Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Jeżeli wybrałeś się gdzieś poza Sudety i nie wstydzisz się tego, daj znać!
Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3548
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Pudelek » 22-06-2019 13:06

Nadszedł maj, a więc i czas tradycyjnej wędrówki po wschodnich granicach Polski. Chociaż w tym roku to już północno-wschodnich, bowiem zgodnie z harmonogramem wracamy na Suwalszczyznę i będziemy chcieli dojść do Mazur.

Wyprawę rozpoczynamy kalendarzowo wyjątkowo wcześnie, bo w nocy z 8 na 9 maja. Będzie to miało swoje późniejsze konsekwencje. We dwójkę z Eco dojeżdżamy do stolicy Śląska, skąd mamy bezpośredni pociąg aż do Białegostoku. Niestety, trasę tę musimy przebyć składem ED161 czyli Pesą Dart, która, według mnie, jest cholernie niewygodna: wąsko, ciasno, ścisk przy fotelach, mało miejsca na duże bagaże. W niektórych kiblach brak wody. Do tego głos nawiedzonej lektorki trzykrotnie informuje nas o najbliższej stacji; za każdym razem wita i żegna pasażerów przypominając o zabraniu bagażu i zwracaniu uwagi podczas wychodzenia na perony, ewentualnie życzy miłego pobytu lub dalszej podróży. I tak dziesiąt razy w ciągu całej nocy! To chyba dla osób z zanikami pamięci lub kompletnie głuchych, wszyscy pozostali mogą dostać od tego "nowoczesnego systemu informacyjnego" jobla. Jeśli jakimś cudem uda się człowiekowi ułożyć w fotelu to i tak zostanie obudzony... Aha - aby skorzystać z baru należy mieć ze sobą bilet i dokument tożsamości. Ciekawe kiedy zaczną wymagać książeczkę do nabożeństwa?

W Warszawie czuję się na tyle wymięty, że, korzystając z dłuższej przerwy, uskuteczniam spacer na rozprostowanie nóg i kupienie czegoś do żarcia. Ulice jeszcze są pustawe, ale PKiN już lśni w słońcu. Potem dzwoni lekko spanikowany Andrzej, który myślał, że nie zdążę na odjazd ;).
Obrazek

Zadowoleni, że większość najbardziej męczącego odcinka mamy za sobą, wyciągamy jedną sztukę swojskiego wina :D. W trakcie czczenia tego wydarzenia mijamy stacje o różnych interesujących nazwach - Tłuszcz, Łapy...
Obrazek
Obrazek

Kiedy dno plastikowej butelki zaczyna być coraz bardziej widoczne docieramy do Białegostoku. Na peronie wita nas uradowana Buba, która przyjechała tu już wczoraj.
Obrazek

Po serdecznym powitaniu zastanawiamy się co ze sobą począć, jako, że następne połączenie mamy dopiero za półtorej godziny. Tradycyjnie jest problem z jakimś przyjemnym miejscem do posiedzenia - Białystok, stolica województwa i Podlasia, nie ma w pobliżu dworca nic do zaoferowania o tej porze (jest tuż po 8 rano). Na klientów czeka jedynie obskurny kebab, więc kupujemy po piwie w najbliższym sklepie i siadamy w pobliskich rzadkich krzakach ciesząc się słońcem i pierwszymi chwilami przygody.
Obrazek

Przyszła pora na dalszą podróż. Nasz skład to ten pierwszy z lewej.
Obrazek

W południe wysiadamy na przystanku Płociczno. Zrobiło się upalnie...
Obrazek

Lasem suniemy do najbliższej wioski... Jej nazwa nie jest dla mnie do końca jasna. Na peronie wisi tablica z taką, jaką podałem wyżej, choć w oficjalnym wykazie funkcjonuje jako Płociczno koło Suwałk. Na tablicy miejscowości znowu jest tylko Płociczno, natomiast na mapach widnieją osobno Płociczno-Osiedle i Płociczno-Tartak.
Obrazek

Niezależnie od tego wszystkiego w wiosce nie ma nic ciekawego do oglądania, poza jednym obiektem, który jest naszym celem.
Obrazek
Obrazek

W Płocicznie znajduje się pierwszy przystanek Wigierskiej Kolei Wąskotorowej.
Obrazek

Wybudowali ją Niemcy w czasie Wielkiej Wojny, aby łatwiej wywozić drewno z północnych rejonów Puszczy Augustowskiej. W II Rzeczpospolitej znacznie się rozrosła, z odgałęzieniami długość torów wynosiła 50 kilometrów. Swą pierwotną rolę pełniła długo, właściwie aż do upadku PRL-u. Przemiany ustrojowe i utworzenie Wigierskiego Parku Narodowego spowodowały zanik działalności, kradzieże i dewastację szlaku. Z drugiej strony w 1991 roku wpisano ją na listę zabytków.
Obrazek

Po kilku latach przerwy kolejka wróciła jako atrakcja turystyczna. Ponoć jedna z głównych na Suwalszczyźnie, wypatrzyła ją przed wyjazdem Buba, więc postanowiliśmy tu zajrzeć przed rozpoczęciem właściwej wędrówki.

W maju pociąg kursuje raz w ciągu dnia. Oprócz nas pojawia się całkiem sporo osób, w tym duża grupa młodzieży przełomu gimnazjalno-średniego. Oczywiście większość z nich nie jest zainteresowana niczym innym poza ekranem swojego smartfona, czyli nie odbiegają od normy dzisiejszych nastolatków.

Ładujemy się do otwartego wagonu i ruszamy przed siebie.
Obrazek
Obrazek

Współcześnie linia liczy tylko 10 kilometrów z kilkoma postojami. Pierwszy to Binduga z widokiem na Wigry, a konkretnie na Zatokę Wigierską. Kiedyś w tym miejscu wyciągano spławiane wodą drewno.
Obrazek
Obrazek

Potem jest Bartny Dół, w którym zaglądam do wnętrza lokomotywy (polska WLS40, wyprodukowana w 1965).
Obrazek
Obrazek

W Bartnym Dole postawiono drewniany taras widokowy. Za niebieską taflą największe w Polsce wyspy jeziorne.
Obrazek
Obrazek

W Kruszniku-Ostęp(ie) lokomotywa jest przeczepiana, od tego momentu będziemy się cofać. Od jakiegoś czasu czynione są starania, aby udostępnić turystom kolejne 14 kilometrów aż pod Czarną Hańczę, lecz na razie to pieśń przyszłości...
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dookoła nas rozciąga się rozległa polana powstała w wyniku intensywnej wycinki lasów przed kilkoma wiekami. Krzyżowały się na niej trakty i nazywano ją także "Zieloną Karczmą", ale żaden budynek dla podróżnych nigdy nie istniał. W przeszłości służyła również jako składnica drewna.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na ostatni postój - w Powałach. Tutejsza polana jest prawdopodobnie dziełem natury, a nie człowieka.
Obrazek

Luksusowe wychodki ze schodkami :).
Obrazek

Tutaj również jest pomost widokowy na jezioro Wigry.
Obrazek
Obrazek

Podróż kończymy po dwóch i pół godzinie. Osobiście jestem trochę rozczarowany. Widokowo trasa jest bez szału: lasy, duże polany, gdzieś w oddali zamajaczą jakieś zabudowania. Spodziewałem się jednak czegoś - hmmm - bardziej interesującego, jak na wielką atrakcję Suwalszczyzny przystało...
Obrazek

W sklepie w Płocicznie czeka na nas Grzesiek. Wyjechał z domu dopiero rano, cały dzień nas gonił, ale na załapanie się na wąskotorówkę zabrakło mu niecałej godziny... Od tej pory pełny, tradycyjny skład jest już w komplecie :D. Na powitania nie mamy jednak za dużo czasu, bowiem trzeba pruć na "normalnotorowy" dworzec.
Obrazek

Pociąg zabiera nas do nieodległych Suwałk, skąd z carskiego dworca kolejowego idziemy na socjalistyczny dworzec autobusowy.
Obrazek
Obrazek

Stamtąd wydostaniemy się w kierunku północnym, do Jeleniewa (lit. Jeleniavas) i w tej wiosce zaczniemy właściwą pieszą wędrówkę.

Podczas gdy ja walczę ze wściekłym bólem głowy i sennością reszta ekipy robi solidne zakupy w sklepie. Idziemy też odwiedzić pobliski bar, lecz ten okazuje się już być zamknięty. To nawet dobrze, nocleg znajdziemy jeszcze przed zmrokiem.

Głównym zabytkiem Jeleniewa jest drewniany kościół z 1878 roku.
Obrazek
Obrazek

Trzymając się zielonego szlaku opuszczamy miejscowość i schodzimy z asfaltu na przyjemną szutrówkę. Ciepły i słoneczny dzień powoli zmierza ku końcowi...
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

- O tam, na pograniczu łąk i lasów - wskazuje Eco przy swoim ulubionym wieczornym haśle ;).
Obrazek

Na wzniesieniu jest lasek. Jedna z posiadanych przez nas map pokazuje, że znajduje się w nim oficjalne miejsce biwakowe, lecz to bujda... Jednak na pewno jest często odwiedzany przez różnych imprezowiczów, o czym świadczą liczne porzucone flaszki, puszki, papiery i inne śmieci, a także ślady ognisk.

