Zatem aby było ciekawiej, zaczynamy w Wałbrzychu i idziemy najpierw na Chełmiec.
Jest bardzo wilgotno, więc i widoki nie są rewelacyjne, gdyż wszystko paruje. Widok na Borową (853 m n.p.m.)
Wiele lat upłynęło, kiedy byłem ostatni raz na Chełmcu - Agacior nigdy. Podchodząc monotonnie pod górę, przed oczyma mam przede wszytkim bufet wybudowany przy sztucznych ruinach wieży widokowej, oraz głównie to co w nim serwują. Z kranu, z lodówki,nie ważne - grunt aby było. Ale niestety... mimo że jest weekend, mimo że jest kartka na której jasno jest napisane, że powinien już być otwarty o tej porze roku... całujemy klamkę. Szkoda, myślałem przy okazji, że zdobędę jakąś nową pieczątkę no i wejdziemy na wieżę. Tak pozostało nam usiąść pod zamkniętym przybytkiem i wyciągnąć własne zapasy.
Mimo że jest piękna pogoda, weekend, turystów na Chełmcu jakoś mało. Raptem rowerzysta i jakaś parka. Za wysoka góra?
Po odpoczynku schodzimy z góry zielonym szlakiem ku wsi Lubomin, następnie odcinek asfaltem do Strugi.
Mijamy przydrożny kibelek z widokiem. Nie było papieru.
Dochodząc do Strugi słyszymy od czasu jakieś bliżej nieokreślone grzmoty. Burza idzie, wysadzają skały w kamieniołomach czy ktoś z armat strzela? - zastanawiamy się. Okazuje się, że rzeczywiście z armat strzelano. W Strudze mają właśnie miejsce obchody bitwy na Czerwonym Wzgórzu. Przy miejscowym pałacu roi się od wojaków oraz roześmianej gawiedzi. Zjeść można bigos prosto z kotła, stoją grille na których smażą się pyszne kiełbaski, napić się żuru. No i oczywiście piwa. Co prawda lany to Żywiec, ale lepsze to niż nic. Siadamy sobie z Agaciorem pod pałacem, wypijamy napoje, pstrykamy parę fotek. Czas leci nieubłaganie szybko, uwielbiam takie festyny.
Niestety humor psują nam nadciągające grzmoty i ciemne chmury. Zanosi się na burze. Co robić, iść dalej, czy też przeczekać to co zaraz pewnikiem nadciągnie? Postanowiliśmy iść dalej – wydawało nam się, że burza przejdzie bokiem. Ta jednak nagle zawróciła i uderzyła prosto na nas, gdy szliśmy polami w kierunku widniejącego w oddali lasu. Jeżeli powiem, że dookoła nas rozpętało się piekło, to trochę przekoloryzuję, jednakże biorąc pod uwagę fakt, że nie mieliśmy się gdzie schować na otwartej przestrzeni – to już zmienia postać rzeczy. Całe szczęście droga którą szliśmy od czasu do czasu miała po swoich bokach gęste krzaki rosnące na niewielkich skarpach. Pod jedną z nich przykucnęliśmy szczelnie się opatuliwszy przeciwdeszczowymi płaszczami. Znaleźliśmy się w sercu burzy, dookoła uderzały pioruny, z nieba lały się hektolitry wody. Agacior coś tam mówi, że mi tego nie daruje
Jednakże jak każdy z nas dobrze wie, po burzy zawsze wychodzi słońce. I tak było tym razem. Grzmoty zaczęły się oddalać, deszcz ustawać. Burza dała za wygraną. Zaświergotały gdzieś radośnie ptaszki, a jak się podnieśliśmy to z krzaków w których byliśmy schowani wybiegła sarna, która również jak my musiała się w nich chować, tyle że po drugiej stronie.
Mimo szczelnego opatulenia się przed deszczem, w paru miejscach jestem dość mocno przemoczony. Nic to, trzeba iść dalej. Do celu naszej dzisiejszej wędrówki nie zostało daleko. W niedalekim już lesie znajduje się zielony Szlak Zamków Piastowskich oraz ruiny wybudowanego przez Bolka I zamku Cisy, w których to zamierzamy rozbić się na nocleg.
Do ruin dochodzimy pod wieczór. Pierwsze co mnie uderza w oczy, to brak drewnianego mostu, którego widziałem wcześniej na zdjęciach. Czyżby spalili go jacyś plądrujący okolice raubritterzy? A może to mieszkańcy zamku sami go spalili, aby utrudnić dostanie się do warowni nadciągającym husytom? Trudno powiedzieć. Nam się jednak udaje do niego dostać nieco okrężną drogą – jest ślisko więc trzeba mocno uważać.
Na rozbicie się namiotem wybieramy sam środek ruin. Niestety minusem miejscówki jest to, że nigdzie nie ma pod ręką drzewa na opał. Wszystko wyzbierane. Ażeby coś znaleźć trzeba wyjść z ruin i wejść głęboko w las. Dodatkowo wszystko jest strasznie przemoczone. Po paru nieudanych próbach dajemy sobie spokój z ogniskiem, i konsumujemy kolację przy świetle czołówek.
