Wyruszamy przed piętnastą więc nie mamy zbyt wiele czasu aby za dnia dojść na Szczeliniec do schroniska. Mam ze sobą namiot ale jednak udaje nam się doczłapać na szczyt (już po zapadnięciu zmroku). Pierwszy dzień zawsze jest dla mnie najbardziej męczący - zwłaszcza po tym jak się ostatni etap jazdy PKSem przesiedziało z gadającymi do siebie o wszystkim i o niczym gimnazjalistami słuchającymi na głos najnowszych hitów muzycznych w telefonach.
W schronisku na szczycie już kiedyś popasałem. Wypijamy parę piwek, jem żurek (już tak mam, że w każdym napotkanym schronisku muszę go zamówić i porównać smaki). Ogólnie to schronisko owe ani mnie nie ziębi ani nie darzę go jakimś wielkim sentymentem. Drogo jest, stąd też może moja obojętność.
Na drugi dzień pogoda jest trudna do sprecyzowania. Ni to chmury, ni to słońce, deszcz nie pada - i dobrze. Docieramy późnym popołudniem do Kudowy i wynajdujemy nocleg w Domu Wypoczynkowym "Wrzos" zaraz po zejściu czerwonego szlaku do tejże miejscowości. Co ciekawe ów dom figuruje pod tą samą nazwą co w przewodniku po Głównym Szlaku Sudeckim z 1987 r. W planach mieliśmy nocować znacznie dalej pod namiotem przy ruinach zamku Homole... ale nie wyszło. Sporo czasu zajęło nam przeciskanie się przez Błędne Skały z plecakami. Na wieczór pochodziliśmy trochę po Kudowie, podjedliśmy, podpiliśmy... i się zrobił kolejny dzień.
Dzień mgielny - przynajmniej od rana. Widoczność spadła do kilku metrów po opuszczeniu miasta. Na całe szczęście dla naszych spragnionych widoków oczu, około jedenastej godziny mgła się podnosi i dzień mgielny przeradza się w dzień słoneczny - nawet bardzo słoneczny i piękny.
Docieramy o godzinie osiemnastej do schroniska pod Muflonem. Dzwonimy, pukamy - nikt nam nie otwiera choć daje sobie głowę uciąć, że kątem oka zauważyłem znikającą w oknie głowę. Na piętrze pali się światło. Dopiero po pół godzinie wychodzi "Pan". Pan inkasuje nas za nocleg, daje wrzątek i dwa grzane piwa z sokiem i zamyka bar - bo kuchnia już nieczynna a on cyt.; "Mam pełno roboty na górze"
Rano z "Panem" umówiliśmy się na "przed dziewiątą" po wrzątek. Oczywiście "Pana" nie ma. Po dziewiątej przyjeżdżają robotnicy, którzy robili coś na dachu i zapytani o właściciela odpowiadają, że zapewne jeszcze śpi. Koło dziesiątej przychodzi przeciwieństwo "Pana" - "Pani". Pani jest bardzo miła, daje nam wrzątek, pyta o drogę, zagaduje... zupełne przeciwieństwo.
Dzisiejszy cel - schronisko Jagodna. Mam świadomość że przed nami kawał drogi, jednakowoż po cichu mam nadzieję, że uda nam się na Autostradzie Goringa złapać jakiegoś stopa - tym bardziej, że jak już weszliśmy na drogę pogoda się zepsuła (od rana było pięknie) i zaczął mżyć deszczyk i wiać nieprzyjemny deszcz.
No i idziemy. Idziemy i idziemy. Idziemy i naszego "idzienia" nie widać końca. Samochodów jak na lekarstwo to raz, a dwa w pewnym momencie z lasu wyszedł jakiś grzybiarz za nami, stanął na drodze, wyciągnął rękę i... złapał stopa, który w założeniu miał być nam przeznaczony! Przeklinam go siarczyście po czym... idziemy dalej.
Jak to dobrze, że mamy się czym rozgrzewać po drodze.
W końcu mamy to szczęście. Zlitowali się nad nami jacyś budowlańcy i podrzucili nas do Zieleńca - zawsze to parę kilometrów mniej do deptania po asfalcie. Sam Zieleniec sprawia wrażenie miasta wyludnionego, albo nie, inaczej napiszę - pełnego budowlańców przygotowujących ośrodki na sezon zimowy, a pozbawionego wszelkich innych ludzi. P.S schronisko w Zieleńcu jest nieczynne. Nie mamy gdzie napić się grzanego piwa. Więc co nam pozostało? Ano nic, idziemy dalej. Od Zieleńca w kierunku Lasówki ruch jest jeszcze mniejszy niż do Zieleńca od strony Kudowy. Dlatego też do Lasówki nikt nas nie podwozi. Stajemy pod kościołem, robimy przerwę i żarliwie prosząc Opatrzność o cud, czekamy na okazję.
I ta w końcu nadchodzi. Aż pod same schronisko "Jagodna"
Gościmy w nim pierwszy raz, od pół roku są nowi właściciele więc nie mam żadnego porównania z tym jak było kiedyś i jak jest teraz. Nie chcę robić na forum Bóg wie jakiej reklamy schronisku, jednak jestem zmuszony napisać, że bardzo mi się tam podobało. Począwszy od jedzenia (pyszne zasmażane pierogi ruskie), poprzez bardzo oryginalną właścicielkę (a dokładniej jej poczucie humoru oraz charakter), dalej; muzykę puszczaną w sali (uwielbiam Dikande i album Cztery Strony Wschodu), po psy, kota i ciepłe grzejniki. Na wieczór można było posiedzieć do późna w sali, napić się z wyżej wymienioną właścicielką, porozmawiać na tematy górsko-schroniskowe i wymienić się doświadczeniem. Oby tak dalej.
A ostatni dzień to zielonym szlakiem do Bystrzycy Kłodzkiej na pociąg. Nudno tak jakoś, nieciekawie - bo do domu trzeba jechać...
Wszystkie zdjęcia tutaj;
https://picasaweb.google.com/1157835289 ... ystrzyckie
