klossone pisze:Witam.
Posiadam w swoich zbiorach reprint wspomnianego przewodnika i uważam, że pomimo upływu lat jest świetny, co świadczy o "jakości" dr. Aleksandra.
W związku z tym w sprawie tablicy nie mam nic do powiedzenia - a raczej mam: wierzyć się nie chce, że takie rzeczy się dzieją, skandal.
I tyle.
Chyba mało jeszcze wiesz, na co jeszcze stać co niektórych. Przewodnicy z wrocławskiego SKPS np. kłamliwie twierdzą, że "w okresie pruskim - od 2. poł. XVIII w. - zwarte grupy Polaków były jeszcze liczne w prawobrzeżnej części Dolnego Śląska", i że "w części lewobrzeżnej (w stosunku do Odry) nie było ich wcale". Wg nich obecność Polaków na tym terenie wiązała się tylko z przemarszami wojsk, wyjazdami na kuracje zdrowotne i miała charakter epizodów. Po prostu ręce opadają...
A potwierdzone źródłowo fakty są takie, że jedynie położone wyżej w górach wsie, stopniowo zakładane przez kolonistów od XIV w., od początku były zasiedlane przez Niemców. I te nigdy nie miały polskich nazw. To jednak tylko niewielki obszar Sudetów. Poza tym wiele nazw pasm górskich, rzek i dolin ma swój słowiański źródłosłów. Tak podają nawet niektóre niemieckie publikacje, pisał o tym w swojej obszernej pracy na temat nazw słowiańskich na Śląsku ks. prof. Stanisław Kozierowski z podpoznańskiej Winnej Góry - do dziś wysoko ceniony onomasta. Pisał o tym również Zbygniew Martynowski z Lądka. A pierwszy zapis polskiej mowy rdzennych mieszkanców tej ziemi w Księdze Henrykowskiej, to niby w jaki sposób się wziął?
Pod koniec XVIII wieku, kiedy pruskie władze zapoczątkowały akcję germanizacyjną poprzez szkołę, wielu nauczycieli na Śląsku nawet nie rozumiało dobrze po niemiecku. Zalecono zastąpić ich innymi, ale zanim to nastąpiło to wydany w tym czasie regulamin dla szkół np. w okręgu wrocławskim musiał być tłumaczony na język polski, w którym odbito około 3800 egzemplarzy i rozesłano do wsi (po 3 egzemplarze).
Nawet niemieckie źródła podają (dane J. Partscha oraz ankieta przeprowadzona w 1814 czyli jeszcze w I połowie XIX w.!), że wsie polskie znajdują się m.in. w powiecie kożuchowskim, świdnickim, strzelińskim, głubczyckim i nyskim, a więc na lewym brzegu Odry. Na Dolnym Śląsku mieszkało też nieco Czechów i Serbołużyczan, np. w okolicach Kudowy, Kamiennej Góry czy Ziębic, w kilkunastu koloniach pod Strzelinem. Niemcy w tym okresie stanowili tam już zdecydowaną przewagę, co jest faktem którego nie kwestionuję, jednak twierdzenie, że Polaków czy szerzej rozumianych Słowian nie było tam wcale, jest już naprawdę poważnym przegięciem.
To, co obserwuję od kilkunastu już lat, jak pewne środowiska mieszają w krajoznawstwie regionu, jest dla mnie po prostu zupełnie niepojęte, bo to przecież niektórzy polscy przewodnicy turystyczni związani z wrocławskim SKPS-em rozgłaszają takie kłamstwa. Jaki mają w tym cel? Czy oni w ogóle czują się polskimi krajoznawcami i rozumieją rolę przewodników - jako "ambasadorów" swojego kraju?
Kolejny związany z tym problem. Przepisy należy zmienić w szeroko rozumianym interesie społecznym. Nikt nie wątpi, że przepisy dotyczące przewodnictwa turystycznego sankcjonujące pewnego rodzaju monopol na "prawdę" i "jedyną słuszną wiedzę krajoznawczą o regionie", uderzają w prawo do swobodnego rozpowszechniania informacji (informacji krajoznawczych też!) i w wolność działalności gospodarczej, co jest zjawiskiem szkodliwym. Bo czym jest np. zapis, że jedynym uprawnionym do powoływania komisji egzaminacyjnej dla przewodników sudeckich jest Wojewoda Dolnośląski? A dlaczego nie może takiej komisji powołać Wojewoda Opolski (na tym terenie leży przecież część Sudetów!), Śląski, Wielkopolski czy Warmińsko-Mazurski?
Poznań na przykład może poszczycić się m.in. pierwszą powojenną, bardzo obszerną monografią krajoznawczą obejmującą Sudety. Jest to wydana w 1948 roku w Poznaniu praca zbiorowa pt. "Dolny Śląsk" (tom I i II) pod redakcją Kiryła Sosnowskiego i Mieczysława Suchockiego. Napisanie tej pracy poprzedziła ekspedycja naukowa zorganizowana przez Instytut Zachodni pod kierownictwem prof. Zdzisława Kaczmarczyka. Działający w Poznaniu przez szereg lat Instytut Zachodni i inne placówki naukowe skupiły spore grono naukowców, znających wszechstronie Sudety i problematykę związaną z tym regionem. Część z nich by mogła stanowić doskonałą kadrę wykładowców na kursie, a niektórzy być w pełni kompetentnymi egzaminatorami sprawdzającymi wiedzę i doświadczenie ewentualnych kandydatów na przewodników.
Niestety w Polsce najwięcej do powiedzenia mają ludzie związani z sobą poprzez różne układy kumoterskie. Układy te nie mają na celu dobra społecznego, a ochronę partykularnych interesów wąskich grup przewodnickich klanów, które nie zawahają się posunąć się do niecnych działań w celu zwalczania wszystkich i wszystkiego, co by mogło stanowić potencjalne zagrożenie ich rynku pracy. Nie służy to ani tworzeniu ucziwej konkurencji, a tym samym stanowi przeszkodę dla wzrostu poziomu przewodnictwa górskiego i przeszkadza w rozwoju przewodnickiej profesji na terenie całego kraju, ograniczając te grupy zawodowe do wyłącznie regionalnych grajdołków.
Przewodnicy nie zagrożeni konkurencją mogą opowiadać uczestnikom wycieczek przeróżne bajki i bzdury (także na temat Sudetów) i są w tym bezkarni. A spróbuj im zwrócić na to uwagę, to Cię zniszczą i zrobią z Ciebie "idiotę" (vide stanowisko SKPS zamieszczone m.in. na stronie:
http://www.pttk.pl/forum/wiadomosc.php?id=13785 ). Albo posuną się do niecnych działań, jak w opisanej historii z tablicą pamięci Aleksandra Ostrowicza. I dlatego nie sposób się z nimi dogadać. Zachowują się arogancko, wiedzą wszystko najlepiej.
Proponuję zapoznać się z jeszcze jedną historią opisaną tu:
http://ksp.republika.pl/poczatki.htm
Pozdrawiam