Po Wielkiej Przerwie nadszedł najwyższy czas na rozpoczęcie kolejnego sezonu polowań. Prawie-Tradycyjnie od Kopy. Zresztą, wiosna w pełnej krasie, drugi kwietnia, nic tylko jechać. Wieczorem jeszcze, widząc zapowiedzi pogody, powątpiewamy czy to w ogóle ma sens li szanse powodzenia. W końcu koło północy dociera do mnie Maciek, trochę jeszcze się krzątamy, zasypiamy koło 3. Gdy o siódmej dzwoni budzik, patrzymy za okno a tam biało, mgliście i niezachęcająco. Przestawiamy zatem budziki kilka razy, w końcu całkiem wyłączamy i budzimy się przed 9. Zjadamy na śniadanie płatki z mlekiem. Maciek już definitywnie rezygnuje z wyjazdu i przekonywanie go trwa dobre kilkanaście minut. W końcu mówi: "zjebałeś mi dzień" i jednak się zbiera. Wyruszamy przed 10. wpadamy do Tesco na ostatnie zakupy i wyjeżdżamy z Opola. Jak przystało na wspomnianą już wiosnę w pełnej krasie - oferuje nam temperaturę oscylującą w okolicach zera i zalegający wszędzie wokół śnieg. Tyle dobrze, że drogi są czarne. Na szczęście około 12. wychodzi słońce i robi się całkiem przyjemnie. Docieramy do Prószkowa, gdzie robimy pierwszy, śniadaniowy postój. Szukamy chwilę sklepu, w którym można by kupić dal mnie pedały, bo stare skrzypią i piszczą, co niekorzystnie wpływa na stan psychiczny. Dalej wyjeżdżamy na Przysiecz i ciągle szukamy stacji benzynowej z kompresorem. Nie ma takiej. Zaczynam też coraz bardziej odczuwać zakwasy po ostatnim graniu w piłkę i jedzie mi się coraz bardziej średnio, jednak do końca Wielkiego Lasu jeszcze utrzymujemy niezłe tempo. Na stałej miejscówce przed zjazdem na Moszną robimy kolejny postój i później już bez komplikacji, jednak coraz wolniej, jedziemy aż do Prudnika. Tam zakupy, wreszcie dopompowanie opon, co nieco podratowuje tempo i przez Łąkę Prudnicką do Pokrzywnej. Ostatni odcinek już po śniegu. Rowery zostawiamy tak wysoko jak da się je wprowadzić i od razu żałujemy, że nie wzieliśmy ze sobą nic, na czym moglibyśmy zjechać z góry, bo warunki ku temu są doskonałe. Pniemy się żółtym szlakiem, najpierw po śladach jakichś maszyn, aż się kończą one. Dalej już jeno śnieg, rozdeptany przez jedną osobę. Zmieniając się w roli lodołamacza idziemy w śniegu po kostki, później łydki, później kolana. Po drodze staczamy tradycyjną walkę na kije (film). Ostatni odcinek pokonujemy czerwonym szlakiem, gdzie nic nie jest przedeptane, brodząc już miejscami po uda (mac: "jestem przynajmniej na 20 % pewny, że to tędy"). Czołgając się docieramy na Polanę Pokoju (Krzyżową Polanę(?)) i stamtąd już tylko kilkadziesiąt metrów na szczyt. O dziwo, udaje się tam dotrzeć jeszcze za dnia, więc wejście zajęło nam w sumie niecałe trzy godziny. Na szczycie wypijamy colę i czem prędzej wtaczamy do schroniska.
Tam wita nas płonący ogień w kominku, żurek i fasolka po bretońsku. To jest takie piękne i czemu całe życie nie mogłoby być takie proste. Czemuż bułka z pasztetową, cola, żurek, fasolka po bretońsku i ciepło nie mogą zawsze czynić nas bezwzględnie szczęśliwymi? Czemuż najpierw musimy przez trzy godziny brodzić w śniegu?
Po pseudo-przesuszeniu obuwia i zamarzniętych nogawek opuszczamy gościnne progi. Postanawiamy zejść dla odmiany wyjeżdżoną przez samochód drogą, żeby już się nie zamoczyć bardziej przed powrotem. W godzinę dochodzimy do Jarnołtówka, skąd jeszcze kilka kilometrów do rowerów, ale już asfaltową drogą. Czy to lepiej, któż wie, bo okazuje się ona śliska. Maciek upada na lodzie po raz pierwszy, z wielkim hukiem. Upewniwszy się, że nic mu nie jest, czem prędzej robię zdjęcie. Po kilkunastu metrach, sytuacja się powtarza. Idziemy sobie i nagle BUM! Dziewięćdziesiąt kilo wali się na ziemię, Maciek upada na lodzie po raz drugi. W końcu schodzimy ze szklanki w wartkie strumyczki i do głównej droga, skąd już prosto do rowerów.
Czem prędzej dojeżdżamy do Prudnika by zrobić jeszcze zakupy, ubieramy jeszcze co się w plecakach znajdzie, bo temperatura już spadła poniżej zera i rozpoczynamy drogę powrotną. Do pewnego momentu właściwie bez historii, na stałym przystanku postój i strucla z energy-drinkiem. Przejazd przez Wielki Las dłuży się jak zwykle. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak po zjeździe z wiaduktu nad autostradą w Przysieczy. Otóż, tamże wjeżdżamy w Wielkie Dziury i Maćkowi przedziurawia się dętka. Doprowadzamy rowery do rynku w Prószkowie i tam, od 2:15 do 3:30 trwa operacja Sklejania. Okazuje się jednak, że klej wulkanizacyjny nie działa zbyt dobrze w ujemnych temperaturach i kolejne łaty nijak nie chcą się trzymać. Mając w alternatywie kilkunastokilometrowy marsz, zalewamy dziurę wszelkimi rodzajami klejów, nakładając największą łatę, jaką mamy. To powoduje zatrzymanie powietrza w dętce na kilka minut, w czasie których można już przejechać parę kilometrów. Gdy ruszamy, okazuje się, że w mojej dętce też zeszło powietrze. Jednak po dopompowaniu okazuje się, że łatanie nie będzie konieczne. Koniec końców - po pięciu operacjach dopompowania, udaje nam się dotrzeć do Opola i przez most na Bolko jedziemy do domów.
zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/1102905917 ... iskupia503
(n-ty) Raz Kopie Śmierć 2.04.2013
(n-ty) Raz Kopie Śmierć 2.04.2013
"following our will and wind we may just go where no one's been"
Kiedy zobaczyłem to zdjęcie, aż sprawdziłem, czy mam swój numer startowy z Przejścia 2011
https://picasaweb.google.com/1102905917 ... 6509832002[/img]
Chyba Ci się dostał taki sam w 2012, jak mój z poprzedniego roku.
https://picasaweb.google.com/1102905917 ... 6509832002[/img]
Chyba Ci się dostał taki sam w 2012, jak mój z poprzedniego roku.