opolskie wycieczki
- Pudelek
- bardzo stary wyga
- Posty: 4261
- Rejestracja: 12-11-2007 17:06
- Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln
Re: opolskie wycieczki
to jednak nie sylwester w bunkrach?
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
Re: opolskie wycieczki
Pudelek pisze:to jednak nie sylwester w bunkrach?
Ziuty i inni byli, ale my nie pojechalismy. Toperz w sylwestra musial isc do pracy, wiec dopieor kolo 17 bysmy mogli pojechac, a bardzo nie chcielismy szukac tego bunkra po nocy, bo tam wjazd jest nieco stromy i zakopliwy. I jeszcze ogrzewanie w busiu sie spierdzielilo, wiec wracajac ze swiat w Kotach zesmy prawie zamarzli, a na bunkry spory kawalek sie jedzie... No i zesmy se odpuscili ostatecznie. Jak bysmy jechali to bym ci napisala!
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "
na wiecznych wagarach od zycia...
na wiecznych wagarach od zycia...
Re: opolskie wycieczki
Często z wycieczkami jest jak z zakupami w lumpeksach. Idziesz po spodnie, a wracasz z piękną czapką. Albo na odwrót. Więc chyba w oba te miejsca najlepiej wyruszać bez skrystalizowanych planów, a przynajmniej z gotowością ich zmiany - i oddać się w pełni temu co zapodaje los!
Tym razem wyruszyliśmy w nadodrzańskie tereny w opolskim zamierzając szukać starorzeczy. Jak się potem okazało były one totalnie nieciekawe bo wyschły od czasów kiedy sporządzano mapę. A może wyłażą tylko po powodziach?
Przekraczając most w Mikolinie naszym oczom okazało się jednak intrygujące miejsce. Kępa zarośli o zintensyfikowaniu nieporównywalnie większym w stosunku do innych krzakowisk w zasięgu wzroku. Z racji na wczesno wiosenną porę między gałęziami zamajaczyły jakieś kontury budynków. Latem najprawdopodobniej totalnie stąd niewidoczne i jak się potem okazało - w zielony okres roku zapewne niełatwo dostępne.
W stronę obiektu suniemy brukowaną drogą o bardzo dużym stopniu omszenia.

Podobnie porośnięte są zawijaski z siana, które wyglądają na to, że zalegają tu nie pierwszy rok.

Niektóre drzewa zardzewiały ze starości

Im bliżej podłazimy, tym dokładniej widać ruiny. Są one dość fragmentaryczne, raczej same ściany, od dawna już niezadaszone. Jedno z tych miejsc, które przyroda zjadła już całkiem, które stały się jej fragmentem jak skała czy rzeczny kamień.






Były tu ze 3 - 4 budynki. Pewnie chałupa mieszkalna i jakieś stajnio - stodoły. Jeden z wielu samodzielnych folwarków często spotykanych w zachodniej Polsce. Ciekawe jak często był zalewany za czasów swojej świetności? Stoi bardzo blisko rzeki. Toż tu chyba 2 razy w roku wszystko pływało! Może dlatego go opuścili?
Przebicie się przez chaszcz i teraz robi wrażenie. Zwłaszcza jak się niesie plecak z przytroczonym opiekaczem na planowane ognisko i kawałkiem jemioły
Nie ma opcji tak przejść, plecak trzeba wlec za sobą. Za chwile okazuje się, że dotyczy to również czapki, bo co druga gałąź postanawia ją porwać i unieść dziwnym trafem gdzieś wysoko.
Skądinąd toperz się śmieje, że z tym moim dzisiejszym objuczonym plecakiem wyglądam jak zabłąkany dezerter z wojska łączności


Część zarośli tworzy gęste kłęby, które wyglądają jak lita ściana, albo wręcz naturalne szałasy!


A to ziejąca otchłań dawnej studni. Pachnie z niej… hmmm… dziwnie. Chyba jakieś zwierze tam wleciało i zdechło.. Nie widać nic, ale zapach kojarzy się jednoznacznie z zepsutym mięsem. A starych schabowych chyba raczej nikt tu nie wrzucał

Wnętrza domów to królestwo krzaków i pnączy. Istna dżungla!




Kabak woła: “Mama! Te cegły spleśniały!”. Rzeczywiście porasta je zielony kożuszek (jak nieraz zabłąkany ser w naszej lodówce

Z pozostałości sprzętów z dawnych dni natknęliśmy się chyba tylko na framugi, ramę okienną i starą drewnianą ławeczkę. Taką jak to babuszki lubią siedzieć przed domem na nich i wygrzewać się do słońca. Acz ta ławeczka zgubiła w zakrętach dziejów jedną nogę.. Nie posiedzimy więc na niej - a słonka do wygrzewania tej wiosny notorycznie brakuje.


Przeważnie uważa się, że stare opony wywalone w krzaki to zła rzecz. Tu się z nich cieszymy. Mamy wygodne siedzisko na mały popas. A herbatka z sokiem z dzikiego bzu wspaniale smakuje wśród rozwalisk, które takowe bzy uwielbiają porastać. A i domieszka śpiewu ptaków pozytywnie wpływa na walory smakowe tego napitku!


Inny dom, również w stanie daleko posuniętej wydmuszki, napotykamy w przysiółku Ostrów, przy gruntowej drodze zrytej “kopytami traktorów” (cytat z kabaka
)


Osadę tworzą tu dwa domy. Jeden dawno porzucony, a drugi nadal ma stałych mieszkańców.
Opuszczony budynek obchodzimy dookoła…



Do środka to już strach wchodzić, kukamy tylko przez okna i drzwi.


Przy drodze stoi też pusty, podłużny, nieotynkowany budynek. Ciężko odgadnąć jego dawne przeznaczenie, ale chyba bardziej gospodarczy niż mieszkalny dla ludzi.



W Golczowicach, też niemal nad samą rzeką, napotykamy ceglane ruiny przy brukowanej drodze.



Reszteczka innego, pobliskiego budynku.

Okolica obfituje w wyjątkowo dorodne jemioły!

Drzewo zeżarte do imentu!

Krecik jak zwykle w swoim żywiole!
Nawet ośnieżony nosek mu nie przeszkadza! 

Tym razem wyruszyliśmy w nadodrzańskie tereny w opolskim zamierzając szukać starorzeczy. Jak się potem okazało były one totalnie nieciekawe bo wyschły od czasów kiedy sporządzano mapę. A może wyłażą tylko po powodziach?
Przekraczając most w Mikolinie naszym oczom okazało się jednak intrygujące miejsce. Kępa zarośli o zintensyfikowaniu nieporównywalnie większym w stosunku do innych krzakowisk w zasięgu wzroku. Z racji na wczesno wiosenną porę między gałęziami zamajaczyły jakieś kontury budynków. Latem najprawdopodobniej totalnie stąd niewidoczne i jak się potem okazało - w zielony okres roku zapewne niełatwo dostępne.
W stronę obiektu suniemy brukowaną drogą o bardzo dużym stopniu omszenia.
Podobnie porośnięte są zawijaski z siana, które wyglądają na to, że zalegają tu nie pierwszy rok.
Niektóre drzewa zardzewiały ze starości
Im bliżej podłazimy, tym dokładniej widać ruiny. Są one dość fragmentaryczne, raczej same ściany, od dawna już niezadaszone. Jedno z tych miejsc, które przyroda zjadła już całkiem, które stały się jej fragmentem jak skała czy rzeczny kamień.

Były tu ze 3 - 4 budynki. Pewnie chałupa mieszkalna i jakieś stajnio - stodoły. Jeden z wielu samodzielnych folwarków często spotykanych w zachodniej Polsce. Ciekawe jak często był zalewany za czasów swojej świetności? Stoi bardzo blisko rzeki. Toż tu chyba 2 razy w roku wszystko pływało! Może dlatego go opuścili?
Przebicie się przez chaszcz i teraz robi wrażenie. Zwłaszcza jak się niesie plecak z przytroczonym opiekaczem na planowane ognisko i kawałkiem jemioły
Skądinąd toperz się śmieje, że z tym moim dzisiejszym objuczonym plecakiem wyglądam jak zabłąkany dezerter z wojska łączności


Część zarośli tworzy gęste kłęby, które wyglądają jak lita ściana, albo wręcz naturalne szałasy!

A to ziejąca otchłań dawnej studni. Pachnie z niej… hmmm… dziwnie. Chyba jakieś zwierze tam wleciało i zdechło.. Nie widać nic, ale zapach kojarzy się jednoznacznie z zepsutym mięsem. A starych schabowych chyba raczej nikt tu nie wrzucał
Wnętrza domów to królestwo krzaków i pnączy. Istna dżungla!
Kabak woła: “Mama! Te cegły spleśniały!”. Rzeczywiście porasta je zielony kożuszek (jak nieraz zabłąkany ser w naszej lodówce
Z pozostałości sprzętów z dawnych dni natknęliśmy się chyba tylko na framugi, ramę okienną i starą drewnianą ławeczkę. Taką jak to babuszki lubią siedzieć przed domem na nich i wygrzewać się do słońca. Acz ta ławeczka zgubiła w zakrętach dziejów jedną nogę.. Nie posiedzimy więc na niej - a słonka do wygrzewania tej wiosny notorycznie brakuje.

Przeważnie uważa się, że stare opony wywalone w krzaki to zła rzecz. Tu się z nich cieszymy. Mamy wygodne siedzisko na mały popas. A herbatka z sokiem z dzikiego bzu wspaniale smakuje wśród rozwalisk, które takowe bzy uwielbiają porastać. A i domieszka śpiewu ptaków pozytywnie wpływa na walory smakowe tego napitku!

Inny dom, również w stanie daleko posuniętej wydmuszki, napotykamy w przysiółku Ostrów, przy gruntowej drodze zrytej “kopytami traktorów” (cytat z kabaka
Osadę tworzą tu dwa domy. Jeden dawno porzucony, a drugi nadal ma stałych mieszkańców.
Opuszczony budynek obchodzimy dookoła…
Do środka to już strach wchodzić, kukamy tylko przez okna i drzwi.
Przy drodze stoi też pusty, podłużny, nieotynkowany budynek. Ciężko odgadnąć jego dawne przeznaczenie, ale chyba bardziej gospodarczy niż mieszkalny dla ludzi.
W Golczowicach, też niemal nad samą rzeką, napotykamy ceglane ruiny przy brukowanej drodze.

Reszteczka innego, pobliskiego budynku.
Okolica obfituje w wyjątkowo dorodne jemioły!
Drzewo zeżarte do imentu!
Krecik jak zwykle w swoim żywiole!
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "
na wiecznych wagarach od zycia...
na wiecznych wagarach od zycia...
Re: opolskie wycieczki
Czasem, wczesno wiosenną porą, człowiek sobie wędruje od kilku godzin nadrzecznymi okolicami i zaczyna szukać dogodnego miejsca na popas. W brzuchu coraz bardziej burczy, a przysiąść na mokrej ziemi za bardzo nie ma ochoty. I na dodatek zaczyna padać śnieg! Pojawiający się nagle wiatr miecie w gębę kawałkami lodu, a na pobliskiej tafli wody tworzy całkiem solidne fale. Oczyma wyobraźni i “sytuacyjnych marzeń” widzi się zaciszną chatkę wtuloną w podmokłe łozy albo chociaż wiatę? A tu nagle przed oczami pojawia się coś, co ciężko zidentyfikować i zaklasyfikować. Z daleka wyraźnie odcina się od otaczającego krajobrazu swoją nietypowością. Majaczy między wysokimi trawami - i raz zdaje się być powalonym drzewem, by za chwilę sugerować jednak dach i umaczanie w tym dziele ręki ludzkiej. Ki diabeł?? Miejsce okazuje się być naturalną wiatą! To częściowo zwalone i rozpęknięte drzewo. Jego pień tworzy dach i dwie boczne ścianki. W środku jest również jakby ławeczka i coś, co przy dużej dozie dobrej woli, można określić stołem! A co najciekawsze - to drzewo wciąż żyje! 
Tak… Czasem los rzuca pod nogi coś nawet lepszego niż człowiek by sobie wymarzył! Tu przeczekujemy śnieżyce. Trochę do środka zacina, ale przecież nie można mieć wszystkiego








Tak… Czasem los rzuca pod nogi coś nawet lepszego niż człowiek by sobie wymarzył! Tu przeczekujemy śnieżyce. Trochę do środka zacina, ale przecież nie można mieć wszystkiego


"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "
na wiecznych wagarach od zycia...
na wiecznych wagarach od zycia...
Re: opolskie wycieczki
Bunkry przy zaporze na zbiorniku Otmuchowskim należą ponoć do “Linii Nysy”, która miała być przedłużeniem “Linii Odry”. Zbudowali je Niemcy w latach trzydziestych, jakoś w podobnym czasie jak pobliską tamę i zbiornik. Czy owa “Linia Nysy” ma jeszcze gdzieś w rejonie swoich przedstawicieli - tego już nie wiem.
Bunkierki są niewielkie i siedzą sobie w bardzo sympatycznym parku miasta Otmuchów, który jest położony nad Nysą Kłodzką. Park nam bardzo przypadł do gustu, bo są w nim drzewa - co wydawałoby się rzeczą logiczną, ale niestety w dzisiejszych czasach tak nie jest. W wielu parkach występuje przede wszystkim beton i latarnie, więc tutaj mamy przyjemną odmianę.

Aby dostać się do parku najpierw musimy przejść pod mostem. Zwykle to przechodzi się górą mostu aby pokonać rzekę, ale jako że tym razem przekroczyć chcemy drogę - to wykorzystujemy most w sposób dość niestandardowy. Pod mostem jest sympatyczny, zaciszny zaułek, co widać często wykorzystują miłośnicy biesiad czy mniej lub bardziej romantycznych schadzek.


Dalej suniemy już wspomnianym wcześniej parkiem, którego miłą atmosferę potęguje fakt nadejścia wiosny i pierwszego, ciepłego weekendu (jak się później okazuje również ostatniego ciepłego na długi czas, ale tego póki co nie wiemy
Póki co wydaje nam się, że zimne dni odeszły, kwiatki kwitną, ptaszki śpiewają, a my jeszcze bunkry idziemy oglądać - żyć nie umierać! 
Pierwszy okaz namierzamy takowy - wkomponowany w górkę.


Zwiedzanie wnętrz jest utrudnione ze względu na zalegającą w środku wodę. Włazić i moczyć butów nam się nie chce. Zaglądamy tylko przez drzwi i okienka, a biorąc pod uwagę gabaryty obiektu - to większość wnętrz w ten sposób i tak zobaczyliśmy.


Obok stoją ocembrowane betonem pniaki. Ciekawe czy obudowywali betonem istniejące drzewa czy takowe później się zasiały w studzienkach?

Zagospodarowanie parku przewiduje legalne miejsca ogniskowe. Wygląda to nieco upiornie, no ale ostatecznie chyba lepiej niż tabliczka z zakazem. Przynajmniej ktoś zauważył, że jest taka potrzeba…

Sympatyczniejsze miejsce ogniskowe można znaleźć przy kolejnym bunkrze. Miejsce jest wyraźnie zagospodarowane przez miejscowych - są ławeczki, a nawet kolorowy pasiasty stolik z grubego pniaka. Fajne tu jest w tym Otmuchowie, że każdy bunkierek jest inny! Ten np. jest ceglany!

W różnych schowkach można odnaleźć przydatne sprzęty!

Przy otworach wejściowych są metalowe klamry prowadzące na dach, co oczywiście niektórzy muszą wykorzystać.



W środku czysto, jakby ktoś przed chwilą pozamiatał.

I dużo się zachowało niemieckich napisów na ścianach.






Ostatni bunkierek jest chyba najciekawszy - bo taki inny od wszystkich, które miałam okazję kiedykolwiek napotkać. Cały wykładany kamieniami!





Na jego dachu można się rozsiąść, wyłożyć i delektować widokiem na rzekę.



W środku też sporo napisów i dokładnie widać dokąd nieraz dochodzi poziom wody.





Malownicza przyzawiasowa kompozycja rdzo - pajęczyn!


Bunkierki są niewielkie i siedzą sobie w bardzo sympatycznym parku miasta Otmuchów, który jest położony nad Nysą Kłodzką. Park nam bardzo przypadł do gustu, bo są w nim drzewa - co wydawałoby się rzeczą logiczną, ale niestety w dzisiejszych czasach tak nie jest. W wielu parkach występuje przede wszystkim beton i latarnie, więc tutaj mamy przyjemną odmianę.
Aby dostać się do parku najpierw musimy przejść pod mostem. Zwykle to przechodzi się górą mostu aby pokonać rzekę, ale jako że tym razem przekroczyć chcemy drogę - to wykorzystujemy most w sposób dość niestandardowy. Pod mostem jest sympatyczny, zaciszny zaułek, co widać często wykorzystują miłośnicy biesiad czy mniej lub bardziej romantycznych schadzek.
Dalej suniemy już wspomnianym wcześniej parkiem, którego miłą atmosferę potęguje fakt nadejścia wiosny i pierwszego, ciepłego weekendu (jak się później okazuje również ostatniego ciepłego na długi czas, ale tego póki co nie wiemy
Pierwszy okaz namierzamy takowy - wkomponowany w górkę.
Zwiedzanie wnętrz jest utrudnione ze względu na zalegającą w środku wodę. Włazić i moczyć butów nam się nie chce. Zaglądamy tylko przez drzwi i okienka, a biorąc pod uwagę gabaryty obiektu - to większość wnętrz w ten sposób i tak zobaczyliśmy.
Obok stoją ocembrowane betonem pniaki. Ciekawe czy obudowywali betonem istniejące drzewa czy takowe później się zasiały w studzienkach?
Zagospodarowanie parku przewiduje legalne miejsca ogniskowe. Wygląda to nieco upiornie, no ale ostatecznie chyba lepiej niż tabliczka z zakazem. Przynajmniej ktoś zauważył, że jest taka potrzeba…
Sympatyczniejsze miejsce ogniskowe można znaleźć przy kolejnym bunkrze. Miejsce jest wyraźnie zagospodarowane przez miejscowych - są ławeczki, a nawet kolorowy pasiasty stolik z grubego pniaka. Fajne tu jest w tym Otmuchowie, że każdy bunkierek jest inny! Ten np. jest ceglany!
W różnych schowkach można odnaleźć przydatne sprzęty!
Przy otworach wejściowych są metalowe klamry prowadzące na dach, co oczywiście niektórzy muszą wykorzystać.

W środku czysto, jakby ktoś przed chwilą pozamiatał.
I dużo się zachowało niemieckich napisów na ścianach.
Ostatni bunkierek jest chyba najciekawszy - bo taki inny od wszystkich, które miałam okazję kiedykolwiek napotkać. Cały wykładany kamieniami!


Na jego dachu można się rozsiąść, wyłożyć i delektować widokiem na rzekę.

W środku też sporo napisów i dokładnie widać dokąd nieraz dochodzi poziom wody.
Malownicza przyzawiasowa kompozycja rdzo - pajęczyn!
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "
na wiecznych wagarach od zycia...
na wiecznych wagarach od zycia...
Re: opolskie wycieczki
Odwiedzaliśmy wiele różnych opuszczonych ośrodków wypoczynkowych, ale ten w Paczkowie, mimo już dość marnego stanu zachowania, zrobił na nas szczególne wrażenie. Może dlatego, że był totalnie inny od poprzednich i całkowicie niepowtarzalny?
Zaczyna się klasycznie. Wąska droga, wysadzana starymi latarniami, wyłożona połamanym asfaltem nurkuje w lasy. Klasyka gatunku. Dzień jak codzień…

Ale nie… czekaj! Nie wszędzie w takich miejscach wiszą na drzewach dziecięce rajstopki!

Kabak jest z lekka zaniepokojony
“A jak tu są wilki? I z poprzedniego dziecka zostały tylko nóżki? Próbowało uciec na drzewo, ale nie pomogło?”. A potem sama się śmieje z tej opowieści i twierdzi, że powiesi takie rajstopki na podwórku w przedszkolu i będzie straszyć koleżanki! 
Tutejsze zagajniki porasta bluszcz. Podobnie jak to bywa na starych cmentarzach.

Dziś ruszamy w sporym gronie. Nie dość, że jest z nami Krecik - to jeszcze Dysek! Oba ciekawsko wystawiają ryjki z plecaka! Każdy chce aktywnie uczestniczyć w wycieczce!

Mijamy stróżówkę, wchodzimy na dawny ogrodzony teren. Jak tylko przekraczamy bramę uderza woń spalenizny, połączona z ciepłym aromatem budzącej się do życia wiosny. Ciekawy mix...


Jedną z niewielu pozostałości dawnego ośrodka jest huśtawka. Próbuje wkręcić kabaka, że huśtawki też poobgryzały wilki, ale kabak mierzy mnie spojrzeniem bez szacunku i cedzi przez zęby: “chyba raczej złomiarze”. No tak.. Kubeł zimnej wody na głowę - “Halo buba! Czas płynie! To już nie bobasek, któremu można opowiadać bajki…”

Huśtawka taka trochę niekompletna, ale wciąż nadająca się do użytku! Przynajmniej jeden jej kawałek.


A co! Mnie się też coś od życia należy!

Główny plac obiektu (a może to jakieś dawne boisko?) porasta rudy mech. A może był niegdyś normalnie zielony, ale zrudział po pożarze?

Na terenie stoi też coś, co być może było kiedyś jakimś pomnikiem?

Jak już o pomnikach mowa - to po przeciwnej stronie placu stoi coś, co pomnikiem zdecydowanie jest. I to całkiem wiekowym bo z I wojny.


A dalej prowadzi taka oto aleja. Dokąd może wieść taka malownicza droga?

Ano na skraj… urwiska! Tak, urwisko to tu mają solidne! Spory kawałek skarpy wziął się i urwał, aby wyruszyć na spotkanie z nurtami Nysy Kłodzkiej. Czy to była przyczyna końca tego ośrodka? Czy musieli go zamknąć bo w czasie jakiejś powodzi połowa zabudowań im runęła w przepaść?


Przyczepiony do skarpy pozostał jeden budynek, a raczej jego fragment.

Tu zdania w ekipie są jednogłośne - to dobre miejsce na herbatkę i ciasteczka!



Schody na taras…

Idąc dalej w las wciąż widać kawałki obwalonych budynków. Acz z tych zostało już dużo mniej.

Drzewa się twardo trzymają! Pazurami! Yyy… tzn splątanymi korzeniami, wyglądaącymi jak gigantyczne węże!

Jest jeszcze jeden budynek, ale w środku nie ma nic ciekawego.

No może tylko z lekka psychodeliczne malunki ścienne?


Nie zostajemy tu na nocleg, mimo nalegań kabaka. Jakoś nie czułabym się tu komfortowo. Nocami przepaście zasysają mocniej
To w Lebiediwce, na wysokich klifach nad Morzem Czarnym, miejscowi nam opowiadali lokalne legendy. Że tak jak są “utopce”, które w mgliste noce wciągają nieostrożnych w mroczne głębiny - to jest i rodzaj zombiaka, który potrafi zepchnąć z urwiska. Zwali je tam “uszeliaki” czy jakoś tak.
Nie wiem czy uszeliaki występują również w Paczkowie i jak się je nazywa w gwarze opolskiej, ale na nocleg jedziemy nad Jezioro Nyskie. Zwłaszcza, że mamy jeden “plan”!
Buba jako bardzo początkujący wędkarz - odsłona nr 1!

Pierwsze osiągnięcia to jeden haczyk urwany w szuwarach i drugi zaplątany w krzak. Jeden połamany spławik (chyba kabak wdepnął w torbę
) Połowu brak.. Tzn. nie, przepraszam! Był połów! Za pomocą podbieraka wyciągnęliśmy utopca - upiorną laleczkę, z lekka już nadgryzioną przez ślimaki... 


Grunt to się dobrze bawić i umieć śmiać z siebie samego - co właśnie czynimy!

Zbiór opału przebiega sprawnie. I zapalczywie!

W dali majaczą ośnieżone jeszcze szczyty gór.


Tu, nad jeziorem, kwietniowy wieczór jest wyjątkowo przyjemny i ciepły…




Śniadanko zjadamy w busiu bo się rozduło tak, że wiatr nam zdmuchuje kanapki z talerza!

Leniwy poranek wśród łanów kwitnących zawilców.


Wiatr się wzmaga - i fale zaczynają zbliżać się do drogi wyjazdowej…
Ale ostatecznie podmyły ją tylko częściowo, więc tym razem szczęśliwie nie przyszło ugrzęznąć.

Zaczyna się klasycznie. Wąska droga, wysadzana starymi latarniami, wyłożona połamanym asfaltem nurkuje w lasy. Klasyka gatunku. Dzień jak codzień…
Ale nie… czekaj! Nie wszędzie w takich miejscach wiszą na drzewach dziecięce rajstopki!
Kabak jest z lekka zaniepokojony
Tutejsze zagajniki porasta bluszcz. Podobnie jak to bywa na starych cmentarzach.
Dziś ruszamy w sporym gronie. Nie dość, że jest z nami Krecik - to jeszcze Dysek! Oba ciekawsko wystawiają ryjki z plecaka! Każdy chce aktywnie uczestniczyć w wycieczce!

Mijamy stróżówkę, wchodzimy na dawny ogrodzony teren. Jak tylko przekraczamy bramę uderza woń spalenizny, połączona z ciepłym aromatem budzącej się do życia wiosny. Ciekawy mix...
Jedną z niewielu pozostałości dawnego ośrodka jest huśtawka. Próbuje wkręcić kabaka, że huśtawki też poobgryzały wilki, ale kabak mierzy mnie spojrzeniem bez szacunku i cedzi przez zęby: “chyba raczej złomiarze”. No tak.. Kubeł zimnej wody na głowę - “Halo buba! Czas płynie! To już nie bobasek, któremu można opowiadać bajki…”
Huśtawka taka trochę niekompletna, ale wciąż nadająca się do użytku! Przynajmniej jeden jej kawałek.
A co! Mnie się też coś od życia należy!

Główny plac obiektu (a może to jakieś dawne boisko?) porasta rudy mech. A może był niegdyś normalnie zielony, ale zrudział po pożarze?
Na terenie stoi też coś, co być może było kiedyś jakimś pomnikiem?
Jak już o pomnikach mowa - to po przeciwnej stronie placu stoi coś, co pomnikiem zdecydowanie jest. I to całkiem wiekowym bo z I wojny.
A dalej prowadzi taka oto aleja. Dokąd może wieść taka malownicza droga?
Ano na skraj… urwiska! Tak, urwisko to tu mają solidne! Spory kawałek skarpy wziął się i urwał, aby wyruszyć na spotkanie z nurtami Nysy Kłodzkiej. Czy to była przyczyna końca tego ośrodka? Czy musieli go zamknąć bo w czasie jakiejś powodzi połowa zabudowań im runęła w przepaść?
Przyczepiony do skarpy pozostał jeden budynek, a raczej jego fragment.
Tu zdania w ekipie są jednogłośne - to dobre miejsce na herbatkę i ciasteczka!
Schody na taras…

Idąc dalej w las wciąż widać kawałki obwalonych budynków. Acz z tych zostało już dużo mniej.
Drzewa się twardo trzymają! Pazurami! Yyy… tzn splątanymi korzeniami, wyglądaącymi jak gigantyczne węże!
Jest jeszcze jeden budynek, ale w środku nie ma nic ciekawego.
No może tylko z lekka psychodeliczne malunki ścienne?
Nie zostajemy tu na nocleg, mimo nalegań kabaka. Jakoś nie czułabym się tu komfortowo. Nocami przepaście zasysają mocniej
Nie wiem czy uszeliaki występują również w Paczkowie i jak się je nazywa w gwarze opolskiej, ale na nocleg jedziemy nad Jezioro Nyskie. Zwłaszcza, że mamy jeden “plan”!
Buba jako bardzo początkujący wędkarz - odsłona nr 1!

Pierwsze osiągnięcia to jeden haczyk urwany w szuwarach i drugi zaplątany w krzak. Jeden połamany spławik (chyba kabak wdepnął w torbę

Grunt to się dobrze bawić i umieć śmiać z siebie samego - co właśnie czynimy!

Zbiór opału przebiega sprawnie. I zapalczywie!

W dali majaczą ośnieżone jeszcze szczyty gór.
Tu, nad jeziorem, kwietniowy wieczór jest wyjątkowo przyjemny i ciepły…

Śniadanko zjadamy w busiu bo się rozduło tak, że wiatr nam zdmuchuje kanapki z talerza!

Leniwy poranek wśród łanów kwitnących zawilców.
Wiatr się wzmaga - i fale zaczynają zbliżać się do drogi wyjazdowej…
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "
na wiecznych wagarach od zycia...
na wiecznych wagarach od zycia...
Re: opolskie wycieczki
Na wzgórzach nieopodal wioski Dzierżysław znajdowała się niegdyś kopalnia gipsu. Była użytkowa zarówno przed wojną jak i po. Oczywiście, jak to na całych zachodnich terenach Polski, i tu krążą legendy, że kopalnia były magazynami amunicji i dzieł sztuki, a pod przykrywką “gipsową” sztolnie były świadkiem produkcji tajemniczych rakiet. Ostatecznie zamknięto ową kopalnie w latach 70 tych. Ponoć głównym powodem zaprzestania wydobycia gipsu było osiadanie gruntów i zapadanie się sporych części kopalni. Po okolicach opowiadają też powojenne legendy - o zapadniętych w ziemię krowach czy maszynach rolniczych, których nie udało się już nigdy wydobyć i do teraz zalegają (lub krążą jako widma) po dawnych kopalnianych chodnikach.
Za pierwszym razem próbowaliśmy znaleźć tą kopalnie w mroźny marcowy dzionek roku 2018. Nie udało się. Szukaliśmy ze złej strony lasu i to jeszcze w zapadającym zmroku. Zostały mi w pamięci jedynie leje w ziemi z zamarzniętymi jeziorkami i plątaniny sztywnych od mrozu, uschłych lian…



Zatem pojawiamy się tu po raz kolejny! Suniemy zieloną ścieżką skrajem pola, a horyzont zamyka wielka spłaszczona góra - chyba utworzona przez wysypisko śmieci.

Pierwszym napotkanym śladem dawnej przemysłowej zabudowy są betonowe ramy na skraju lasu.


Teren, w który się wybieramy, jest zarośnięty młodym lasem, chaszczem, plątaniną lian, pnączy, kwiatów oraz wszelakiego, pachnącego i miłego dla oczu zielska. Nie brakuje tu powalonych pni, butwiejących konarów i dalekiego szumu wiatru - gdzieś w koronach drzew.









Sporo drzew porasta tu dorodny, żółty grzyb!

Cały teren jest też pełen zapadliskowych lejów wypełnionych oczkami wodnymi i mocno zniszczonych, trudnych do zidentyfikowania ruin. Cechą charakterystyczną tego lasu jest brak punktów orientacyjnych. Idziemy, idziemy i wszędzie jest tak samo. A może my łazimy w kółko? Bo ciągle te same kratery, pnącza i wszechobecna zieleń trzęsąca się od śpiewu ptactwa.





A mamy wczesną wiosnę! Mam wrażenie, że latem to tu się idzie szczelnym, zielonym korytarzem - tzn. o ile się go sobie wcześniej wykuje maczetą.
Kolejnym miejscem, które przypomina nam o tym, że poruszamy się terenem niegdyś użytkowanym przez ludzi - są schody.

Tak! Na powyższym zdjęciu kabak stoi na schodach! Porządny kamuflaż zapodały skubane!



I tak oto docieramy do pierwszej jamy prowadzącej w głąb ziemi. Mroczne czeluście wieją chłodem i aromatem wilgotnego betonu.




Zachowały się pordzewiałe haki na ścianach. Może jakieś kable kiedyś na nich wisiały?


Niezbyt daleko się zapuszczamy tym korytarzem.



Szybko docieramy do miejsca zalanego aż pod sufit. Niespodziewany, wymuszony i definitywny koniec trasy!


Woda jest przejrzysta i zdaje się być dosyć głęboka. Rzucamy kamyki. A potem większą cegłę. Wiadomo, że po wrzuceniu kamyka rozlega się bul bul i lecą pęcherzyki powietrza albo woda ulegnie zmąceniu. Ale że zaczyna solidnie bulgotać 15 sekund później??? Kabak jest pewien, że to podwodny potwór i natychmiast daje drapaka. No cóż…. Ja się w tym momencie też poczułam dosyć nieswojo… Często wrzucamy kamienie do wody, ale takiego efektu ani wcześniej ani później nie napotkaliśmy.
A to główne wejście do kopalni zwane “Anna”.

Łapa dinozaura?

Takie kraty ostatecznie jestem w stanie zaakceptować.

Kiedyś jeździły tu nawet wagoniki kolejki wąskotorowej, acz obecnie jedynym śladem po torowisku są fragmenty podkładów. Pierwsze wrażenie z tego miejsca to, że jest takie… maksymalnie ceglane! Jakby Krzyżacy postanowili zbudować kopalnie to pewnie by tak wyglądała
Są tu dwa korytarzyki oddzielone kolumnadą częściowych ścianek.







I znów wszystko zalane po sufity. Do wody już nic nie wrzucamy. Nie ma co za bardzo drażnić gospodarza tych labiryntów


Oba otwory leżą dość blisko siebie.

Przez zarosły, omszały świat tuptamy dalej, w stronę kolejnych poszukiwań i mniej lub bardziej udanych znalezisk.

A następne z nich robi wrażenie! Wielka studnia! Wlot w czarny, ziejący pustką mrok!



Tu jakby też był kiedyś jakiś otwór, ale teraz zaczopowany betonowym klocem?

Co krok spotykamy różne ruinki, które już w większości stają się częścią otaczającej je przyrody.



A tu jakby fosa? Odkryty półtunel? Miejsce kojarzy się nam bardzo z różnymi fortami.




Bardzo dogodne miejsce ogniskowe - acz chyba dość dawno nie używane.


Budynek częściowo podziemny.




Dalej spotykamy kolejne rozwaliska o atrakcyjności już dość znikomej. Ciekawe czy ktoś je celowo wyburzał czy po prostu starł je czas?



I tak dotarliśmy w okolice wielkiej góry. Wspinaczkę sobie podarujemy z racji na niezbyt urzekający zapach

Czy może jeszcze coś ciekawego kryje to wzgórze i dawna gipsowa kopalnia? Może gdzieś w podziemnym labiryncie jednak czai się ten legendarny traktor zassany niegdyś przez otwierającą się ziemię? A może obudzone kamieniem podziemne utopce próbowały nam o tym opowiedzieć, ale słychac było tylko tajemniczy bulgot?
Snujemy sobie takie domysły sunąc ku kolejnym atrakcjom okolicznych zaułków 
Za pierwszym razem próbowaliśmy znaleźć tą kopalnie w mroźny marcowy dzionek roku 2018. Nie udało się. Szukaliśmy ze złej strony lasu i to jeszcze w zapadającym zmroku. Zostały mi w pamięci jedynie leje w ziemi z zamarzniętymi jeziorkami i plątaniny sztywnych od mrozu, uschłych lian…
Zatem pojawiamy się tu po raz kolejny! Suniemy zieloną ścieżką skrajem pola, a horyzont zamyka wielka spłaszczona góra - chyba utworzona przez wysypisko śmieci.

Pierwszym napotkanym śladem dawnej przemysłowej zabudowy są betonowe ramy na skraju lasu.


Teren, w który się wybieramy, jest zarośnięty młodym lasem, chaszczem, plątaniną lian, pnączy, kwiatów oraz wszelakiego, pachnącego i miłego dla oczu zielska. Nie brakuje tu powalonych pni, butwiejących konarów i dalekiego szumu wiatru - gdzieś w koronach drzew.









Sporo drzew porasta tu dorodny, żółty grzyb!

Cały teren jest też pełen zapadliskowych lejów wypełnionych oczkami wodnymi i mocno zniszczonych, trudnych do zidentyfikowania ruin. Cechą charakterystyczną tego lasu jest brak punktów orientacyjnych. Idziemy, idziemy i wszędzie jest tak samo. A może my łazimy w kółko? Bo ciągle te same kratery, pnącza i wszechobecna zieleń trzęsąca się od śpiewu ptactwa.





A mamy wczesną wiosnę! Mam wrażenie, że latem to tu się idzie szczelnym, zielonym korytarzem - tzn. o ile się go sobie wcześniej wykuje maczetą.
Kolejnym miejscem, które przypomina nam o tym, że poruszamy się terenem niegdyś użytkowanym przez ludzi - są schody.

Tak! Na powyższym zdjęciu kabak stoi na schodach! Porządny kamuflaż zapodały skubane!



I tak oto docieramy do pierwszej jamy prowadzącej w głąb ziemi. Mroczne czeluście wieją chłodem i aromatem wilgotnego betonu.




Zachowały się pordzewiałe haki na ścianach. Może jakieś kable kiedyś na nich wisiały?


Niezbyt daleko się zapuszczamy tym korytarzem.



Szybko docieramy do miejsca zalanego aż pod sufit. Niespodziewany, wymuszony i definitywny koniec trasy!


Woda jest przejrzysta i zdaje się być dosyć głęboka. Rzucamy kamyki. A potem większą cegłę. Wiadomo, że po wrzuceniu kamyka rozlega się bul bul i lecą pęcherzyki powietrza albo woda ulegnie zmąceniu. Ale że zaczyna solidnie bulgotać 15 sekund później??? Kabak jest pewien, że to podwodny potwór i natychmiast daje drapaka. No cóż…. Ja się w tym momencie też poczułam dosyć nieswojo… Często wrzucamy kamienie do wody, ale takiego efektu ani wcześniej ani później nie napotkaliśmy.
A to główne wejście do kopalni zwane “Anna”.

Łapa dinozaura?

Takie kraty ostatecznie jestem w stanie zaakceptować.

Kiedyś jeździły tu nawet wagoniki kolejki wąskotorowej, acz obecnie jedynym śladem po torowisku są fragmenty podkładów. Pierwsze wrażenie z tego miejsca to, że jest takie… maksymalnie ceglane! Jakby Krzyżacy postanowili zbudować kopalnie to pewnie by tak wyglądała







I znów wszystko zalane po sufity. Do wody już nic nie wrzucamy. Nie ma co za bardzo drażnić gospodarza tych labiryntów


Oba otwory leżą dość blisko siebie.

Przez zarosły, omszały świat tuptamy dalej, w stronę kolejnych poszukiwań i mniej lub bardziej udanych znalezisk.

A następne z nich robi wrażenie! Wielka studnia! Wlot w czarny, ziejący pustką mrok!



Tu jakby też był kiedyś jakiś otwór, ale teraz zaczopowany betonowym klocem?

Co krok spotykamy różne ruinki, które już w większości stają się częścią otaczającej je przyrody.



A tu jakby fosa? Odkryty półtunel? Miejsce kojarzy się nam bardzo z różnymi fortami.




Bardzo dogodne miejsce ogniskowe - acz chyba dość dawno nie używane.


Budynek częściowo podziemny.




Dalej spotykamy kolejne rozwaliska o atrakcyjności już dość znikomej. Ciekawe czy ktoś je celowo wyburzał czy po prostu starł je czas?



I tak dotarliśmy w okolice wielkiej góry. Wspinaczkę sobie podarujemy z racji na niezbyt urzekający zapach

Czy może jeszcze coś ciekawego kryje to wzgórze i dawna gipsowa kopalnia? Może gdzieś w podziemnym labiryncie jednak czai się ten legendarny traktor zassany niegdyś przez otwierającą się ziemię? A może obudzone kamieniem podziemne utopce próbowały nam o tym opowiedzieć, ale słychac było tylko tajemniczy bulgot?