświadczeniem.
„Ktoś z naszej czwórki na pewno dojdzie”
Byliśmy na wysokości Strzegomia, gdy poruszyłem temat statystyk (jak wiadomo, liczby nie kłamią
W oczekiwaniu na „odpalenie rakiety”
Szklarska Poręba, parking koło wyciągu. Po zapakowaniu auta i zabraniu rzeczy
idziemy w stronę „Szałasu”,
obok którego stoi dmuchany namiot, aby się „zalogować do systemu”.
Mijamy rząd zaparkowanych aut z rejestracjami chyba wszystkich powiatów Dolnego Śląska i różnych zakątków Polski (Warszawy i Pomorza nie wyłączając). Szybko i sprawnie zostajemy wciągnięci na stosowną listę, odbieramy pakiet startowy i „go” do szałasu, bo na dworze jakby trochę zimno. Idziemy na obiad, bo cała nasza czwórka pojechała na Przejście wprost po pracy.
Mężczyźni zamawiają pierogi ruskie, jedyna dama w naszym gronie decyduje się na naleśniki. Lokujemy się na piętrze przy stoliku, przy którym siedzi jedna osoba. Spytaliśmy oczywiście, czy możemy się dosiąść. Nie było problemu.
I to już niestety koniec I części. Jako że teraz za oknem we Wrocławiu jest szaro, buro i pada drobny śnieg, wstawię na zakończenie tego, ca napisałem jesienią fotkę okna w "Szałasie" z widokiem nieba o zachodzie słońca. Patrząc wtedy na ten widok myślałem, co przyniesie przyszłość. Tego dowiecie się z następnej części
