Gdy w nocy budziłem się, słyszałem czasem uderzenia deszczu o plandekę rozwieszoną na bazowym namiocie. Ten sam odgłos towarzyszył mi nad ranem, gdy już nie spałem. Było po 5 rano, gdy wstałem. Konsumpcja śniadania odbyła się nadzwyczaj szybko pod wiatą kuchenną. Potem było pakowanie na wyprawę. I niestety wykazało ono duży brak w wyprawowym ekwipunku. Ostatniego wieczora przy wieczornej toalecie ujawnił się brak szczoteczki do zębów (zabrałem puste opakowanie na nią). Bez szczoteczki da się przeżyć. Trochę gorzej nie mieć jednak kurtki przeciwdeszczowej – zwłaszcza, gdy prognoza zapowiada opady (a te miały dziś wystąpić). Okazało się, że została w przedpokoju w mieszkaniu. Tym, co miało mnie teraz chronić, był tylko sweter i polar. Mimo to ruszyłem w trasę wierząc, że nie będzie padało zbyt mocno. Celem była Pusta Wielka oraz Jaworzyna Krynicka.
„Ciekawa krajobrazowo wycieczka z doliny Popradu na dziki wierzchołek Pustej Wielkiej. Ładne widoki w podszczytowych rejonach Jaworzynki”.
Zszedłem na dół do Złockiego błotnistą (miejscami nawet bardzo...) ścieżką. Minąłem cerkiew

i ruszyłem za żółtym szlakiem w stronę Szczawnika. Zaczęło padać, a następnie – jak mi się wydawało – prawie lać. Zastanawiałem się, czy to są te „przelotne opady”, o których poprzedniego wieczora pisał Cezary. I wcale a wcale nie wydawały się lekkie. Moknąc szedłem z ponurą determinacją, zastanawiając się na ile mi jej starczy. Bo przecież w góry miałem dopiero wejść...
Podszedłem do drewnianej XVII-wiecznej cerkwi.

Była oczywiście zamknięta na głucho. Nie pofatygowałem się do znajdującego się nieopodal źródełka, tylko ruszyłem dalej przez wieś, by wkrótce odbić w lewo – ponad zabudowania. Przestało padać i to był jakiś pozytyw. Chmury jednak snuły się nisko, choć przez chwilę błysnęło spomiędzy nich słońce.
Dzisiejszy teren operacyjny

Droga, którą wędrowałem, weszła w lasy i wiła się między drzewami. Pełno błota, wilgoć i żadnych widoków – tak zapamiętałem ten odcinek.

Wreszcie dotarłem do kapliczki, a to znaczyło, że zaraz zaczyna się odkryty teren. Istotnie – dotarłem do wyciągów. Była tam wiata z ławką, więc skorzystałem z okazji i urządziłem postój.
Później, wciąż za żółtym szlakiem, podążałem w górę. Było wilgotno, a ponieważ szedłem w chmurze, nie było widać zbyt wiele dookoła.

W pewnym miejscu natknąłem się na owce, które szły pod górę. Wreszcie stanąłem przy tej kapliczce,

co oznaczało, że dotarłem na grzbiet, rozdzielający doliny potoków Szczawnik oraz Wierchomlanka. Teraz musiałem oddalić się nieco od zasadniczego kierunku wędrówki, by stanąć na wierzchołku Pustej Wielkiej (1061 m).
O tym szczycie dowiedziałem się czytając informacje o bazie Muszyna-Złockie. Bardzo go polecano, zatem trzeba tam było iść! Poszedłem więc za znakami szlaków żółtego i niebieskiego. Wszedłem w las, gdzie w tempie iście ekspresowym roślinność przyścieżkowa zaczęła zalewać moje buty wilgocią. Były mokre, nim dotarłem do słupa informującego, że do szczytu jeszcze 5 minut ścieżką bez znaków.

Wśród niewyobrażalnej ilości jagód dotarłem na bardzo niepozorny wierzchołek. Ogólnie byłem dość zmoknięty. Okolica szczytu była niesamowicie dzika – pusta i cicha. I choćby dlatego warto się tam było wybrać....

Po krótkim pobycie i zrobieniu kilku zdjęć zszedłem tą trasą drogą do kapliczki i kontynuowałem wędrówkę grzbietową drogą za znakami niebieskiego szlaku w stronę bacówki nad Wierchomlą, gdzie planowałem postój obiadowy. Chmury przewalały się przez okoliczne grzbiety, woda chlupotała pod podeszwami, a błoto pryskało na boki. Lecz przyjazna przystań była już blisko.