Odbijamy w bok, gdzie na niewielkiej polanie jest czysto i jesteśmy oddaleni od drogi.

Rozbijanie namiotów idzie sprawnie, choć okazuje się, że nowy nabytek Buby ma bardzo niewielkie wymiary. Po wsadzeniu doń plecaka człowiekowi zostaje minimalna ilość przestrzeni, obrócenie się jest właściwie niemożliwe :D.
Obrazek

W tej części Polski od dawna porządnie nie padało, więc drewno jest bardzo suche i płomienie strzelają z ogniska wysoko w górę. Szybko jednak je uspokajamy i zabezpieczamy tak, aby nic złego nie mogło się stać.
Obrazek
Obrazek

Wieczór mija na rozmowach o wszystkim i degustacjach rozmaitych przysmaków. Przez chwilę niepokój wzbudza kręcący się po lesie samochód. Światła oddalają się i zbliżają, słychać głosy. W pewnym momencie kierowca zawraca i jedzenie leśną drogą w naszą stronę! Jeszcze chwila i wpadnie na namioty!
W ostatniej chwili auto zatrzymuje się, a jakaś dziewczyna krzyczy:
- O, o!

Załoga prawdopodobnie spodziewała się zastać tutaj swoich znajomych, więc teraz niepocieszeni na wstecznym wracają się do szutrówki. Od tego czasu mamy już święty spokój i tylko od czasu do czasu oddaloną o kilometr drogą wojewódzką przemknie jakiś wóz...
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
stary wyga
Posty: 1903
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Dolnoślązak » 25-06-2019 00:27

Jak wy do tego Bialego jechaliscie? Przeciez ten nieszczesny nocny tramwaj jedzie przez Opole, wiec po co jechaliscie do Wro?

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3548
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Pudelek » 26-06-2019 21:36

On wtedy jeździł trasą na Krotoszyn, Kalisz i Łódź, a nie przez Opole.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Dolnoślązak
stary wyga
Posty: 1903
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Dolnoślązak » 27-06-2019 12:45

Faktycznie. Żonglują tymi zmianami cały czas.

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3548
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Pudelek » 28-06-2019 11:58

Pierwsza noc na suwalskiej ziemi dręczyła mnie koszmarami: ciągle zdawało mi się, że ktoś do nas jedzie, że za chwilę namioty rozwałkuje traktor lub jakiś inny ciężki sprzęt. Że zbliża się obca ekipa z niezbyt przyjemnymi zamiarami...

Poranek przywitałem z prawdziwą ulgą, zwłaszcza, że był słoneczny, ale nie upalny.
Obrazek

Widać, że miejscowi umawiają się w lasku obok Jeleniewa nie tylko na picie :P. Kolor opakowania idealnie pasuje do Grzesiowego namiotu :D.
Obrazek

Idę na skraj lasu rozejrzeć się po okolicy. Dominują pola, z rzadka na horyzoncie majaczy samotny dom.
Obrazek

Z drugiej strony mamy bliższe sąsiedztwo samotnego gospodarstwa. Stamtąd na pewno pochodziła część hałasów, które straszyły mnie w nocy, gdy rolnicy wyjeżdżali w pola.
Obrazek

W tych pięknych okolicznościach przyrody postanawiamy zjeść śniadanie. Oprócz ogniskowych kanapek tradycyjna "kresowa" jajecznica. Na bogato, ze swojskim wusztem, chorizo, szczypiorkiem, papryką i cebulą.
Obrazek
Obrazek

Była chyba najsmaczniejsza z tych, które jadłem na wiosennych wyjazdach! Na pobudzenie żołądka dołożyliśmy także rakiję, którą kupiłem dwa lata temu w serbskim monastyrze Novo Hopovo.
Obrazek
Obrazek

Potem, niestety, pogoda się psuje i w trasę wychodzimy przy zachmurzonym niebie :(. Szkoda, bo dzisiejszy dzień miał być jednym z najciekawszych...

Zaraz za "naszym" lasem zaczyna się Suwalski Park Krajobrazowy, najstarszy tego typu w Polsce. Od razu widać też, że mocno pofałdowany.
Obrazek

Nad jeziorem Szurpiły robimy pierwszy postój. Udało mi się częściowo umyć, a potem przyszła pora na różne zabawy ;).
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Następnie idziemy wzdłuż brzegu, po czym zielony szlak wznosi się w górę.
Obrazek

Wśród traw urządzamy drugą pauzę taktyczną. Przez chwilę przebija się nawet słońce, ale ostatecznie znowu zwyciężają chmury.
Obrazek
Obrazek

Nasz obecność wzbudza zainteresowanie autochtonów: zjawia się facet doglądający swoich włości, a także ta dwójka.
Obrazek
Obrazek

Dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Stojąca tu kapliczka jest jednym z niewielu elementów nie będących dziełem natury (pomijając ciągnące się nieustannie płoty i druty).
Obrazek

Wdrapujemy się na jedno z wielu wzniesień. Czy to dawne grodzisko? Nie wiadomo. Na pewno w pobliżu znajdowało się przynajmniej jedno - Góra Zamkowa, gdzie kiedyś swój umocniony punkt mieli Jaćwingowie, a zniszczyli go Krzyżacy. Z tej górki widok jest raczej przeciętny...
Obrazek

Znowu wchodzimy w las. Obok ścieżki dużo podmokłych terenów, są ślady obecności bobrów. Mam nadzieję, że żaden suweren nie przerobił ich na afrodyzjaki...
Obrazek
Obrazek

Szczekanie psa uświadamia nas, iż zbliżamy się do cywilizacji. Na razie niezbyt narzucającej się, bo w postaci kilku zabudowań. Próbowaliśmy nawet złapać stopa i wyjeżdżający z domów kierowca zatrzymał się, ale tylko po to, aby powiedzieć, że nas nie weźmie :D.
Obrazek

I dobrze, bo szutrowa droga aż zachęca do wędrówki. Dwa lata temu część ekipy narzekała, że ciągle po Suwalszczyźnie łazimy asfaltami, więc dzisiaj dla odmiany głównie nawierzchnia innego typu.
Obrazek
Obrazek

Mniej więcej połowa trasy wypada w Wodziłkach (lit. Vodzilkiai), malutkiej wiosce opisywanej jako kawałek Rosji nad Szeszupą.
Obrazek

Założyli ją w 1788 roku staroobrzędowcy. Już kiedyś o nich pisałem, widzieliśmy należący do tego wyznania cmentarz w Sztabinkach oraz kwaterę na nekropolii w Suwałkach. Przypomnę zatem tylko pokrótce, że byli to dawni wyznawcy prawosławia, którzy nie pogodzili się z reformami religijnymi przeprowadzanymi w Rosji w XVII wieku. Prześladowani w państwie carów uciekali za granicę, m.in. do Rzeczpospolitej.

W okresie międzywojennym w Polsce mieszkało ich 50 tysięcy, w PRL-u pozostało 2,5 tysiąca, a obecnie ich oficjalną liczbę szacuje się na półtora tysiąca. Co ciekawe, podzieleni są na dwie wspólnoty - Wschodni Kościół Staroobrzędowy i Staroprawosławna Cerkiew Staroobrzędowców. Ta druga to wynik konfliktu w jednej z parafii...
Obrazek

Można by napisać, że u nich rozłamy to nic nowego, bowiem dzielili się na mniejsze i większe grupy od samego początku. Spory dotyczyły istnienia lub nie hierarchii kościelnej, stosunku do małżeństwa i posiadania dzieci, posługiwania się pieniędzmi i tym podobnych. Wiele poglądów raziło swoim radykalizmem: ideałem życia miał być stan zakonny, założenie rodziny i spłodzenie potomków karano wykluczeniem ze wspólnoty. Urodzone z takiego związku dzieci nie mogły przystąpić do chrztu, dopóki... rodzicie nie rozwiedli się! Niektórzy dopuszczali rytualne samobójstwa przez samospalenie... Żywność wytworzona przez obcych nie nadawała się do spożycia jako nieczysta. Wszystko to powodowało naturalny spadek wiernych, więc w późniejszych czasach rygory łagodzono...

Najważniejszym podziałem był ten na popowców i bezpopowców. Jak sama nazwa wskazuje jedni posiadają swoich kapłanów, drudzy nie. Starowiercy w Polsce należą do bezpopowców, a więc osiągnęli wysoki stopień rozwoju w stosunku do innych wyznań chrześcijańskich, gdzie nadal wmawia się, że jakiś osobnik noszący tytuł kapłana/księdza/popa/pastora jest koniecznie potrzebny do kontaktu z Panem Bogiem. U bezpopowców jego rolę przejął nastawnik, zwykły parafianin o nieposzlakowanej opinii i wymaganych umiejętnościach.

