I tym razem towarzyszyła mi w ekspedycji niestrudzona Agacior, i tym razem wyruszyliśmy z Poznania, i tym razem podróż była długa i męcząca. Ale czymże jest te parę godzin w dusznym pociągu i autobusie-piekarniku, kiedy każda minuta przybliża nas do nowej, upragnionej przygody?
Wyruszamy z Lądka Zdroju, to tu zakończyliśmy ostatni etap GSS jakiś miesiąc temu. Wówczas z nieba lał przez parę dni deszcz, teraz świeciło słońce i na niebie nie było ani jednej chmurki. Dzisiejszy cel to Jawornik Wielki, a ostateczny - Paczków.
Przed wyruszeniem na szlak zakupujemy dodatkowe zapasy wody, z nieba leje się żar i nawet idąc w cieniu jest strasznie męcząco. Na szczęście co jakiś czas mijamy po drodze leśne źródełka w których to możemy się schłodzić.
Nawet nie wiem kiedy, gdy dochodzimy do wioski Orłowiec położonej niemal pod Jawornikiem. Tutaj pod kościołkiem robimy nieco dłuższą przerwę, Agacior zaznajamia się z miejscowymi kotami, dodatkowo uzupełniamy płyny czymś treściwszym niż woda.
W między czasie gdzieś za górami zaczyna grzmieć i napływają ku nam coraz bardziej ciemne chmury. Tubylcy oznajmiają nam z powagą, że "za piętnaście minut będzie padać". Mija dwadzieścia a tu nie spadła jeszcze kropla deszczu mimo, że po drugiej stronie Jawornika, gdzieś nad Złotym Stokiem nieźle się kotłuje. W końcu zrażeni tym brakiem zdecydowania burzy wstajemy i ruszamy na szlak - co będzie, to będzie, najwyżej zmokniemy. I był to słuszny wybór, gdyż czekając na deszcz w Orłowcu zapewne byśmy musieli przedłuży nasz pobyt w górach o jakiś tydzień.
Szlak na Jawornik Wielki pnie się leniwie i niemal cały czas pod górę. Pot leje się ze mnie strumieniami, jest parno i duszno niczym w puszczy amazońskiej gdzieś na wysokości Manaus. Aby tego było mało jakiś palant (tak, nie boję się tego słowa i mogę je nawet powtórzyć - palant!) pościnał krzaki i co mniejsze drzewa przy szlaku i niemal wszystkie powyrzucał na ścieżkę zagradzając ją przy tym kompletnie. W paru miejscach musieliśmy forsować dwumetrowe, zielone zasieki w których jakby tego jeszcze było mało, fruwało pełno jakichś dziwnych, małych białych muszek. Amazonia!
W końcu dochodzimy do naszego celu. Wieża widokowa na Jaworniku stoi w tym samym miejscu w którym zostawiłem ją rok temu, tylko drzewa je okalające nieco podrosły i widoki po bokach (np. w kierunku Borówkowej) są już niemal zerowe. Rozbijamy obozowisko, namiot na pierwszej platformie, szykujemy miejsce na ognisko i nieco poprawiamy oczywiście w zgodzie z naturą walory turystyczne okolic wieży. Swoją drogą strasznie brakuje na szczycie jakiejś ławeczki, stoliczka.
Burza która krążyła po okolicy pod wieczór, zupełnie rozpływa się na horyzoncie i dzięki temu możemy delektować się z wieży pięknymi widokami. A gdy zdobiące pomarańczowo-złotym kolorem góry i lasy słońce skryło się już za horyzontem ustępując nocy, nadszedł czas na to co lubię najbardziej w wyjazdach w góry - na siedzenie przy ognisku, smażenie kiełbasek, popijanie piwka i wsłuchiwanie się w otaczającą mnie naturę.
Nie wiedzieć nawet kiedy, a trzeba było już iść spać, aby być wypoczętym na kolejny dzień wędrówki...
Pobudka - to słowo, którego Agacior nie lubi najbardziej. Ja już od szóstej krzątam się na nogach, robię sobie zupkę na butli, kręcę się po okolicy. Na szlak wychodzimy po dziewiątej - smutno nam opuszczać wieżę i szczyt góry gdyż bardzo nam się tutaj spodobało i w specyficzny sposób się z nim zbrataliśmy. Ale trzeba iść dalej - cel pierwszy: Złoty Stok.
Dziś jest jeszcze goręcej niż wczoraj. Z nieba leje się żar, w Złotym Stoku uzupełniamy płyny w knajpie nieopodal przystanku PKSu. Przez upał perspektywa dojścia do Paczkowa (a w planach nawet do Otmuchowa, gdyż zamierzałem odwiedzić w tamtejszym ośrodku PTTKu nad jeziorem znajomych) oddala się.
Nic na siłę, stwierdzamy i pomału ruszamy dalej - gdzie dojdziemy, tam się rozbijemy na noc.
I tak dochodzimy do wsi Błotnica nieopodal jeziora Paczkowskiego. Sącząc przy sklepie piwko w mojej głowie powoli dojrzewa plan rozbicia się dziś... nad jeziorem. Agacior jest wniebowzięta, mi też się ten plan uśmiecha.
Po godzinie siedemnastej znajdujemy odpowiednie miejsce i od tego czasu aż do zachodu słońca Agacior nie wychodzi z wody. Delektujemy się zachodem słońca i standardowo na koniec rozpalamy ognisko (choć tym razem trochę się wahaliśmy biorąc pod uwagę fakt iż w okolicy kręciło się troszkę ludzi i nie wiedzieliśmy czy któremuś z nich nie uderzy do głowy zadzwonić po straż lub policję). Niestety nie przewidzieliśmy jednego...
Skoro jesteśmy nad wodą, to dookoła będzie pełno komarów! Wraz z zachodem słońca na świat wylęgły się chyba miliardy miliardów tych małych, wkurzających stworzeń. Nie odstraszał ich dym z ogniska, groźby ani prośby. Potrafiły wejść za koszulę, w spodnie, do nosa. Nieustanne bzzzzz przyprawiało do szaleństwa. Usmażyliśmy raptem dwie kiełbaski, gdy stwierdziliśmy że gasimy ogień i wskakujemy do namiotu. Nie było innego wyjścia, pokonały nas komary...
Na drugi dzień wychylamy ostrożnie głowę na zewnątrz, by z ulgą stwierdzić, ze komarów już nie ma. Jest to dzień naszego powrotu do domu więc strasznie się ociągamy, Agacior oczywiście wskakuje do wody a ja niemrawo krzątam się po plaży.
Mamy rzut beretem do Paczkowa, w którym jesteśmy już koło godziny jedenastej. Zwiedzamy miasto; dom kata, wspinamy się na wieże ratuszową. Wszystko fajnie, gdyby nie świadomość tego, że to już koniec wędrówki, koniec Głównego Szlaku Wiadomo Jakiego. Jakoś mi tak smutno, bo przez to, że tak długo go pokonywałem, na raty, etapami, strasznie się z nim z żyłem. Wiem, wiem, jest jeszcze odcinek do Prudnika, ale to już jakby nie to samo...
Sam Paczków strasznie mi się spodobał, uwielbiam takie miasteczka w których czuć średniowieczny klimat.
Po czternastej odjeżdżamy autobusem do Kłodzka, a stamtąd już pociąg do Poznania z przesiadką w stolicy Dolnego Śląska...
Wszystkie zdjęcia tutaj:
https://picasaweb.google.com/zplecakiem ... DoPaczkowa