Do schroniska dojeżdżamy przed 21, gdyż z Poznania wyjechaliśmy dopiero koło 17stej godziny. Szybko się przebieramy i lądujemy na parkiecie. Nie wiedzieć kiedy, a wybija północ, szampan uderza do głów, ja koło drugiej przybijam gwoździa, Agacior wraz z pozostałymi członkami naszej ekspedycji bawią się jeszcze ponoć do piątej.
Na drugi dzień nie wstajemy skoro świt. Mimo lekkiego kaca, którego rzecz jasna zaraz leczymy, zjadamy śniadanio-obiad i wyruszamy na szczyt Ślęży. Najpierw idziemy czarnym szlakiem, aby następnie odbić na niebieski, który jest chyba z tych oficjalnych, znakowanych szlaków najtrudniejszym w wejściu na szczyt.
Mniej więcej w połowie drogi pojawił się śnieg oraz lód znacznie utrudniający wspinanie się po kamiennych schodkach.
Do tego na górze dość mocno wieje. Nie zraża to jednak jednego z członków naszej ekspedycji przed wejściem na nieczynną wieżę widokową. W miejsce metalowej, wyciętej drabinki na pierwszym poziomie, ktoś wstawił drewnianą drabinę.
Po wstępnym zaspokojeniu popędu widokowo-górskiego, idziemy do schroniska na kubek grzanego wina. Cena za 200ml - 9,80. Strasznie drogo, dość nie miła obsługa, a jednak ruch straszny. Schronisko to ma wielki potencjał, a jak tam jest, wszyscy wiemy...
Zapada już zmierzch, dlatego odpalamy czołówki i przy ich świetle schodzimy z powrotem do Domu Turysty, tym razem żółtym szlakiem przez Wieżycę, mijając po drodze m.in. Pannę z Rybą i Niedźwiadka i debatując nad losem Słowian, Celtów, niegdysiejszych bogów i wszystkiego co było, a czego już nie ma. To Śląski Olimp wywiera na nas swoją magię.
Wieczór spędzamy przy piwku (ciekawy wybór czeskich i słowackich), aby na drugi dzień powrócić do rzeczywistości...
Wszystkie zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/1157835289 ... PodWiezyca