W bacówce odpocząłem, zjadłem pierogi, kupiłem i wypisałem kartki dla znajomych oraz próbowałem podsuszyć trochę buty (przy pomocy papieru toaletowego....). Początkowo byłem w środku sam, lecz gdy zaczęli przybywać kolejni ludzie, stwierdziłem że pora ruszać dalej. Pamiętam, że dziewczyna w okienku spytała mnie, skąd idę, a gdy powiedziałem, że z bazy namiotowej Muszyna-Złockie, spytała o termin „Śpiewanek”, a ja nie miałem w ogóle pojęcia co to (dowiedziałem się jeszcze tego samego popołudnia).
Niebieskim szlakiem pomaszerowałem na Runek (1079 m). Lecz nie sam. Od schroniska towarzyszył mi Luis. Luis był psem, który na obroży oprócz imienia miał wypisany numer telefonu komórkowego. Domyśliłem się, że zdarzyło mu się już nieraz oddalić dość znacznie od stałego lokum. Szedł ze mną wytrwale, ale po napotkaniu którejś tam idącej w przeciwną stronę grupy turystów niepostrzeżenie odłączył się ode mnie i przyłączył do nich. Zostałem znów sam...
Na szlaku pojawiali się co jakiś czas ludzie, na ogół idący w stronę bacówki. Minąłem Runek, gdzie przeskoczyłem na szlak czerwony i tak idąc przez las doszedłem wreszcie do miejsca, gdzie zaczynało się wyraźne podejście na Jaworzynę Krynicką. Mogłem iść wprost na szczyt lub najpierw do schroniska. Wybrałem wierzchołek i to był dobry wybór. Dzięki temu ze szczytu mogłem podziwiać dosyć szeroką panoramę, a na ten czas nawet zaświeciło słońce.

Poprosiłem ojca jakiejś rodzinki o zdjęcie, dzięki czemu mam z wyprawy jedną fotografię ze sobą w roli głównej.
Później cofnąłem się i doszedłem do schroniska (gdzie był postój i kartki).

Po wyjściu z budynku stwierdziłem, że coś zmarniała ta pogoda. Mijając podążające w tą samą stronę dwie panie i nastolatkę powiedziałem: „Dzień dobry!”. Szedłem swoim tempem, ale z tyłu zdążyłem jeszcze usłyszeć jak jedna z tych pań mówi do (córki? Wnuczki?): „Zobacz, jak ten pan zasuwa!”. Ogólnie wywiązał się wtedy jakiś dialog wśród niewiast, z którego wynikało, że najmłodsza z nich bynajmniej nie jest zachwycona tym, że wędruje po górach. Tak...
Na Jaworzynie Krynickiej zapanowała tymczasem niepodzielnie mgielna szarość. Chmury ogarnęło wszystko, wyganiając licznych jeszcze niedawno turystów do trzech położonych na szczycie knajp i stacji kolejki. Nie było nikogo w zasięgu wzroku. A wcześniej – gdy było coś widać – patrzyłem na tabuny ludzi w nieskazitelnie białych adidasach tworzących niesamowity kontrast z moimi ubłoconymi butami. Turyści kolejkowi...
Kawałek za szczytem, tam gdzie są wyciągi, poświęciłem chwilę na szukanie zielonego szlaku, którym miałem schodzić do Złockiego. Udało się go znaleźć.
„Długie zejście z Jaworzyny Krynickiej w Dolinę Popradu. W górnej części całkowicie zalesione, w dolnej atrakcyjne krajobrazowo (Góry Leluchowskie, Lubovlańska Vrchoviva, Cergov)”.
Samo zejście dosyć się dłużyło i było pozbawione atrakcji. Tylko na Siodle pod Jasieńczykiem (660 m) zatrzymałem się na chwilę, gdyż znajduje się tam wojenna mogiła z tabliczką „Tu zginął czeski pilot podczas działań wojennych”.

Przed wyprawą mój znajomy – historyk zajmujący się m.in. działaniami lotnictwa nad Beskidami podczas II w.św. prosił mnie, bym – jeśli to będzie możliwe – zapytał o ten grób we wsi Jastrzębik, nad którą się on znajduje. Nie miałem jednak w tamtym momencie za bardzo czasu na ten dodatkowy punkt programu, a i dzisiejsza aura sugerowała jak najszybsze dotarcie do bazy...
Wreszcie droga wyszła z lasu i odsłoniły się widoki. Widziałem z daleka kopułę cerkwi w Złockiem.

Po dotarciu do wsi podjechałem jeszcze busem do centrum Muszyny, gdzie zjadłem obiad w restauracji na rynku i byłem na poczcie oraz w sklepie. Na zwiedzanie w taką pogodę nie miałem ochoty, wróciłem więc busem do Złockiego, podreptałem błotnistym szlakiem do bazy, a ponieważ wstrzeliłem się w okno między kolejnymi opadami deszczu, postanowiłem się wykąpać w bazowym prysznicu, taszcząc samemu z kuchni gorącą wodę. To było wspaniałe uczucie!
Wieczorem rozmawiałem z innymi mieszkańcami bazy, m.in. z Michałem, który gorąco polecał obiad w Karczmie u Jędrusia w Złockiem.
