A wracając do Wodziłek - do czynności kultowych służy im molenna. To pierwszy dom modlitwy starowierców który odwiedzam, będący nadal w ich rękach (molenna w Gibach to dzisiaj kościół katolicki). Z wyglądu nie różni się od cerkwi.
Obrazek

Wodziłkowska świątynia jest jedną z czterech czynnych w granicach RP. Wybudowano ją w 1921 roku, choć na tabliczce przed bramą widnieje też data 1885 - niezły rozrzut. W 1928 dostawiono wieżę.
Obrazek

Drzwi są zamknięte na głucho, więc nie wejdziemy do środka. Najbardziej niepocieszony jest Eco, który specjalnie na tę okazję ubrał długie spodnie :D. Trudno, siadamy sobie zatem na głównym (bo jedynym) skrzyżowaniu. Po sąsiedzku stała kiedyś drewniana stodoła, a teraz została tylko ruina drugiego budynku.
Obrazek
Obrazek

Starowiercy mają w wiosce banię, ponoć można z niej skorzystać, lecz nigdzie jej nie widzimy. Podobnie jak miejscowych, co w sumie nie dziwi, gdyż podobno mieszka tu jedynie 6 rodzin. Przybywają za to goście z tablicami wskazującymi na Hansestadt Hamburg, którzy szukają cerkwi mającej wnętrza całe ze złota! O takiej to nawet Buba nie słyszała, podejrzewam, że ktoś im wcisnął niezłą bajkę...

Po odpoczynku ruszamy drogą w kierunku zachodnim. Szkoda tego braku słońca, wijąca się szutrówka, falujący horyzont i oddalające się zabudowania Wodziłek tworzą ładną kompozycję.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Potem po raz pierwszy dzisiejszego dnia trafiamy na asfalt i już widać budynki kolejnej miejscowości.
Obrazek

Bachonowo, które płynnie przechodzi w Błaskowiznę. Wioski wyglądają na takie, w których nic się nie dzieje, zwłaszcza o tej porze roku. Jako ciekawostkę dodam, że kiedyś obydwie posiadały własne przystanki kolejowe - w 1941 roku Niemcy oddali do użytkowania krótką linię, mającą transportować głazy morenowe, które jako kruszywa posłużyły m.in. do wzniesienia Wilczego Szańca. Według planów pociągi powinny stąd docierać aż do Suwałk, ale dość szybko zaniechano dalszych prac i już po trzech latach została ona zamknięta...
Obrazek

"Pamiątka całej wsi". Ciekawe, czy rzeczywiście całej i nikt się nie wyłamał?
Obrazek

W Błaskowiźnie miał działać sklep i rzeczywiście był. Tyle, że drzwi są zamknięte, bo już jest po godzinach otwarcia. Nie tracimy jednak nadziei i dzwonkiem przywołujemy panią sprzedawczynię. Schodzi z miną, która nie wskazuje na radość z odwiedzin, ale cierpliwie czeka, aż wszyscy zrobią zakupy.
Obrazek

Siedzimy pod sklepem dość długo. W międzyczasie z nieba zaczyna lecieć mżawka, robi się chłodno i mało przytulnie. Kiepska perspektywa przed zbliżającą się nocą, więc w minorowych nastrojach ciągniemy przez wieś.
Obrazek

Obydwie osady na literę B leżą nad jeziorem Hańcza. Pierwszy szerszy kontakt z nim mamy przy zorganizowanej plaży. Wygląda profesjonalnie: pomost, miejsca na ognisko, wiaty, kosze na śmieci. Buba nawet proponuje, aby tu spać, lecz skutecznie zniechęca nas do tego urzędująca grupa nastolatków...
Obrazek

Pójdziemy jeszcze dalej, za wioskę - na mapie mam zaznaczone miejsce biwakowe. Mijamy parking na polanie, są tam jakieś ławeczki, lecz wszystko to niezbyt nam się podoba. Zaliczamy kolejne metry w lesie, niczego interesującego nie widać i już mieliśmy wracać, gdy w końcu zobaczyliśmy półwysep z przygotowaną dla turystów infrastrukturą. I - co najważniejsze - domkiem!
Obrazek

To jakaś przyczepa dla parkingowego lub nurków, ale idealnie będzie się nadawać na nocleg! A jezioro tuż obok!
Obrazek

Chwile szczęścia przerywa dźwięk motocykla... Po kilku chwilach zjawia się starszy gość na jednośladzie.
"Chyba nas nie pogoni?" - wali nam niepokój w głowach. Nie pogonił, ale skasował po 10 złotych za możliwość skorzystania z chatki :D. No cóż, jakoś to przebolejemy... Zastanawialiśmy się, czy jest tu czujnik ruchu, czy może właściciel/dzierżawca robił rytualny objazd włości?

Od tej pory deszcz już nam nie straszny, zwłaszcza, że przestał padać. Rozkładamy się pod dachem i rozpalamy ognisko. Humory dopisują!
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3548
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Pudelek » 02-07-2019 14:41

Przez całą noc mamy spokój, nie męczą mnie żadne koszmary. Wstajemy dobrze wyspani. W końcu domek, choć ciasny, ale własny.
Obrazek

Hańcza wita nas mgłą, stopniowo jednak znikającą, a na niebie coraz więcej niebieskiego. Może sobota nie będzie taka zła pogodowo?
Obrazek
Obrazek

Urządzam sobie poranne mycie ciała, łącznie z włosami, reszta nie jest do takich pomysłów entuzjastycznie nastawiona. Fakt, było brutalnie, miałem wrażenie, że zaraz odpadnie mi z zimna głowa :D. Chyba nici z jeziornych kąpieli w tym roku, wody są ciągle lodowate...

Podczas spożywania śniadania zaczyna robić się tłoczno - zjeżdżają się pierwsi nurkowie. Potem samochody wojskowe, bo okazało się, że na Hańczy trenuje jednostka specjalna "Formoza". W końcu jezioro jest najgłębsze w Polsce, jedyne którego dno leży poniżej 100 metrów...
Obrazek

Zbieramy się wolno, plecaki zarzucamy około 11-tej. Jest słonecznie i w miarę ciepło (jednak do czwartkowej temperatury daleko). Andrzej przestawia przyczepę-domek na pierwotne miejsce.
Obrazek

Przez dłuższy czas podążamy wschodnim brzegiem Hańczy. Są mostki, mokradła, trzciny i widoki na jezioro.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

"Kamień graniczny" - wielki głaz narzutowy o obwodzie 11 metrów. Tu akurat atakowały setki komarów i innego robactwa, ale był to wyjątek podczas tego wyjazdu.
Obrazek

Po półtorej godzinie wychodzimy na północnych plażach Hańczy. Znajduje się tu kilka wiat, pod którymi można się schować.
Obrazek

I to był właściwy moment, bo zaczęło nawiewać chmury, z których wkrótce poleciały krople, a gdzieś w oddali przewalała się burza. Przeczekaliśmy opady pod dachem i potem można było wędrować dalej.

Od tej strony do jeziora przylegała kiedyś majątek Stara Hańcza (lit. Senoji Ančia). Pozostał po nim tylko zdziczały park oraz podmurówki dworu. Zniszczono go w 1946 roku - jedna wersja mówi o celowym pozbyciu się reliktów "pańskich czasów", a druga o przypadkowym, gdy stacjonujący tam milicjanci wywołali pożar pędząc bimber.
Obrazek

Kolejną szutrówką kierujemy się na wschód. Spotykamy grupę rowerzystów, którzy nie do końca wiedzą gdzie są... Ekipa ochoczo rusza do pomocy z mapami.
Obrazek

Niebo znowu się zaciąga i zaczyna padać, lecz to nas nie powstrzymuje w parciu naprzód!
Obrazek
Obrazek

Nie trwa to długo, wkrótce ponownie pojawia się słoneczko.
Obrazek

Przed Smolnikami wdrapujemy się na punkt widokowy znajdujący się na widocznym tu wzniesieniu. Tam też pojawia się kilkoro innych turystów.
Obrazek

Oferowana nam panorama obejmuje widok na jezioro Jaczno oraz okolicę. Całkiem miła dla oka.
Obrazek
Obrazek

Pozostało nam już tylko dodreptać do wioski. To największa odwiedzana miejscowość od czasu opuszczenia Jeleniewa, więc liczymy na uzupełnienie zapasów.
Obrazek

W Smolnikach działają dwa sklepy. Zostawiam towarzyszy pod jednym i udaję się do drugiego w drugim końcu wsi, bowiem tam ma być również restauracja. I jest - ponieważ nastał weekend, więc drzwi ma otwarte, zaprasza do środka. Wracam po resztę (biegiem, gdyż znów chwilowo pada deszcz) i wszyscy przenosimy się do knajpy na kartacze :).
Obrazek

Ostatni punkt programu na dziś to znalezienie miejsca na nocleg. Nie pierwszy raz w czasie tego wyjazdu posłużę się moją mapą i za jej radą zaglądam nad pobliskie jezioro Czarne. Zaznaczone na mapie obozowisko to zagospodarowana plaża - pomost, duży domek (zamknięty) z zadaszonym kominkiem (dostępnym), wiaty i sporo terenu pod namioty. A więc tu dzisiaj śpimy :).
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Zły Marcin
obieżyświat
Posty: 695
Rejestracja: 19-07-2013 07:10
Lokalizacja: W-w

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Zły Marcin » 03-07-2019 17:10

Dwaj, dawaj @Pudelek! teraz sezon ogórkowy i nie ma co poczytać :wink:

Dolnoślązak
stary wyga
Posty: 1903
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Dolnoślązak » 04-07-2019 12:15

Zły Marcin pisze:Dwaj, dawaj @Pudelek! teraz sezon ogórkowy i nie ma co poczytać :wink:

To kisić ogórki a nie na netach wysiadywać :P

Awatar użytkownika
Zły Marcin
obieżyświat
Posty: 695
Rejestracja: 19-07-2013 07:10
Lokalizacja: W-w

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Zły Marcin » 04-07-2019 17:12

Ooo, pojadłby małosolnych :roll:

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3548
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Pudelek » 04-07-2019 20:44

Nie rozumiem jaki sezon ogórkowy, przecież właśnie teraz najwięcej ludzi jeździ w góry! :P Tylko pewno pisać im się nie chce realcji, bo na fejsach siedzą :P
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3548
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Pudelek » 04-07-2019 21:00

Plaża nad jeziorem Czarnym w Smolnikach... Szum wody i otaczających je lasów, spokój i cisza... No, prawie cisza - wieczorem nikomu nie przyszło do głowy, aby nas odwiedzić, mimo iż była sobota, za to o świcie swoją obecność objawiła... krowa. Musiała przebywać gdzieś niedaleko, bo jej przejmujące darcie się wyrwało nas brutalnie ze snu i powodowało dreszcze. Eco komentował krowie krzyki dość wulgarnie, zatem koncert był w wersji stereo ;).
Obrazek

Kiedy bydle wreszcie ucichło (możliwe, że ktoś je zakatrupił) odwiedziło nas dwóch rybaków. Po udanych połowach komentowali zdobycze w tak soczystym stylu, że nie jeden dres spaliłby się ze wstydu...
Obrazek

Po wyjściu z namiotu okazało się, że w ciemnościach ustawiliśmy go w najbardziej krzywym miejscu. Jest możliwe, iż maczały w tym swe palce trunki rozgrzewające ;).
Obrazek

Skoro dziś niedziela, to postanawiamy się nie wysilać. Część zaplanowanej trasy pokonamy autobusem, a ten jedzie dopiero po południu. Niespiesznie udajemy się do pobliskiego sklepu po zakupy, ja przy okazji odbieram ładowarkę, którą tam wczoraj zostawiłem...
Obrazek

Potem pichcimy sobie śniadanio-obiad w kominku, a Andrzej dokonuje bohaterskiego czynu i zażywa pełnej kąpieli! Próbował kilkukrotnie i w końcu się zanurzył, choć wrzaski przypominały te od krowy :D. Ja także miałem ochotę, lecz nie udało mi się zwalczyć lodowatej temperatury jeziora...
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po godzinie 13-tej zwijamy obozowisko, aby jeszcze na chwilę usiąść przy barze. Mają tam fajne ławeczki w lasku.
Obrazek

Idąc na przystanek mijamy smolnicki cmentarz. Tabliczka informuje, że tam śmieci składać nie wolno. Ciekawe czy można za murem?
Obrazek

Pień drzewa podziurawiony przez mrówki...
Obrazek

Zjawia się pekaes, tłumów w środku brak. Po jakimś kwadransie chcemy wysiadać przy kompletnym braku zrozumienia kierowcy i pozostałych pasażerów. W głowie im się nie mieściło, że zamiast jechać od razu do celu mamy ochotę dreptać jeszcze kilka kilometrów piechotą.

Rogożajny Małe
to niby wioska, ale w rzeczywistości luźno porozrzucane gospodarstwa.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przyjemna szutrowa droga zmienia się w trawiastą i prowadzi między żółto-zielonymi łąkami oraz polami, czasem pojawi się też jakiś dom.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Wkrótce na horyzoncie pojawiają się zwarte zabudowania oraz niebieski kolor zbiornika wodnego.
Obrazek

Jezioro Wistuć. Kilka lat temu trwały o nie przepychanki pomiędzy prywatnym dzierżawcą a urzędnikami. Poszło o zarybienia, podobno nielegalne. W efekcie dzierżawę wymówiono, a akwen został bez gospodarza, więc zimą mieszkające w nim ryby podusiły się... Ostatecznie sąd zwrócił jezioro prywatnemu właścicielowi, ale nie wiem czy dostał odszkodowanie za kilka ton śniętych ryb...
Obrazek

Okolica jest tak piękna, że grzechem byłoby nie zrobić sobie tutaj odpoczynku. Zdjęcie dobrze ukazuje różne reakcje na temperaturę u różnych członków ekipy :P.
Obrazek
Obrazek

Ciężko się zebrać z takiego miłego postoju, lecz jak mus, to mus!
Obrazek

Przed nami Wiżajny (lit. Vižainis). Miejscowość, podobnie jak wiele innych na Suwalszczyźnie, ma nazwę pochodzącą z języka litewskiego, w tym przypadku od vežys = rak. Przynajmniej tako rzecze Zara... tfu, Wikipedia. Kiedyś mieszkali tu Jaćwingowie, potem weszła w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego. Rzeczone raki miały być daniem popisowym w gospodzie, którymi poczęstowano króla Jagiełłę.
Obrazek

Przez dwa wieki Wiżajny posiadały prawa miejskie, utraciły je w 1870 roku. Zachował się - choć słabo czytelny - miejski układ urbanistyczny.
Obrazek

Naszym celem jest znaleźć sklep. I - pomimo niedzieli niehandlowej - udaje nam się! Żółte ściany przyciągają jak g...o muchy.
Obrazek

Rzecz jasna trochę się przy nim zasiedzieliśmy, więc w dalszej (ostatniej już dziś) części wędrówki towarzyszą nam kolory zbliżającego się wieczoru.
Obrazek

W okresie międzywojennym w Wiżajnach stacjonowała kompania Korpusu Ochrony Pogranicza, która ufundowała w 1930 roku obelisk poświęcony Piłsudskiemu. Wtedy określenie "wódz narodu" nie budziło takich skojarzeń jak dzisiaj...
Obrazek
Obrazek

Pomnik został zniszczony w czasie wojny, ale w III RP odkopano zachowany cokół i zrekonstruowano. Obok umieszczono współczesny słupek graniczny.
Obrazek

Jest też zabytkowy kościół z 1825 roku. Bez szału architektonicznego.
Obrazek

Nocujemy dziś w Wiżajnach, ale nie w wiosce, tylko nad jeziorem o takiej samej nazwie. To najbardziej wysunięte na północ jezioro polskiej części Suwalszczyzny. Dalej już tylko Litwa.
Obrazek
Obrazek

Komuś się tak spieszyło, iż zgubił klapek :D. A taki ładny, chiński...
Obrazek

Podobnie jak przy jeziorze Hańcza i wczoraj w Smolnikach kierujemy się według mojej mapy, na której zaznaczone jest miejsce biwakowe. I oczywiście mapa się nie myliła!
Obrazek

Czego tam nie ma: kilka wiat, śmietniki, miejsca na ognisko, plaża, drewniany wigwam z ogniskiem, wychodki (te akurat dość rozwalone). Pieniądze Unii nie poszły w błoto ani w piach. W sezonie grasują tu tłumy ludzi, teraz oprócz nas jest tylko grupa nastolatków, która bawi się za murkiem, ale zupełnie nie przeszkadza.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Patrząc na jezioro stwierdzam, że rano zaryzykuję i może w końcu uda mi się wskoczyć do wody. Tymczasem podziwiamy zbliżający się zachód...
Obrazek
Obrazek

Chociaż przez cały dzień było słonecznie, to jednak wieczorem temperatura nie rozpieszcza. Trudno się jednak dziwić patrząc w kalendarz - na kartce data 12 maja, a więc świętego Pankracego. Pierwszy dzień zimnych ogrodników. Wolałem jednak "Piątki z Pankracym".

Wiata-wigwam bardzo się dziś przyda. Kominek oczywiście też.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3548
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Pudelek » 07-07-2019 11:35

A rano... wszystko się spieprzyło. Po słońcu ani śladu, niebo całkowicie zachmurzone. Piździ jak w kieleckiem (lub za cara, a więc właściwie na to samo wychodzi), wieje wiatr, lada moment zacznie padać. Plan kąpieli oczywiście odpada. Nastroje wyraźnie siadły. I nagle Buba proponuje, aby spać dziś pod dachem! Komercyjnie. Czy ja dobrze słyszę?

Nauczony doświadczeniem sądziłem, że będzie to ostatnia osoba, która rzuci takie obrazoburcze hasło! Przecież mamy namioty, przecież jesteśmy twardzi, przecież tak się nie godzi, przecież tradycja...

A jednak! Wizja ciepłego noclegu nie znajduje przeciwników. W głębi duszy cieszyłem się, iż to ktoś inny na to wpadł :D. Tym bardziej, iż prognozy na kolejne dni także nie są optymistyczne: dziadowska pogoda szalejąca i mrożąca Śląsk i południe Polski dotarła na północno-wschodnie kresy.

Dziś świętego Serwacego, drugiego z zimnych ogrodników. Do diabła z takimi patronami!
Obrazek

Wracamy się do wioski wśród opadów deszczu. O ile wczoraj Wiżajny w promieniach słońca przedstawiały widok opuszczonej osady, to dzisiaj wszyscy nagle ożyli i walą do marketu. Walimy więc i my.
Obrazek

Autobus podwozi nas w okolice trójstyku polsko-litewsko-rosyjskiego przy wiosce Bolcie (lit. Balčiai). Nie ma tam oficjalnego przystanku, ale uprzyjmy kierowca wysadza nas obok wypasionego parkingu. Ten jest znakomicie wyposażony: posiada czynną okresowo i płatną toaletę, zalane deszczem wiaty oraz tablicę elektroniczną informującą, że temperatura powietrza wynosi 9 stopni. Miejsce to uznawane jest za polski biegun zimna, jednak niesłusznie, ponieważ tę rolę pełnią obecnie Góry Izerskie.
Obrazek

Do granicy mamy kilkaset metrów. Jako pierwsze pojawiają się białe słupki litewskie.
Obrazek

Te nie budzą niepokoju, dopiero kawałek dalej wyskakują płoty, tablice, groźne napisy i kamery.
Obrazek
Obrazek

Płot stoi zarówno po litewskiej, jak i rosyjskiej stronie. Między nimi pasy graniczne. A w środku granitowy obelisk.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Granice przebiegały tu od wieków. Kiedyś stykały się ze sobą Prusy i Wielkie Księstwo Litewskie, potem przez kilkaset lat państwo niemieckie i Rosja. W okresie międzywojennym po raz pierwszy punkt ten stał się trójstykiem - wtedy Niemiec, Polski i Litwy (połowę zajmowała Rzesza). Ponownie wrócił do swojej roli w 1991 roku po rozpadzie Związku Radzieckiego. Ale granic tutaj więcej: po polskiej stronie Suwalszczyzny i Mazur, a także województw, powiatów i gmin.

Nazwa "Wisztyniec" pochodzi od pobliskiego litewskiego jeziora i miasteczka.

Okolica upiększona jest licznymi zakazami. Postawiono nawet budkę przypominającą fotoradar. Ponoć miejscowi pogranicznicy są upierdliwi do granic fanatyzmu i lepią kary nawet za postawienie nogi na rosyjskiej ziemi. Nie ryzykuję więc i ograniczam się do zdjęcia ze strony litewskiej.
Obrazek

Najbardziej zdumiał mnie zakaz... robienia zdjęć Rosji! Co to za dziwo i kto na to wpadł?? Jeśli Polacy, to czy w ogóle można zabronić fotografować obce państwo? A jeśli Rosjanie to chyba ich zakazy nie obowiązują za granicą?? Jeden z większych idiotyzmów z którym się spotkałem! I, z tego co się orientuję, nie ma ku niemu podstawy prawnej.

Poniżej zaorany pas drogi granicznej należący do Polski. Trawa po prawej i las to już Federacja. W oddali majaczą polskie i rosyjskie słupki.
Obrazek

Wracamy do głównej drogi, aby znaleźć jakiejś miejsce na przeczekanie nieprzyjaznej aury. Ustaliliśmy, że dojedziemy dzisiaj aż do Gołdapi i tam będziemy spali, a jedyny autobus będzie dopiero za 3 godziny!

Wiaty przy nowoczesnym parkingu średnio nadają się na popas, więc rozsiadamy się wokół zadaszonego stołu oddalonego o kilkaset metrów w kierunku zachodnim. To już Mazury :D. Liczyłem, że w końcu uda nam się do nich dotrzeć, lecz nie sądziłem, iż w takich warunkach...
Obrazek

Granica pomiędzy dwiema krainami jest dobrze widoczna na asfalcie.
Obrazek

Postanawiam podejść na najbliższą górkę, aby zobaczyć jak daleko do przystanku. Mazurska droga i okolica dość malownicza.
Obrazek
Obrazek

Nie mogło zabraknąć ujęć granicznych.
Obrazek
Obrazek

W zaroślach ruiny dawnego posterunku niemieckich strażników.
Obrazek

Znajduję przystanek i wracam do reszty, która próbuje się rozgrzewać. Ziąb jest taki, że nawet palnik przygasał i trzeba było go osłaniać.
Obrazek

A na szosie wojewódzkiej się dzieje...

Najpierw przemknęli Niemcy z przyczepami kempingowymi ciągniętymi przez... traktory.
Obrazek

Potem polski rolnik, któremu deszcz nie straszny.
Obrazek

Jako trzeci zjawia się patrol Straży Granicznej. Przybył z Mazur, zajechał na trójstyk, zawrócił i skierował się w naszą stronę. No tak, nie mogli przegapić takiej okazji. Podchodzi do nas młoda dziewczyna z rozradowaną gębą i śpiewnym akcentem. Nie wiemy kto się bardziej cieszy ze spotkania - ona, bo może z kimś pogadać, czy my, bo wyprawa bez spotkania z SG byłaby nieważna ;).

Rozmowa przebiegła w bardzo sympatycznej atmosferze, nikt nawet nie sprawdzał naszych dokumentów. Widać było, że dużą ulgę sprawiło pani odkrycie, iż nie jesteśmy obywatelami obcego państwa. A przynajmniej się z tym nie afiszowaliśmy ;). Zostaliśmy tylko ostrzeżeni, że włażąc na rosyjską ziemię grozi nam nie tylko mandat, ale też oberwanie pałką ze strony rosyjskiego strażnika, bo ponoć czasem tak lubią komuś przywalić...

Znowu zostajemy sami. Czas na chłodzie płynie wolno, lecz wreszcie przychodzi godzina, kiedy trzeba podążyć na przystanek. Ubieramy się stosownie do pogody...
Obrazek

W autobusie pustawo, ciepło i sucho. I choć humory trochę siadły przez tych cholernych zimnych ogrodników, to ostatnie zdjęcie pokazuje, że duch w kompanii całkowicie nie upadł :D. Tak więc, zaczynamy część mazurską tegorocznych Kresów!
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3548
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Pudelek » 09-07-2019 22:14

Gołdap (niem. Goldap, lit. Geldapė) w XX wieku kilka razy miał pecha. W początkowym okresie I wojny światowej zajęli go Rosjanie i po ich wyparciu zniszczonych zostało wiele budynków w centrum. Znacznie gorsza katastrofa nastąpiła 30 lat później, kiedy to najpierw zajęła je Armia Czerwona, potem Wehrmacht odbił, a następnie Sowieci wkroczyli po raz drugi. Szacuje się, że zagładzie mogło wówczas ulec nawet 90% zabudowy miasta! Kolejną "cegiełkę" dołożyli polscy włodarze, karząc niekiedy burzyć obiekty, które przetrwały wojenne zawieruchy. Efekt jest taki, że dzisiejsza stolica powiatu pod względem architektonicznym jest raczej nieciekawa.
Obrazek

Naszym schronieniem przed niesprzyjającą aurą będzie kwatera położona przy jednej z głównych dróg - Suwalskiej, a w przeszłości Mühlentor. Właściwie to autobus zatrzymał się prawie pod drzwiami ;).

Od właściciela bierzemy klucze, płacimy i zrzucamy bagaże. Siedzimy trochę w ciepłym pokoju, ale nie ma co za długo czekać i ruszamy na miasto.

Niedaleko od noclegowni trafiam na cmentarz wojskowy z czasów Wielkiej Wojny. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem spoczywają na nim i Niemcy i Rosjanie. Nekropolia jest w miarę zadbana.
Obrazek
Obrazek

Mazury były jedyną częścią Cesarstwa Niemieckiego na których pojawiła się wroga armia. W wyniku walk zrujnowanych zostało wiele miejscowości, m.in. także Łek (dzisiejszy Ełk).
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W pobliżu stoi wieża wodna z 1905 roku, obecnie służąca jako punkt widokowy. Zaglądniemy na nią następnego dnia i to z tej wizyty pochodzą zdjęcia.
Obrazek

Widać głównie bloki i inne klockowate budynki. Między nimi z rzadka pojawi się jakiś starszy dom.
Obrazek
Obrazek

Zalew nad Ustroniem w północnej części miasta. Jeszcze dalej położone jest jezioro Gołdap (Goldaper See), którego fragment należy do Rosji. Już w okresie międzywojennym pojawiało się tutaj sporo turystów, a kilka lat temu otwarto tężnie i miejscowość posiada status uzdrowiska.
Obrazek

Cmentarz wojenny z widoku ptaka.
Obrazek

Deska nad drzwiami zapewne jest oryginalna.
Obrazek

Podążając do centrum wchodzimy między osiedle, gdzie działa "Bar Jędruś" polecony przez właściciela noclegu. Lokalizacja powoduje, że zaglądają do niego głównie miejscowi.
Obrazek

W środku półmrok i pustki, lecz większość klientów przychodzi w porze obiadowej. Menu i ceny są interesujące, a posiłki bardzo smaczne. Co prawda kuchnia reklamowana jako "lokalna" to dania z Suwalszczyzny i Podlasia, nie z Mazur, ale raczej nikomu to nie przeszkadza... Może dlatego, że większość ludności, która przybyła do miasta po ostatniej wojnie, dotarła właśnie z tych regionów, co zresztą słychać w mowie.
Obrazek

Szczytem architektonicznej bezpłciowości jest gołdapski rynek. Wielki plac z parkingiem otoczony prostokątami. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś w środku wznosił się ratusz, kościół i kilka ważnych gmachów - sąd, areszt, remiza i poczta. Te były zaś efektem szeroko zakrojonej odbudowy przeprowadzonej po zniszczeniach Wielkiej Wojny.
Obrazek

Po II wojnie światowej ostało się kilka kamienic oraz m.in. mury kościoła. Zamiast przywrócić do użytku rozebrano go w latach 50., a później jeszcze niektóre domy. Współcześnie na rynku są bodajże jedynie 2 lub 3 budynki starsze niż kilkadziesiąt lat, w tym urząd miejski.

W miejscu dawnej reprezentacyjnej zabudowy urządzono... staw z mostkiem. Myśleliśmy, że to jakaś inwestycja unijna, lecz znajduje się tu co najmniej od 1975 roku.
Obrazek

Łazimy dalej. Boczne uliczki wydają się sympatyczniejsze. Na drugim zdjęciu ulica Mazurska, kiedyś Insterburgerstrasse. Dom z podcieniami mieścił piekarnię.
Obrazek
Obrazek

Późnogotycki kościół ewangelicki z XVI wieku. Został tak mocno zniszczony, że odbudowano go z ruiny dopiero w latach 80. ubiegłego stulecia i stał się katolicką konkatedrą. Z tego też powodu wnętrza są dość skromne.
Obrazek
Obrazek

Inna zabytkowa świątynia to kościół św. Leona - typowy neogotyk z 1894 roku.
Obrazek

Na koniec dnia odwiedzamy jeszcze jeden przybytek z "lokalnymi potrawami", czyli znowu z Podlasia, a także z jeszcze dalszymi, bo serwują też sało. Bardzo smaczne zresztą.
Obrazek

Wieczór upływa nam na długim siedzeniu na naszej kwaterze. Rano nie bardzo człowiek ma ochotę wstać, tym bardziej, że pogoda nie uległa żadnej poprawie. Dziś św. Bonifacego, trzeci dzień zimnych ogrodników.

Pierwsze swoje kroki kierujemy do najbliższego sklepiku. Mają tam zadaszoną wiatę oraz coś w rodzaju wychodka (ale tylko dla sikających). Spędzamy przy nim trochę czasu dyskutując z dwójką miejscowych. Jeden z nich wspomina przygody z milicji i ZOMO z lat 80. "W Gdańsku to był małpi gaj, sami debile, łazili po ulicach i walili pałką w płoty. (...) Tamten to robił cyrk, skakał z daszku twarzą w żywopłot". Nasz rozmówca chwali się, że kilkukrotnie wyrzucano go ze służby, ale zawsze przyjmowano z powrotem. Jego znajomi byli jednak lepsi, kradli rowery, a któryś nawet gwizdnął PKS-a. :D Trudno się dziwić, że komuna upadła, skoro miała takich obrońców...
Obrazek

W drodze do centrum zaglądamy ponownie do "Jędrusia" na obiad i tym razem spotykamy tam dość dużo osób. Potem jeszcze musimy zrobić zakupy na rynku, a Buba biegnie do szmateksu, aby nabyć jakieś ciepłe ciuchy, lecz wraca z niczym.

Pilnując plecaków przed sklepem zostaję serdecznie okrzyczany przez żulika: "Witamy na Mazurach". Spóźnił się z tym o dobę, ale dobre i to ;). Uzupełniane zapasów idzie nam na tyle wolno, że prawie spóźniamy się na autobus, który będzie jechał dokładnie tą samą trasą co wczoraj, lecz w odwrotnym kierunku.
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3548
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Pudelek » 11-07-2019 14:37

Wysiadamy w mocno zalesionej okolicy, w wiosce Błąkały (Blindgallen, 1938-1945 Schneegrund). Czeka nas miła niespodzianka - nieopodal przystanku działa sklepik. Zaopatrzony jest we wszystko, co turysta z plecakiem potrzebuje, czyli głównie w alkohol ;). Na tyłach posiada także zadaszoną wiatę. Męska część kupuje sobie coś na ogrzanie u miłej pani, ale Buba dostaje zjebkę, po tym jak spytała się, czy możemy usiąść w zamkniętym oszklonym "saloniku". Reakcja była co najmniej taka, jakby ktoś się babę spytał na kogo głosuje...
Obrazek

Zostajemy więc na zewnątrz. Chłód zwalczamy dzielnie trunkami, Buba dodatkowo gotuje sobie wrzątek, który nie bardzo chciał dojść, bo wiatr przygaszał płomień i dopiero osłonięcie butli karimatą pomogło.
Obrazek

Sielską atmosferę przerywa nadejście miejscowego. Marek. Typ człowieka u którego widok turysty włącza nadzieję na wyżebranie jakieś kasy. Początkowo próbował grać kulturalnego i oświeconego typa, co niezbyt szło w parze z jego stanem (nie)trzeźwości. Wkrótce jednak wyprosił skręcika, potem chciał drugiego, wreszcie zabrał się za wyłudzanie drobnych pieniędzy. Najgorsze, iż stał się niesamowicie namolny, usiłował narzucić nam swoją wizję zwiedzania okolicy. Do tego stopnia, że chciał koniecznie iść z nami do Stańczyków! Wypytywał się także gdzie zamierzamy spać. Ciężko było cokolwiek mu wyperswadować, zwłaszcza, że kontakt z nim wyglądał tak:
* Pytanie Grześka: Ile tu mieszka osób?
* Odpowiedź Marka: Tam jest parking.

Na szczęście trochę odciągało go kilku innych lokalsów - dali mu piwo i puścili "Dorosłe dzieci" zespołu Turbo, mówiąc: "Marek, to o Tobie" :D - więc jakoś udało nam się zebrać i uciec w wybranym przez nas kierunku.

Błąkały to dziś niewielka miejscowość, zamieszkała przez trzykrotnie mniejszą liczbę osób niż jeszcze w latach 30. XX wieku. Garść domów stojących przy drodze wojewódzkiej i osiedle wśród pól.
Obrazek
Obrazek

Podeszliśmy najpierw do wzgórza, gdzie w przeszłości znajdował się ewangelicki cmentarz. Nie zostało z niego nic - przeciskając się przez krzaki znalazłem jedynie zarys czegoś, co być może było kiedyś nagrobkiem.
Obrazek

Po wyjściu z powrotem na drogę ujrzeliśmy... Marka! No, k...a, nie!

Lezie za nami i woła, żeby zawrócić, bo kawałek dalej mieszka jakiś popieprzony facet. Kiedy taki natręt określa kogoś w ten sposób, to można się spodziewać, że ostrzega przed kimś sympatycznym.

Odbijamy w stronę przeciwną do wioski, więc Marek staje na rozstajach niezdecydowany. Myślał tak i myślał, tymczasem my oddaliliśmy się na bezpieczną odległość. I dobrze, bo w przeciwnym razie pożegnanie z nim mogłoby wypaść znacznie bardziej mniej przyjemnie.

Boczna szosa to miła dla oka aleja.
Obrazek

Po pewnym czasie skręcamy w las, do niezbyt głębokiego wąwozu. To ślad dawnej linii kolejowej, o czym świadczy ten wiadukt.
Obrazek
Obrazek

Na mapie z 1938 roku widać, że nie biegła tędy żadna droga, musiał więc służyć rolnikom w dojeżdżaniu do pól.
Obrazek
Obrazek

Z lasu wychodzimy na obrzeżach Stańczyków (Staatshausen) obok stanicy ZHP. Aby dotrzeć do interesujących nas obiektów musimy zaliczyć duże koło, gdyż wiele ścieżek zostało pogrodzonych przez prywatnych właścicieli.
Obrazek

Mijane gospodarstwa potwierdzają, że to tereny poniemieckie, gdyż styl budowania jest zupełnie inny niż na Suwalszczyźnie i Podlasiu.
Obrazek

Mosty w Stańczykach - główna atrakcja tej części Mazur. Faktycznie, już z daleka robią wrażenie.
Obrazek

Wiadukty powstały na linii kolejowej mającej łączyć Prusy Wschodnie z resztą kraju. Przedstawiano głównie gospodarcze argumenty za budową tej trasy, lecz znaczenie militarne także było ważne: chodziło o możliwość szybkiego przerzutu wojsk nad granicę z Rosją. Prace rozpoczęto około 1907 roku, ale do momentu wybuchu wojny udało się skończyć tylko niewielką część z nich, m.in. jeden z mostów w Stańczykach. Który? Część źródeł podaje, że południowy (ten lepiej widoczny na zdjęciach), inne, że północny. W ogóle co jakiś opis tego miejsca, to są podawane wykluczające się dane i daty.
Obrazek

Po zakończeniu działań wojennych zmieniła się sytuacja polityczna. Zamiast wielkiej carskiej Rosji za granicą pojawiła się mała Litwa, zatem kwestia militarna straciła znaczenie. Mimo to postanowiono dokończyć budowę linii, a konkretnie to odcinek z Gołdapi do Żytkiejm. Ostatni fragment Błąkały-Żytkiejmy oddano do użytku w 1927 roku.

Niektórzy piszą, iż linia od początku miała być dwutorowa, stąd od razu postanowiono postawić w Stańczykach dwa wiadukty. Inni, że wprost przeciwnie - zawsze zakładano tylko jeden tor, bo nikt nie spodziewał się tu dużego ruchu. Most-bliźniak miał być specyficznym zabezpieczeniem na wypadek kolejnego konfliktu: w czasie Wielkiej Wojny Rosjanie wysadzili prawie wszystkie większe konstrukcje kolejowe na zajętym przez siebie terenie, a zawsze ciężej zniszczyć przeprawę podwójną niż pojedynczą. Sporny jest nawet moment budowy drugiego wiaduktu: pojawia się rok 1918 i lata 1923-26. Stawiałbym na ten drugi okres z racji daty otwarcia. Pociągi ruszyły jednak tylko jedną nitką - mostem północnym. Południowy służył mieszkańcom do skracania drogi w kierunku Błąkałów.

Niekończące się dyskusje na temat wiaduktów dotyczą także sensu stawiania tak wysokich konstrukcji. Są opinie, że miały one służyć głównie celom propagandowym, aby okazać możliwości niemieckiej myśli inżynierskiej. Możliwe było poprowadzenie torów nieco dalej na południe po płaskim terenie, bez konieczności wznoszenia podwójnych mostów.
Obrazek

Od kilkunastu lat wiadukty są własnością prywatną i za ich zwiedzanie należy zapłacić 8 złotych. Dużo to czy mało? Ja nie narzekałem, Marek w Błąkałach tak :D. Przed bramą widać dwa mniejsze mostki w kierunku Żytkiejm.
Obrazek

Zgodnie z prognozami ruch kolejowy na linii rzeczywiście nie był duży - kursowały na niej 3-4 pary pociągów osobowych dziennie. Oprócz mieszkańców korzystali z nich turyści, wędkarze, grzybiarze oraz... narciarze. Do tego składy towarowe z drzewem, a w okresie wojny materiały budowlane dla hitlerowskich schronów. Podobno po dojściu Hiltera do władzy nawet zmniejszono liczbę połączeń, gdyż wielki łowczy Rzeszy Hermann Göring nie życzył sobie tłumów w Puszczy Rominckiej.

Rok 1944 przyniósł koniec nie tylko mieszkańcom tych ziem, ale też infrastrukturze. Sowieci z żelazną konsekwencją ogałacali Mazury z wszelkich obiektów, które miały jakąś wartość: tory zostały po prostu rozebrane i wywiezione do ZSRR. Aż dziwne, że nie rozwalili mostów jako potencjalnego budulca...

Polskie władze chyba nigdy poważnie nie rozważały odbudowy - ekonomicznie byłoby to pewnie nieopłacalne, ale pod względem turystycznym bardzo interesujące. Dzisiaj, obok Stańczyków, pamiątkami po przeszłości są dziesiątki konstrukcji poukrywane w lasach, w wąwozach i przy drogach. A pociąg na moście można obejrzeć jedynie na starym filmie...

Stańczykowe przeprawy są jedne z najwyższych w Polsce - do 36,5 metrów (choć pojawia się i 40), a długość wynosi 178-200 metrów. Swoją drogą może ktoś je w końcu dokładnie zmierzy, bo to jednak spora różnica?
Obrazek
Obrazek

Brukowana nawierzchnia mostu północnego, tego, po którym jeździły ciufcie.
Obrazek

Widok w dół, z dołu i na okolicę.
Obrazek
Obrazek Obrazek

Wiadukty są popularnym miejscem odwiedzin. Ponoć w ciepłe dni walą tu tłumy. Dziś, z racji kiepskiej pogody, jest znacznie luźniej, ale gdy kończyliśmy zwiedzanie to pojawił się cały autokar emerytów w klapkach.
Obrazek

Wracamy do wioski. Marek polecał nam restaurację na winklu, ale ta oczywiście zamknięta jest na głucho. Zatem szukamy miejsca na nocleg. Jedyną rozsądną możliwością jest pójść polną drogą za jezioro Dobellus Duży (Großer Dobellus). Na brzegu od strony drogi jest jakaś infrastruktura, ale do spania się ona nie nadaje.
Obrazek

Pomysł był słuszny - po drugiej stronie, osłoniętej drzewami, znajdujemy niewielką polanę z miejscem na ognisko i rozbicie namiotów.
Obrazek

Kolejny chłodny wieczór i noc. Bez ognia byłoby ciężko.
Obrazek
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3548
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Re: Przez Suwalszczyznę i Mazury z plecakiem.

Postautor: Pudelek » 12-07-2019 23:12

Środowe wczesne wyjście za potrzebą przyniosło nadzieję na zmianę pogody, bo między chmurami pojawiły się błyski słońca. Niestety, trwało to krótko i przy właściwej pobudce znowu wszystko ogarnęła szarość. Tak naprawdę to obudzili nas robotnicy z przeciwległego brzegu Dobellusa, który krzykami dodawali sobie otuchy przy stawianiu nowych konstrukcji.

Dzisiaj zimnej Zośki. Na szczęście nie zimniejszej niż wczoraj, ale dodatkowo rozgrzewać się i tak trzeba było cały czas.
Obrazek

Tradycyjnie zbieramy się późno. Gdyby było ciepło to może narzekałbym, że zamiast przeć w nowe miejsca siedziby bezproduktywnie w lesie, lecz w takich warunkach jest to nawet wskazane.

Przy północnym skraju jeziora miało znajdować się miejsce biwakowe - przynajmniej tak twierdziła mapa. Ale to już pieśń przeszłości, znaleźliśmy tylko resztki wychodka.
Obrazek

Wracamy do Błąkałów, zastanawiając się, czy czasem nie wpadniemy znowu na Marka. Może na nas czeka? W pewnym momencie widzimy postać wychodzącą z krzaków. Ale to nie on, tylko jakiś facet idzie gdzieś na pola...
Obrazek

Pod sklepem mnie i Bubie włącza się duch przygody: mamy kupę czasu do autobusu, można by dostać się do następnej miejscowości stopem i ją zwiedzić. Eco i Grzesiek nie wykazują animuszu, wolą posiedzieć pod wiatą... No cóż, starość dopada każdego.

Siadamy z Bubą na skraju drogi i czekamy. Ruch jest słaby, ale coś jeździ. Nikt nie wykazuje jednak chęci do zatrzymania, w dodatku zaczyna siąpić. Wreszcie po kwadransie staje auto na litewskich blachach. Kierowca z Litwy kieruje się na Suwałki przez... obwód kaliningradzki. Ciekawa trasa. Na leśnych zakrętach pruje ostro i wpada w każdą dziurę, których na tej drodze cała masa, więc tylko czekam, aż odpadnie nam podwozie. Nic takiego się nie dzieje, po chwili wysiadamy w Żytkiejmach (Szittkehmen, od 1938 Wehrkirchen).
Obrazek

Wioskę założyli - podobnie jak wiele innych w tej części Mazur - w XVI wieku litewscy osadnicy i stąd nazwa wywodząca się z tego języka (po litewsku Žydkiemis). Kiedyś był to dość znaczący lokalny ośrodek z prawem organizowania targów, drugi pod względem liczby mieszkańców w powiecie gołdapskim. W 1944 działały 3 hotele, 6 gospód, 2 banki, kantor, szkoła publiczna i prywatna, szpital, apteka, młyny, wiatraki, cegielnia i mleczarnia. A dzisiaj?

Dzisiaj pozostało trochę śladów po tamtych czasach - przede wszystkim zabudowa w okolicach głównego skrzyżowania, która przypomina bardziej małomiasteczkową, a nie wiejską.
Obrazek

Kilkaset metrów dalej w bocznej drodze znajdujemy Pomnik Poległych. Kamienna forma przetrwała, lecz tablica jest nowa, dwujęzyczna.
Obrazek

Obok na wzgórzu stoi niewielki kościół, dawniej ewangelicki. Luteranie mieli tu swą świątynię od prawie samego początku osady, nabożeństwa odprawiano po litewsku, dopiero później pojawił się język niemiecki. Obecny kształt budynek uzyskał w 1879 roku, natomiast po prawej stronie mamy farę z 1928.
Obrazek

Do Buby przypałętał się pies... A za nią dawny Deutsches Haus.
Obrazek

W ogóle spotykamy tutaj ciekawych ludzi: za chwilę pewna babulinka zaczęła mi na chodniku opowiadać o jakimś maryjnym objawieniu. Potem w sklepie Buba miała okazję obserwować obsługę klienta po żytkiejmskiemu z waleniem pięścią w kasę włącznie :D.

Siadamy pod zadaszonym przystankiem autobusowym, ale ja jeszcze idę porobić kilka zdjęć. Park został jakiś czas temu zagospodarowany, mają nawet toi-toia.
Obrazek

Drewniana remiza, siedziba "eko-muzeum".
Obrazek

Mocno przebudowany budynek hotelu St. Hubertus. W latach 30. XX wieku w jego wnętrzach szkolono dywersantów, a potem swoją placówkę miało Gestapo i Abwehra.
Obrazek

Szittkehmen/Wehrkirchen było położone strategicznie, bo blisko granicy z Polską i Litwą. Współcześnie słupki graniczne są jeszcze bliżej, gdyż Federacja Rosyjska zaczyna się mniej niż kilometr od kościoła, a więc jakieś półtora kilometra od miejsca, gdzie robię te zdjęcia. Kusi mnie, aby tam pobiec, tym bardziej, że po drodze można zahaczyć jeszcze o kilka starych cmentarzy, w tym wojenny. Do autobusu mam godzinę, powinienem zdążyć!

Zostawiam Bubę z tabołami i raźno prę przed siebie. Dotarłem jedynie do młyna parowo-wodnego z XIX wieku na Żytkiejmskiej Strudze. Działał aż do 1992 roku, nadal sprawna jest turbina wytwarzająca energię elektryczną.
Obrazek

A potem... niebo spadło mi na głowę. Od czasu do czasu coś padało i się uspokajało, ale w tym momencie runęła ściana wody. Schowałem się pod drzewem, lecz po chwili przestało ono wystarczać. Wpadłem pod daszek jakiejś stodoły, gdzie trochę mniej zacinało. Minuty mijają, a opady zamiast maleć to się wzmagają. Przypomniał mi się wiersz Konopnickiej:
Wtem się wicher zerwie srogi.
Dzieci w krzyk, i dalej w nogi…
Szumią trawy, gną się drzewa,
To już nie deszcz, to ulewa.


Po pewnym czasie udaje mi się w końcu wyrwać ze schronienia, ale o zwiedzaniu okolic przygranicznych nie ma już mowy, za mało czasu zostało. Wracam wściekły i przemoczony, pogoda nawet teraz musiała postawić kropkę nad I.

Pojawia się pekaes z Andrzejem i Grzegorzem, w czwórkę dojeżdżamy do Suwałk. Z nostalgią wspominamy ostatnią wizytę sprzed tygodnia, kiedy chodziliśmy tędy przy ciepłej i słonecznej aurze.

Ponieważ mamy znowu sporo czasu na przesiadkę, więc zjadamy obiad w azjatyckiej knajpie. A potem pociąg na Podlasie... Z okien oglądamy różne fajne stacyjki.
Obrazek

Carski dworzec w Kamiennej Nowej przez kilkanaście lat był kolejowo odcięty od reszty Polski po tym, jak przesunięto granicę polsko-radziecką.
Obrazek

Im bliżej Białegostoku, tym więcej wchodzi do pociągu osób w barwach Jagiellonii. Jest nawet Murzyn w piłkarskim stroju, nie sądziłem, że zespół ma takich międzynarodowych kibiców! Okazuje się, że dzisiaj Białystok gra mecz z Legią, więc wszyscy szykują się na łomot (tylko jeszcze nie wiadomo, z której strony).

W stolicy województwa ciężka atmosfera tworzona przez ciężkie chmury wiszące na niebie, ale na szczęście już nie pada.
Obrazek

Idziemy do jedynego w mieście schroniska młodzieżowego. Skryty między blokami domek ponoć jest zabytkowy, choć patrząc na obite plastikowymi deskami ściany szczerze w to wątpię. Przybytek ma tak niewielkie rozmiary, że w drzwiach lub korytarzu nie można minąć się z plecakiem! W ogóle mam wrażenie, że wszystko tam jest w wersji mini, łącznie z kuchnią i łóżkami.

Na dobry wieczór otrzymujemy długą litanię zakazów. Wielu rzeczy w środku nie można. Oczywiście nie wolno spożywać procentów, a pani z recepcji dumnie opowiada o swoich sukcesach w ściganiu nieprawomyślnych alkoholików. Niedozwolona jest też koedukacja. Bo ktoś może sobie nie życzyć kobiety w męskim pokoju! A niedawno czytałem w artykule wywiad (sprzed kilku lat, ale jednak) z ówczesnym prezesem Polskiego Towarzystwa Schronisk Młodzieżowych, gdzie zapewniał, że segregacja płci występuje tylko w przypadkach grup szkolnych, nikt dorosłych ludzi nie będzie tak traktował. A w Białymstoku traktują... Nie wiem tylko czy to nawiązanie do starych czasów czy raczej nowy trend, bo w innych krajach też ponoć ludzie nie chcą się koedukować...

Kolejną cenną informacją jest ta, że drzwi schroniska zamykane są o północy i nikt już do niego nie wejdzie. "W trosce o bezpieczeństwo" - jak głosi kartka. Rozumiem, że w Białymstoku po 24-tej robi się tak groźnie, że trzeba ryglować wejścia, wcześniej takiego zagrożenia nie ma.

Kobieta w recepcji gada i gada, a ja czuję, że zaczynam się topić we własnym pocie, bo w pełnym turystycznym rynsztunku jest bardzo ciepło. Dla odmiany w nocy piździ, bo oczywiście kaloryfery od dawna nie grzeją, a cieniutka kołdra i koc w żaden sposób nie zabezpieczają przed chłodem.

Opuszczamy tę klaustrofobiczną atmosferę i ruszamy na wieczorne miasto poszukać jakiegoś fajnego miejsca do zjedzenia i napicia. Pora jednak już późna, zatem kuchnie pozamykane, a że dzielnica śródmiejska, więc drogo. Przysiadamy na chwilę w jednej z pizzerii, lecz wkrótce ją zamykają. Zaglądamy jeszcze na Rynek Kościuszki, gdzie działa więcej knajp. Przy okazji uwieczniam ratusz, który wbrew nazwie nigdy nie pełnił roli siedziby władz miejskich.
Obrazek

W drodze powrotnej przechodzimy obok ładnego soboru św. Mikołaja, najważniejszej cerkwi Białegostoku.
Obrazek

Na ulicach kręcą się grupy szczęśliwych kibiców, bo Jagiellonia wygrała z Legią Warszawa 1-0. Co prawda padł gol samobójczy, ale zawsze. A my ciut mniej szczęśliwi udajemy się na spoczynek do schroniska... Rano z ulgą go opuściłem, raczej nie będę polecał jako miejsca noclegowego. Ma co prawda bardzo dobre położenie i umiarkowane ceny, ale na tym plusy się kończą.
Obrazek

I nadszedł dzień powrotu. Co prawda okres zimnych ogrodników już się skończył, ale paskudna pogoda nie. Zimno, leje...

W drodze na dworzec przechodzimy obok ogromnej bazyliki św. Rocha. Budowany przez prawie 20 lat w stylu modernistyczno-ekspresjonistycznym pasuje tu jak pięść do oka, ale trzeba przyznać, że nie można obok niej przejść obojętnie. Wieża kojarzy mi się z minaretem meczetu, natomiast całość z Gwiezdnymi Wojnami :D.
Obrazek

Kawałek dalej skryta mała architektura - drewniane domki i dawne kino.
Obrazek
Obrazek

Podróż pociągiem przez pół Polski mocno się dłużyła - w pieprzonej Pesie Dart było ciasno i głośno, zamiast zamawianych miejsc przy stoliku dostaliśmy zwykłe "szeregówki". Wśród innych pasażerów wyróżniała się grupa nawiedzonych kobiet jadących do Częstochowy na pielgrzymkę, więc nasłuchałem się o rekolekcjach, ruchach odnowy i dziewczynach mających widzenia...

A pogoda - jak się spodziewałem - zaczęła zmieniać oblicze: do Warszawy lało, potem ubywało chmur i wyszło dawno nie widziane słońce...
----

Każdy wyjazd na Kresy miał jakiś motyw przewodni.

W 2013 roku wszystko było dla mnie nowe, ale zapamiętałem głównie spływ Biebrzą i kościół w Sztabinie, który nie chciał nam znikać z horyzontu.
W 2014 okradziono mnie w pociągu i przez resztę wyjazdu musiałem korzystać z cudzego aparatu.
W 2015 znów spływaliśmy Biebrzą i walczyliśmy z wiatrem i pogodą.
2016 upłynął pod znakiem sanktuariów różnych wyznań.
2017 to wiele kąpieli w jeziorach i pierwsza wizyta zagraniczna.
2018 jako ciągła walka z insektami.
2019 kojarzył mi się będzie z chłodem i zachmurzonym niebem. Co prawda pogoda zrąbała się dopiero w połowie węfrówki, ale właśnie ona najbardziej utkwiła w pamięci. Kto mógł przypuszczać, że najcieplejszy i najładniejszy dzień będzie właśnie na samym początku? Również kładąc się spać nad jeziorem w Wiżajnach nie przypuszczaliśmy, że teraz czeka nas tylko szarość...

Szkoda. Rzutowało to na atmosferę ostatnich dni, bo każdy nieustannie kombinował, jak tu się dobrze ubrać i gdzie schować przed potencjalnym deszczem. Oby za rok było lepiej!
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/


Wróć do „Relacje z wypraw”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość