Z sobotniego zjazdu ze Ślęży niebieskim szlakiem.
na filmie tego nie widać, ale jest tam bardzo stromo.
Prędkość żadna, w sumie śmieszna gleba, koło poleciało na śliskim kamieniu i chciałem się złapać drzewa, żeby nie spaść w dół.
https://vimeo.com/108709300
Wypadający bark jest efektem dosyć starej kontuzji i czasami o sobie przypomina, ogólnie to po rozluźnieniu wszystkich mięśni w odpowiedniej pozycji bark sam wskakiwał na miejsce, ale nie tym razem.
Po odłożeniu kasku i pożegnaniu kolegów, usiadłem sobie na kamieniu próbując nastawić bark z powrotem na miejsce.
Bolało bardzo ale tylko przez pierwsza minutę, ogólnie byłem trochę poszokowany, adrenalina i świadomość że jestem w przysłowiowej dupie sporo pomogła, po chwili czułem już tylko lekki bólu, ale nie mogłem podnieść ręki, mogłem jedynie ruszać lekko łokciem i nadgarstkiem.
Minęło jakieś 8 minut, byłem już załamany i straciłem nadzieję że się uda. Ale widząc że w dół nie dam rady nawet sprowadzić roweru a tym bardziej w górę, (a bylem może ze 100m w pionie od szczytu) postanowiłem pomóc swojej ręce wrócić na miejsce.
Po kilku próbach nastawienia stawu w różnych pozycjach w końcu się udało. Chwyciłem rękę za łokieć i w pozycji gdy ręka wisiała swobodnie obróciłem ją zgodnie z kierunkiem ruchu zegara, po 3 takich obróceniach po kilka stopni odzyskałem pełną sprawność w kończynie i mogłem wrócić do domu jakby nigdy nic się nie stało.
Samo nastawianie już w ogóle nie bolało, jedynie było słychać dźwięki jak by ktoś rozrywał udko z kurczaka [:P] Pozostanie mi po tym tylko niesmaczne wspomnienie, którego wolał bym nie pamiętać.
W drodze powrotnej na postojach czułem tylko lekkie kucie w barku.
A to powrót do domu po przebytym leśnym zabiegu
https://vimeo.com/108949298
Za to po powrocie do domu gdy emocje już opadły i usiadłem sobie na spokojnie przy kompie ból był na tyle silny, że nie mogłem podnieść ręki z myszki i w sumie do dzisiaj zmieniam biegi w aucie lewą ręką.