Jestem totalnie zmęczony, gdyż przed wyjazdem na tą wycieczkę siedziałem w pracy na nocce. I tak jak w środku dnia czułem się dość dobrze i w miarę na siłach, tak teraz zmęczenie uderzyło ze zdwojoną siłą. Nie pamiętam kiedy zasnąłem, w takim stanie nawet duchy byłych mieszkańców tej średniowiecznej siedziby nie potrafiłby mnie zerwać na nogi.
Wstaję za to pierwszy i dość wcześnie. Dzień wita mnie pięknym, porannym słońcem. Gdy Agacior jeszcze śpi, ja z aparatem w ręku zwiedzam dokładnie ruiny. Pierwsza wzmianka o zamku Cisy pochodzi z roku 1327, jednakże wcześniej istniał tu już gród, który wspomniano po raz pierwszy w 1242 roku. Sam zamek został zniszczony w czasie wojny trzydziestoletniej i od tej pory popadał w ruinę.
W trakcie śniadania, do ruin zaglądają pierwsi turyści. Są to okoliczni rowerzyści, opowiadają nam o imprezach jakie się tu kiedyś rozgrywały „na trzydzieści ludzi nawet” oraz o tym że „gumy tu pękały”. Gdy pytam ich, czy jest jakieś inne zejście z zamku, tak aby okrążyć ruiny dookoła i nie schodzić strasznie stromym odcinkiem w dół, zaczynają w czwórkę deliberować, rzucać pomysłami. O mały włos nie kazali nam iść przez Wałbrzych, a ja tylko chciałem zejść delikatniejszą ścieżką na dół
Siłą rzeczy, schodzimy nią tak jak prowadzi zielony szlak. Nie taki diabeł straszny jak go malowali, jednakże jest bardzo ślisko więc trzeba mocno uważać. Wychodzimy na okoliczne łąki i pola, gdzie dość spory kawałek trzeba iść niestety asfaltem. W wiosce Chwaliszów znajdujemy otwarty sklep, gdzie zaopatrujemy się w tak potrzebne dla funkcjonowania organizmu płyny.
Przed Zalewem Dobromierz, gubimy szlak. Niby idziemy dobrze, ale musiała być jakaś zmiana, gdyż zielony, świeżo wymalowany prowadzi w totalnych chaszczach i rosnących do pasa pokrzywach, a my szliśmy jego starszą wersją (po prawej stronie rzeczki Strzegomka), która po pewnym czasie zanikła zupełnie. Zapewne musieli go malować początkiem wiosny. W takim wypadku postanawiamy przejść w bród rzeczkę i dostać się do szlaku właściwego. Okazało się jednak, że dalej go nie widać. Nic tylko pokrzywy i mała ścieżka, która prowadziła w innym kierunku, na okoliczne hopki i las, za którym powinna znajdować się droga asfaltowa, na którą powinien po czasie wyjść szlak, którym szliśmy. Jako że nie wziąłem ze sobą maczety, postanowiliśmy nie przebijać się przez pokrzywy, tylko zaufać sympatycznej, małej ścieżynce, która wyprowadziła nas na malownicze łąki, dzięki którym na moment poczuliśmy się jak w Bieszczadach. Dalej przeszliśmy las i doszliśmy do asfaltu, tak jak się spodziewałem. A tam już po jakimś czasie wrócił zielony szlak, choć też nie wiadomo skąd
Po drodze mijamy sklepik, do którego nie zdążyliśmy już przed zamknięciem.
Wyłania się też Ślęża
Na wysokości Dobromierza, przecinamy ruchliwą drogę nr 5 i dalej przez las dochodzimy do wsi Kłaczyna.
Tutaj niestety zapada decyzja, że skracamy sobie odcinek i łapiemy stopa do Bolkowa. Niestety coś się stało z moim butem, już wczoraj wybrzuszył się od środka lub pękł i nabawiłem się strasznych odcisków. Chodzenie było już dla mnie bardzo męczące, a nie miałem zapasowych butów.
Przed Bolkowem znajdujemy bardzo przytulny camping. Nazywa się „Pod Lasem” Sporo miejsca, parę pól do wyboru. Czysto, dość tanio, do tego miejsce na ognisko i opał w cenie. Stoi parę kamperów ale na innych polach, więc my na swoim jesteśmy sami. Bardzo nam się tu podoba, choć podejrzewamy że w sezonie musi tu być dużo głośniej.
Wieczór mija na smażeniu kiełbasek przy ognisku, oraz słuchaniu piosenek turystycznych
W ostatni dzień idziemy na zamek w Bolkowie. Troszkę się tu zmieniło od mojej ostatniej tu bytności – powstała m.in. knajpa na dziedzińcu głównym. Jest poniedziałek i teoretycznie mają zamknięte, ale przypadkiem była na zamku jakaś miła pani, dzięki której mogliśmy napić się piwa, poprzybijać pieczątki i zakupić jakieś drobne pamiątki.
Popołudniu wsiadamy w autobus i wracamy do domu. Kolejny etap Szlaku Zamków Piastowskich być może w październiku.
Ahoj!
BONUS: