Wyjazd rozpoczęliśmy w Gdańsku od podróży z PKP do Krakowa, tam wsiedliśmy do rejsowego autobusu do Sofii, który po 20h przywiózł nas do celu. Na miejscu szybka wymiana waluty i jedziemy najbliższym autobusem do Bańska, miejscowości, która leży na ok. 950mnpm i jest dobrym punktem wypadowym w Piryn. My jednak w planach mieliśmy nocleg w samych górach. Łapiemy taxi, która wiezie nas do chyży (schroniska) Wichren. Jesteśmy na 1950mnpm. Tu zostaniemy przez najbliższe dni.
Kolejnego dnia w planach mamy atak na najwyższy szczyt Pirynu – Wichren (2914mnpm). Szlak jest dobrze oznakowany, biegnie zakosami, przed nami coraz szersze widoki, wszędzie góry, szczyty, przełęcze, jeziorka i śnieg…niestety śniegu jest więcej, niż przypuszczaliśmy. Co chwila musimy pokonywać jęzory śniegu i szukać szlaku po drugiej stronie.
Dochodzimy do przełęczy między Hvoynati Vrah (2635mnpm), a Wichrenem. W dole Vahinskie Ezera, dookoła morze gór – z prawej stromy marmur Wichrenu, z lewej Hvoynati Vrah, dalej wybitne: Muratov Vrah (2669mnpm), Georgitysa(2598mnpm) i piękna, strzelista Sinanitsa (2516mnpm). Przed nami ostatnie trudy przed zdobyciem szczytu. Udało się! 2914mnpm, nasz rekord wysokości! Nie jesteśmy sami, na śniadanie przyszło tu przed nami 4 Bułgarów. My też pałaszujemy małe co nieco, robimy fotki, cieszymy się widokami.
W kierunku zachodnim niesamowita, słynna piryńska marmurowa grań – Kuteło(2908mnpm), Bański Suchodol(2884mnpm), Bayuvi Dupki(2820mnpm).
Niestety, trochę zamarudziliśmy na podejściu i nie starczy nam czasu aby zdobyć te wierchy. Postanawiamy przetrawersować masyw Wichrenu i zobaczyć jego słynną północą, 600-metrową ścianę. Nie bez trudu pod śniegiem odnajdujemy szlak, musimy uważać, jest stromo, a my oprócz kijków i koncentracji nie posiadamy raków, ani czekanów. W dole zauważamy schron Kazana (2445mnpm), można w nim przeczekać trudne warunku, miejsca jest na 3-4 osoby.
Schodząc po dużym płacie śniegu, słyszę krzyk Agi. Chwilę później mija mnie jadąc z duża szybkością po śniegu. Na szczęście po kilkunastu metrach wyhamowała tuż przed dużą ilością głazów. Bilans: złamany kijek, liczne obtarcia naskórka i dużo strachu. W schronie robimy sobie przerwę, naprawiamy straty i ruszamy dalej. Niestety po chwili kolejny płat śniegu, jęzor pewnie kończy się kilkaset metrów w dół, a szlak jest po drugiej stronie, dzieli nas od niego ok. 15 metrów. Jest stromo, pewnie ok. 50% nachylenia. Nie mamy wyjścia, powoli, powoli udaje nam się dojść do drugiego końca. To ostatnia taka przygoda, w dole widzimy już nasze schroniska, nad nim dumnie stoi Todorin Vrah(2746mnpm).
Po „ekscesach” dnia dzisiejszego siadamy nad mapą i weryfikujemy plany. Nie damy rady przejść w kolejnych dniach przełęczy i szczytów zaplanowanych jeszcze w Gdańsku, śniegu jest po prostu za dużo. Zasypiamy, jutro dzień rekonesansu po okolicy. Wybraliśmy szlak w kierunku przełęczy Bashliyska Porta. Na początku wygodna ścieżka wyprowadza nas na wyższe piętra doliny Byndericy. Dużo soczystej zieleni, wokoło niezliczone ilości krokusów i góry! Jest jak w bajce, rzeka rozlewa się szerokim korytem, wokół majestatycznie prezentują się Muratov Vrah, Karaulite(2633mnpm) i potężny Banderishki Chukar(2738mnpm).
W dole widzimy Ribno Ezero. Nas natomiast ścieżka doprowadza do Bynderiszki Ezer. Pojawia się śnieg, ponownie ostrożnie i powoli trawersujemy kolejne płaty szukając szlaku na kamieniach po drugiej stronie. Na przełęcz ścieżka prowadzi żlebem, który całkowicie pokryty jest śniegiem. Rezygnujmy. Jesteśmy na wysokości ok. 2450mnpm. Rozkoszujmy się widokiem na pobliskie jezioro z Wichrenem i Kuteło w tle!
Już myślimy o dniu jutrzejszym i dokładnie analizujemy naszą trasę, którą dobrze widzieliśmy z naszego szlaku. Nie wygląda różowo, powyżej 2300mnpm wszędzie biało, a nasza przełęcz, to ok. 2450mnpm. Postanawiamy jednak spróbować. Wyspani, pakujemy cały swój dobytek, zakładamy go na plecy i ruszamy na zaplanowaną trasę. Bez problemów dochodzimy do Muratovo Ezero.
Tutaj zaczyna się śnieg. Oczywiście żadnych śladów, czyżbyśmy byli pierwsi w tym sezonie? Gdzie się da obchodzimy śnieg, robi się coraz bardziej stromo, 20kg na plecach ciąży, trud fizyczny i psychiczny daje się we znaki. Rano umówiliśmy się, że jak poczujemy się niepewnie, to zawracamy. Na razie idziemy, choć nie jest łatwo, a to dopiero początek najtrudniejszej części! Jesteśmy już naprawdę wysoko, żal zdobytej wysokości. W pewnym momencie gubimy szlak, najpewniej schowany jest głęboko pod śniegiem, który otacza nas już ze wszystkich stron, stromizna również przeraża. Podejmujemy decyzję aby objeść śnieg, zejść ze szlaku i powalczyć dalej wspinając się po rumowisku głazów. Po 4h walki widzimy wreszcie grań, wiemy, że to końcówka naszego wysiłku. Jesteśmy wyczerpani fizycznie i psychicznie. Stajemy na przełęczy!! Po drugiej stronie jakże przyjazny widok! Łagodne zbocza, zielone dno doliny, szeroka rzeka. To Guliamo Spano Pole. Zasłużyliśmy na biwak w tak uroczym miejscu. Rozbijamy namioty na wysokości ok. 2200mnpm, niedaleko szumi rzeka, a nad nami dumnie stoi Spanopolski Chukar(2576mnpm).
Noc w takim miejscu wspaniale regeneruje nadszarpnięte siły. Kolejnego dnia chcemy dojść do schroniska Kamienica. Trasa niedługa, więc rano nie jest nam śpieszno, aby opuszczać miejsce biwaku. Po kilkunastu minutach dochodzimy do schronu Spano Pole, następnie dochodzimy do kilku widokowych polan.
Podziwiamy Mozgovishki Chukar(2605mnpm), a daleko na horyzoncie Kamienista(2822mnpm). Końcówka szlaku dała się bardzo mocno we znaki. Wąska ścieżka poprowadzona wzdłuż niskich, iglastych krzewów sprawiła, że do schroniska doszliśmy z poranionymi nogami. Oboje mamy dość, podejmujemy decyzję o odwrocie w doliny. Naszym celem jest Melnik, najmniejsze miasto Bułgarii. Na miejscu bez kłopotu otrzymujemy zakwaterowanie. Chłoniemy atmosferę okolicy, nieznana nam dotychczas architektura, wszechobecna winorośl, gaje figowo-akacjowe, a wokoło słynne melnickie piramidy – piaskowcowy cud natury. Tu odpoczniemy!
Oczywiście odpoczniemy aktywnie. Na początek chcemy zobaczyć Monaster Rożeński. Założony w 1217r był kilka razy przebudowywany. Cerkiew, którą dziś można podziwiać zbudowano w XVIw, freski ją zdobiące są z podobnego okresu. Dziedziniec daje chłodne schronienie przed upałem. Mamy chwilę na zadumę, jest wcześniej, jesteśmy prawie pierwszymi turystami. Mimo przyjemnego chłodu nie zostajemy tu długo, przed nami szlak przez okoliczne piramidy.
Fantazyjne kształty, piękna barwa i dookolne widoki powodują, ze warto wybrać się tą trasą. Jesteśmy daleko na południu Bułgarii. Stąd widać już Grecję i Macedonię!
Przed nami kolejne cele do zobaczenia. Chcemy odwiedzić Monaster Rilski, najbardziej znany obiekt tego typu w Bułgarii, wpisany na Listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO.
Dzisiejsze budynki to lata 1816-47, ale sam ośrodek była założony już Xw. Monaster robi na nas duże wrażenie, tym bardziej, że wokoło piękne widoki na okoliczne szczyty, to już Riła, najwyższe pasmo Bułgarii. Na dziedzińcu „polujemy” z aparatami na popów, zajętych codziennymi czynnościami. Oglądamy piękne, bajecznie kolorowe freski, zaglądamy do cerkwi.
Nasza przygoda z Bułgarią powoli dobiega końca. Jeszcze zostawiamy sobie dzień na zwiedzenie najbardziej znanych zabytków Sofii. Głównie są to budynki sakralne: Sobór Aleksandra Newskiego, Cerkiew 7 Apostołów, Cerkiew św. Petki Samardżyjskiej. Zwiedzamy również czynny meczet, wracamy do starożytnych dziejów Bułgarii w muzeum archeologicznym, jesteśmy obecni przy barwnej zmianie warty pod pałacem prezydenckim.
Warto też podkreślić o walorach kulinarnych Bułgarii, zajadamy się takimi przysmakami, jak: szopska sałata, tarator, kebapcze, banica, kaszkawał, bakława.
Wieczorem słyszymy jeszcze zawodzenie muezina na pobliskim minarecie. Żegnamy się Bułgarią. Polecamy wszystkim ten zakątek Bałkanów!!