Sobota
Rano idę sobie na Parkrun, podczas którego strasznie szarpię się z psem, a później jedziemy z Magdą stronę okołojesenickich gór, gratulując sobie zmiany opon na zimowe, gdyż drogi są już naprawdę śnieżne i śliskie.
Dotarłszy do Rejviz rozpoczynamy wspinaczkę na Zlaty Chlum. Stan szlaku nieco nas zaskakuje a trasa okazuje się być bardziej forsowna niż się spodziewałem. Droga jest dość monotonna, acz obfitująca w ładne zimowe leśno-śnieżne obrazki. Pies hasa przez zaspy, że aż miło patrzeć.
Popełniamy oczywiście tradycyjny w przypadku „krótkich” tras błąd, nie zabierając niczego do jedzenia. Po dwóch godzinach naprawdę jesteśmy już bardzo głodni i z utęsknieniem wyczekujemy powrotu do Rejviz. Tym bardziej, że, wskutek zgubienia, kluczymy prawie godzinę na stromych stokach. Ostateczne udaje nam się powrócić na ścieżkę ku chacie na Chlumie i około 14. docieramy na miejsce. Oczywiście zarówno chata jak i wieża widokowa okazują się zamknięte, więc zbieramy się z powrotem, który mija nam dość szybko. Solidnie zmęczeni wypadamy na główną drogę, by następnie na dłuższą chwilę zniknąć w mrokach lokalnej knajpy. Jak czeska knajpa, to oczywiście, że czosnkowa i smażony ser. Ukontentowani zmierzamy do samochodu (który przez chwilę nie chce odpalić), jedziemy jeszcze do Jesenika na zakupy i zaczynam odczuwać niepokój związany z porankiem, ponieważ...

Niedziela
Początkowo mamy plan startować z Krapkowic, jednak Eco sugeruje, żebyśmy spotkali się w Gogolinie, dokąd mamy dogodniejszy dojazd. Okazuje się to pomysłem dobrym. Umawiamy się na wyjazd z Opola pociągiem o 6:05, co oznacza konieczność zwleczenia się o piątej rano. Biorąc pod uwagę fakt, że poprzedniego dnia dopiero koło 21. wróciłem z Czech – jest to przerażająca perspektywa. Na wszelki wypadek pakuję się już w sobotni wieczór. Rano nie mam nawet czasu się zastanowić czy jest wcześnie, ciemno, ciężko, czy jestem niewyspany. Zbieram graty, psa i biegnę na autobus. Tam okazuje się, że Szymon zaspał i na dworzec dotrze dopiero później. Dojeżdżam, kupuję bilety, wypijam dość niesmaczną kawę z automatu i wsiadam na podstawiony już Regio. Po jakimś czasie dołącza do mnie Szymon i powoli zaczynamy się zbliżać do stacji Gogolin, skąd chcemy rozpocząć wędrówkę.
Na peron wyskakujemy jeszcze przed świtem. Przy wyjściu z dworca natykamy się na Eco, który dotarł kilka minut wcześniej i, już w komplecie, rozpoczynamy właściwą część wędrówki. Na pierwszy ogień zwiedzamy pomnik Karolinki i Karliczka, odrestaurowane wapienniki i pozostałe atrakcje gogolińskiego rynku i okolic. Przy wyjściu w stronę Krapkowic zahaczamy jeszcze o stary kirkut, gdzie płoszymy stado ptaków. Ptaki odpłacają nam pięknym za nadobne, wylatując z tegoż drzewa wielką chmarą i strasząc nas dość mocno. Na drodze ku Krapkowicom raczymy się ciepłym trunkiem z winnicy Andrzeja oraz opowiadamy nawzajem historie z wypadów, wprowadzając Szymona w tematykę wędrowniczą. Później rozmowa schodzi nieco na tematy polityczne, ale udaje nam się od nich uciec czemu prędzej. Trasa do wiaduktu nad autostradą zlatuje nie wiadomo kiedy, świta.
W Krapkowicach z ciężkim sercem rezygnujemy z odbicia w stronę Otmętu, gdzie aż ciasno od nagromadzenia zabytków (ruiny zamku z XIV w., kościół z 1223 r.), jednak wyliczamy, że nie mamy na to czasu (później okazuje się, że dobrze wyliczyliśmy). Zwiedzamy za to pałac wraz z zespołem parkowym, gdzie nad ujściem Osobłogi do Odry robimy pierwszy postój przy pomarańczach i herbacie. Rozprawiamy nad specyfiką budowli warownych i tym, czym się różnią od obiektów reprezentacyjnych oraz ogólnie gratulujemy sobie tak wczesnego wymarszu, bo dzień jest ładny i uda nam się go w pełni wykorzystać. W promieniach porannego słońca zmierzamy w stronę rynku i Starego Miasta. Po obejrzeniu rynkowych zabytków (m. in. fragment murów miejskich z XIV-XVI w., dom (Rynek 4, z XVIII w.), brama i wieża) wychodzimy na mniej dotknięte ludzką ręką tereny na nabrzeżu Odry. Przed wyjściem z Krapkowic odwiedzamy jeszcze kolejny kirkut, a następnie na dobre zagłębiamy się w przykryte śniegiem pola i łąki.
Na łąkach robimy postój przy „nakrytym stoliczku” a później, przeprawiając przez zamarznięte moczary, docieramy do rowu z wodą. Rów ów spektakularnie przeskakujemy, co zostaje uwiecznione na zdjęciach. W okolicach Gwoździc zatrzymujemy się na chwilę, by oniemiali popatrzeć jak Szymon morsuje. Zazdrosny pies chce pomorsować razem z nim i wchodzi na lód, który oczywiście pod nim pęka. Na szczęście ma to miejsce przy brzegu, co pozwala psa dość bezproblemowo wyciągnąć.
Zbliża się południe, zaczynamy czuć, że dnia już bardziej ubywa niż przybywa, więc przyspieszamy kroku i zmierzamy ku zespołowi zamkowo/pałacowemu z XV-XIX/XX w. w Rogowie Opolskim. Otoczony pięknym parkiem w stylu angielskim oraz starorzeczem Odry robi naprawdę duże wrażenie, zwłaszcza, że podczas zwiedzania słońce całkowicie wyłania się zza chmur. Nakarmiliśmy już ducha, teraz przyszła pora na ciało. W miejscowym sklepiku uzyskujemy potwierdzenie, iż żadnej otwartej knajpy w Rogowie nie znajdziemy, jednak udaje nam się uzupełnić zapasy i trochę posiedzieć w przysklepowym ogródku z piwem. Bardzo sympatyczne miejsce.
Gdy uznajemy, iż leniuchowania dość – ruszamy w dalszą trasę, już powoli czując, że czas nas nieubłaganie goni. Przechodzimy pod autostradą i, rozprawiając o złych filmach, ponownie kierujemy się ku brzegowi Odry, w której Szymon morsuje po raz drugi. Ścigając się z zachodzącym słońcem nadajemy mocne tempo i zmierzamy ku przeprawie przez Odrę. Po około godzinie-dwóch udaje się tego dokonać i na polu w okolicach Choruli, osłonieni miedzą przed wiatrem, rozpalamy ognisko na śniegu. Grzejąc twarze i ręce w cieple ognia smażymy kiełbaski i delektujemy się końcówką wspaniale spędzonego dnia. Pomni wydarzeń sprzed kilku tygodni, kiedy to zasiedzieliśmy się i nie zdążyliśmy na pociąg – zbieramy nieco wcześniej, żeby nic nas po drodze nie zaskoczyło (co też okaże się dobrą decyzją; ogólnie podjęliśmy tego dnia wiele dobrych decyzji).
W zapadłym już zmierzchu zmierzamy ku centrum Górażdży, skąd chcemy odjechać pociągiem. Nagle drogę przecina nam, niezaznaczony na mapie, teren cementowni (to wspomniana niespodzianka). Cały pozostały zapas zużywamy więc na jego obejście (próbujemy trochę marszobiegu, jednak to już prawie 30. kilometr i żaden z nas nie ma specjalnie do tego siły ani entuzjazmu). W końcu udaje nam się dotrzeć do stacji kolejowej, z zapasem kilkunastu minut do pociągu na Zdzieszowice. Eco idzie więc z nami do knajpy „Kwiat Lotosu” tylko na symboliczny łyk ostatniego piwa i zbiera się z powrotem. My z Szymonem zostajemy jeszcze kolejne kilkanaście minut i wychodzimy na pociąg o 18:42 do Opola. Ruszając po przesiedzeniu godziny zaczynamy odczuwać protesty zmęczonych trzydziestokilometrowym marszem ciał, więc z ulgą przyjmujemy możliwość powrotu do stanu siedzenia, w pociągu zajmujemy miejsca w ostatnim przedziale, z dala od tłumów. Dojeżdżając do Opola zamawiam do domu kolację, na którą czekam później dwie i pół godziny, ale to już temat na inną historię. Pies sprawia wrażenie ukontentowanego i spokojnego, zasypiamy szybko i smacznie.
zdjęcia z niedzieli od Eco:
https://photos.google.com/share/AF1QipP ... YxQXJpMENB