Najbardziej burżujski wieczór w moim życiu
Ok. godz. 20.00 dnia 12 VIII 2011 r. wszedłem do hotelu „Oaza” przy ul. Zwycięstwa w Prudniku. Formalności związane z rejestracją i wjazd windą na drugie piętro (pokój 303 – jak pewien znany polski dywizjon myśliwski z II wojny światowej
Krótki rzut oka na kwaterę, telefon do rodzinki i schodzę na kolację. Jestem bardzo głodny!
W hotelowej restauracji pustki. Siadam przy stoliku blisko baru i przeglądam menu. Zamawiam smażonego pstrąga (nigdy nie jadłem!), frytki i zestaw surówek. Na obiad czekałem ok. 30 minut, ale wielkość porcji wynagrodziła tę niedogodność. Nie mówiąc o tym, że niemal spadłem z wrażenia z krzesła, gdy pani kelnerka spytała mnie, czy zjem obiad na miejscu, czy ma mi go dostarczyć do pokoju!
Jak szaleć, to szaleć – zapłaciłem 120 zł za pokój, to na gastronomię też nie będę żałował. Czas na deser! Lody
Trzeba było myśleć o spaniu, a tu niespodzianka – rozbłyski. Burza! Wchodzę na oparcie łóżka, otwieram okno w suficie
i patrzę na rozbłyski. Wiatr „ożywia” drzewo rosnące blisko hotelu. Wkrótce na powierzchni potoku i w świetle ulicznej lampy widzę krople deszczu. Burza jednak przeszła bokiem. Zawsze, gdy widzę w oddali rozbłyski, lecz nie słyszę grzmotów, obraz ten kojarzy mi się ze wspominanym przez weteranów wojennych widokiem rozbłysków spowodowanych ostrzałem artylerii – gdzieś daleko...
Zbiórka pododdziału
Budzik w komórce nastawiłem na 4.30. Zbudziłem się o 3.56 i nie mogąc zasnąć, wstałem. Prysznic, krótkie pakowanie, mycie ząbków i tuż po 5 rano zjechałem windą do holu. Zdałem kartę-klucz do pokoju, odebrałem przygotowane dla mnie na drogę śniadanie i żegnany życzeniami miłego dnia o 5.10 ruszyłem w stronę Parku Miejskiego. Nie wiedziałem, ile będę szedł. Okazało się, że tylko 10 minut. Oczywiście byłem pierwszy. W spokoju zająłem się otrzymanym „śniadaniem szturmowym” (Sturmfrühstuck)
* kanapka z żółtym serem
* kanapka z wędliną
* jogurt
* jabłko
* pomidor
Zjadłem kanapkę, jogurt i jabłko, zostawiając resztę na potem (ostatecznie pomidora dowiozłem do Wrocławia
pierwszy uczestnik. Potem kolejni i kolejni.
Przedstawianie się, powitania, sprawdzanie listy obecności, informacje techniczne, wręczenie map i pamiątkowe zdjęcie na schodach altany.
Anlauf beginn! [„Rozpocząć podejście!”]
Wystartowaliśmy o godzinie 6.09. Nikogo nie znałem (poza Andrzejem, z którym mailowałem). Zaraz po opuszczeniu parku zacząłem rozmawiać z Anią Lach – i tak do 30. kilometra trasy Ania musiała słuchać moich monologów (okresowo zamieniających się w dialog
Granica
Tym razem obyło się bez łamania szlabanów granicznych (usunięto je zresztą po Schengen)
http://imageshack.us/photo/my-images/807/sdc12330.jpg/
Ostatni będą pierwszymi
Rozmawiając z Anią szliśmy wzdłuż Svinneho potoku.
Nagle zonk – nie ma szlaku! Czarek sforsował przeszkodę wodną i zaczął szukać szlaku po jej drugiej stronie.
W międzyczasie nadciągnęły tyły i skręciły we właściwą stronę. My z Anią za nimi. Czarek dalej szukał szlaku, choć my mówiliśmy mu, żeby szedł za nami. I tu sprawdziła się w praktyce opowieść o tym, co się dzieje, gdy kobieta jedzie z mężczyzną samochodem i zgubią drogę. Czarek wolał jej szukać sam niż polegać na informacji Ani
W ten sposób z czoła kolumny wylądowaliśmy na tyłach. Pierwsze duże podejście i marsz asfaltową drogą do „U Obrazku”. Postój na rozdrożu (ach ta strzałka
Asfaltowa mordęga
Marsz asfaltem nie należy do przyjemności. Mieliśmy już „kilka” kilometrów w nogach, a teraz 5000 m trzeba było zasuwać po tym czarnym %^*&#! Wszystkim dał się on ostro we znaki (a raczej w stopy, kolana i inne stawy). Dla mnie atrakcją był koń na pastwisku, którego – po zwabieniu trawą – mogłem pogłaskać. Muszę się w końcu nauczyć jeździć konno, spełniając w ten sposób niezrealizowane marzenie jeszcze z głębokiego dzieciństwa... Może w stadninie koni w Chocimiu?
Podsumowaniem skutków zdrowotnych asfaltowego odcinka niech będzie wypowiedź Dagmary (zresztą lekarki): „lambady już dziś nie zatańczę”
Mordercze podejście
Są takie góry, o których krążą legendy, że wchodząc na ich szczyt dotyka się nosem ziemi – bo jest to tak wykańczające, albo podejście jest tak strome! Jestem w stanie uwierzyć, że taką górą jest Ostrý. Na profilu hipsometrycznym trasy szczyt nie wyglądał strasznie, ale w praktyce wycisnął z nas hektolitry potu! Oczywiście cały czas szliśmy lasem, więc nawet widoków nie było!
[Twarze Romka i Dagmary mówią wszystko o podejściu - Ostry okazał się godny swej nazwy!]
„Linia Benesza”
Moje monologi i lekkie zmęczenie nie przeszkadzały mi w rozglądaniu się dookoła – wszak pierwszy raz w życiu byłem w Altvatergebirge... pardon – w Jesenikach
I tak nagle po prawej stronie przy szlaku pojawił się mały czechosłowacki lekki schron bojowy wz. 37 (każdy miłośnik fortyfikacji urwie Wam głowę, jeśli nazwiecie to coś „bunkrem”
Nie wchodziłem doń, bo już taki zwiedzałem. Od razu można było stwierdzić, z której strony mieli przyjść Niemcy. Niemcy przyszli, ale zdobywać „Linii Benesza” nie musieli – wpadła w ich ręce bez jednego wystrzału. Choć historii nie da się przewidzieć (tyle Wam powiem jako historyk
Obok schronu było oznakowane dojście do źródełka z dobrą i chłodną wodą, więc skorzystałem z okazji i uzupełniłem zapasy. Potem goniłem resztę rajdowiczów, nie przeoczając jednak drugiego schronu (tym razem na lewo od szlaku).
Kofola
Vrbno pod Pradziadem... Zobaczyłem je po wyjściu z lasu na dużą łąkę.
Po małych zawirowaniach nawigacyjnych dotarliśmy do centrum miasta, gdzie był sklep sieci „Albert”. Zakupy! Chciałem spróbować, jak smakuje legendarna w pewnych kręgach Kofola, o której tyle naczytałem się w relacjach z Czech na forach górskich. Zakupiłem ją „na krechę” u Dagmary (dopiero w sklepie zorientowałem się, że portfel został w plecaku przy ławce z odpoczywającymi rajdowiczami; poprosiłem o kredyt z obietnicą uregulowania należności po wyjściu ze sklepu
Vorwärts! [„Naprzód!”]
Za Vrbnem Ania mogła wreszcie odetchnąć – zacząłem rozmawiać z Czarkiem. Tematów było wiele, m.in. MSSGV czyli Morawsko-Śląskie Sudeckie Towarzystwo Górskie – niemiecka organizacja turystyczna działająca w Jesenikach przed 1945 r.
Z Czarkiem „trzymałem sztamę” w zasadzie już do końca wędrówki
Wdrapaliśmy się na zbocze gór nad drogą z Vrbna do Karlovej Studenki. Idąc szeroka leśną drogą mogliśmy do woli gadać z Czarkiem. Zatrzymaliśmy się na rozdrożu pod Malą Hvězdą. Zobaczyliśmy bardzo paskudną burzową chmurę i usłyszeliśmy słabe grzmoty. Na szczęście wiatr wiał w prawo i zwiewał burzę na południe, nad Polskę
„Trzeba zadzwonić do Jarka Kreta”
Mimo że burza nam nie groziła, wkrótce spadły pierwsze krople deszczu. Po chwili była to mżawka, wkrótce potem już regularny deszcz. W pobliżu wypatrzyliśmy wiatę i tam zrobiliśmy postój.
Deszcz nasilił się i zamienił w niemal regularną ulewę. Czarek powiedział coś, w co nie chciałem wierzyć: „Może trzeba będzie zrezygnować w Karlovej Studance z dalszego marszu. Nie wejdziemy na Pradziada”. Moja pierwsza myśl: „Rozstrzelać za sianie defetyzmu!”
Już Jan Kochanowski zauważył w jednej ze swych pieśni: „Nie porzucaj nadzieje, jakoć się kolwiek dzieje, bo nie ostatnie już słońce zachodzi, a po złej chwili piękny dzień przychodzi”. Deszcz przestał padać, a potem wyszło słońce. Kurtki schowano do plecaków – szliśmy odtąd w krótkich rękawkach.
Karlova Studenka
Sedlo Hvězda to miejsce, gdzie aktyw wyprawowy musiał zadecydować, którą drogą uda się do Karlovej Studanki. Ja poszedłem za Andrzejem Dereniem. Miejscowość jest piękna, a najbardziej podobało mi się to, że można zupełnie bezpłatnie i ile się chce zaczerpnąć wody zdrojowej (w polskich kurortach sudeckich wszyscy oprócz kuracjuszy muszą za picie wody mineralnej płacić, a niech kogoś obsługa dorwie z pustą 1,5-litrową butelką!).
Jestem w Narnii!
Gdyby ktoś mnie spytał, co widzę najpierw wspominając wyprawę Prudnik-Pradziad, odpowiem: dolinę Bilej Opavy z wodospadami. Przypominała mi reglową dolinę tatrzańską, w polskich Tatrach nie ma jednak tak pięknej doliny (przynajmniej dostępnej turystycznie!) jak ta. Nasunęło mi się też skojarzenie ze Słowackim Rajem. Drogi Czytelniku! Są takie momenty, że nawet ja – gaduła jakich mało – nie znajduję słów, by opisać, co przeżyłem w górach. Jeśli nie byłeś w tej dolinie, odwiedź ją koniecznie! Jeśli byłeś – znasz uczucie, które tak trudno wyrazić mi słowami... Kilka poniższych fotek nie oddaje nawet w 10 procentach uroku tego zakątka Sudetów.
Ostatni skok
Tabliczka z wysokością 1190 m wydawała być się czymś nierealnym. To już tak blisko! Krótki postój i marsz do „Barborki”. Postój, koty, założenie polara, bo zimno („To jest ta słynna szarotka na rękawie?”) i marsz. Ostatnie kilometry... Są jakieś widoki. Czarek tłumaczy mi co widać. Chyba nawet jest Śnieżnik!
Wieża na Pradziadzie!
Rośnie w oczach, jest coraz bliżej...
Okrążamy szczyt. Ja z Czarkiem robimy rundkę dookoła. Wieża przypominała mi Patentonię, stolicę Wyspy Wynalazców w filmie „Podróże Pana Kleksa”, zajętą przez oddziały robotów Wielkiego Elektronika (nieodżałowany Henryk Bista!). Świetna piosenka „Marsz robotów” (http://www.youtube.com/watch?v=QDBNMbJ8MBU) jest dla mnie do dziś aktualna („wyłącz serce – włącz komputer!”). Kiedyś bajki niosły jakieś przesłanie dzieciom...
„Zwycięstwo należy do tych, którzy wierzą w nie najdłużej. My uwierzyliśmy!”
12 godzin 51 minut – tyle trwał dla mnie marsz spod altany w prudnickim parku na najwyższy szczyt Hrubego Jesenika. Równo o godzinie 19.00 byłem na Pradziadzie. W restauracji schroniskowej zjadłem smażony ser (pierwszy raz w życiu ) z frytkami, a gardło przepłukałem kufelkiem... zimnej Kofoli
W holu był jeszcze toast szampanem za sukces wyprawy,
rozdanie certyfikatów dla tych, którzy dotarli na szczyt (bardzo miła pamiątka), pamiątkowe zdjęcia na schodach i ruszyliśmy do Ovčarni, gdzie czekał na nas bus. Była pełnia Księżyca i ziemski satelita świecił jasno.
„W wieczornej ciszy unieśmy się nad górami – tam odnajdziemy spokój”
Zejście było krótkie. Wieża oddalała się.
Zapalono jej oświetlenie.
Po tym, jak wszyscy dotarli na parking, ruszyliśmy busem do Prudnika. W busie część osób chyba przysypiała - w końcu byli na nogach ponad 16 godzin, z czego większość w marszu - zmęczenie dawało się we znaki. Ja niezmordowanie rozmawiałem z Czarkiem, a tematem nr 1 były dowcipy, które na zmianę opowiadaliśmy - ku uciesze nieśpiących lub rozpaczy próbujących zasnąć
Do Prudnika dojechaliśmy ok. godziny 22. Wyprawa dobiegła końca...
To nie koniec, to początek!
Kiedyś ktoś napisał, że największą wartością wypraw w góry nie są widoki, zaliczane szczyty etc. ale ludzie, z którymi wędrujesz i rozmawiasz. Wyprawa Prudnik-Pradziad, poza niewątpliwym sukcesem turystycznym w postaci zdobycia Dachu Jeseników, była dla mnie przede wszystkim okazją do spotkania wspaniałych ludzi. Jeśli więc ktoś pyta mnie: „Po co chodzisz w góry? Musisz udowodnić, że chodzisz dalej, szybciej i wyżej niż inni? To Cię kręci?”, odpowiem cytatem, który jest umieszczony na tablicy ku czci Hermanna Henkla w Górach Sowich:
„W górach znów jestem prawdziwym człowiekiem.
Tam stajemy się braćmi, a wszystko co błahe i złe opuszcza nas”...
Spotkałem się z wieloma objawami życzliwości. Trudno za wszystkie podziękować, gdyż podziękowania byłyby chyba dłuższe niż ta relacja. Ryzykując, że niechcący kogoś pominę, pragnę podziękować:
Andrzejowi Dereniowi – za to, że zainicjował bieg zdarzeń, w rezultacie których zawitałem do Prudnika (ogłoszenie o IX PMP), za wskazówki dotyczące noclegu, za rozmowy na trasie (zwłaszcza za zwrócenie uwagi na tablicę na wieży prudnickiego ratusza wychwalającą pewnego władcę Prus
Romanowi Gwoździowi – za współorganizację rajdu, nieoczekiwaną pomoc z noclegiem z soboty na niedzielę (dowód ogromnego zaufania, o którym nigdy nie zapomnę!), za obiadokolację i prysznic, za eskortę na dworzec PKS i za rozmowy
Czarkowi Olechnie – za rozmowy o Jesenikach, objaśnianie panoramy, poczucie humoru (dowcipy w busie w drodze powrotnej, ale nie tylko!), za tempo i za to, że mogłem go poznać
Ani Lach – za rozmowy, poczucie humoru, cierpliwość w wysłuchiwaniu moich monologów i za to, że jak na urzędniczkę skarbówki jest bardzo miła
Dagmarze Miszczyk – za to, że się nie poddała i doszła na Pradziada, za rozmowy i za to, że pożyczyła mi korony (to ile to było?) na Kofolę w Vrbnie. Mam wyrzuty sumienia, że nie uregulowałem długu! Może we wrześniu?
Stachowi Stadnickiemu – za Jarka Kreta, ostre tempo i poczucie humoru
Pawłowi Bochenkowi – za to, że nie byłem jedynym Pawłem na wyprawie
Wszystkim pozostałym – za to, że byliście, że Wam się chciało...
Już nie żałuję, że nie pójdę za miesiąc na Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej (choć może szkoda, bo z Czarkiem na pewno dobrze by mi się szło
Epilog czyli co było w niedzielę 14 sierpnia
Zbudziłem się po 6 rano, bez zakwasów, bez bolących stawów. Do południa, poza udziałem we Mszy Św. w przepięknym barokowym kościele św. Michała Archanioła, zwiedzałem Prudnik, który nazwałem "małym Salzburgiem". Z Wieży Woka podziwiałem przed godziną 11 m.in. odległy szczyt Pradziada
O 13.10 odjechałem PKS-em z prudnickiego dworca autobusowego. Zanim jednak dotarłem do swego domu, odwiedziłem znajomą pod Oławą - bo nie samymi górami i historią żyje człowiek

