SPRAWOZDANIE Z WYJAZDU
Od czasu, kiedy Gar zamieścił sprawozdanie ze swojej wyprawy do Kotliny Kłodzkiej planowałem zrealizować taki wyjazd z kilkoma przesiadkami w Sudety Zachodnie, no i wreszcie się udało. Co prawda od tego czasu liczba pociągów w tamtym kierunku znacznie spadła, ograniczając tym samym możliwości kombinowania na trasie.
Piątek, 20.04.07r.
Z uwagi na to, że ostatni autobus do Poznania mam o 20:46, a pociąg do Wałbrzycha odjeżdża z Poznania o 2:50 postanowiłem uniknąć bezsensownego koczowania na dworcu i pojechałem wcześniej odwiedzając przy okazji rodzinę w Lesznie, ale już korzystając z dobrodziejstwa biletu turystycznego.
Sobota, 21.04.07r.
2:45 pobudka, szybka toaleta, poranna, a właściwie nocna kawa i w drogę! Idąc przez centrum Leszna nie spotykam nikogo. Kompletna cisza, słyszę tylko stukanie własnych butów o chodnik. To jest ta pora, kiedy najbardziej wytrwali imprezowicze już padli, a ranne ptaszki jeszcze nie wstały. Pospieszny z Gdyni ma zaledwie kilka minut spóźnienia. Rozsiadam się wygodnie w ciepłym przedziale z jednym tylko współpasażerem. We Wrocławiu pozostaje sam i beztrosko czekam na odjazd pociągu. Tymczasem konduktorka stuka do okna i stanowczym - Wrocław Główny - wyrywa mnie z letargu. Wiem, że Wrocław Główny odpowiadam i siadam z powrotem. Pani jednak nie ustępuje. Wrocław Główny, ten pociąg dalej nie jedzie. A to nie jest do Jeleniej Góry - pytam zaskoczony. Jest, ale tylko trzy ostatnie wagony. Szybko się przesiadam i do Wałbrzycha podróżuję już bez przeszkód.
O 8:00 wyruszam z pod słynnej tęczy, którą bodajże JP prezentował w zagadkach, kierując się czerwonym szlakiem na Borową. Czuję ożywczy chłód, niebo jest czyste, po wczorajszym wietrze nie ma śladu. Zapowiada się ładny dzień. Zatem w drogę. Przechodzę pod słynnym wiaduktem i po chwili szlak wyprowadza mnie na ładną łączkę i dalej do lasu, cały czas łagodnie pod górę. Po kilkunastu minutach wędrówki drogę tarasuje mi powalony dorodny świerk. Postanawiam z tej przeszkody uczynić ławeczkę, bo czuję, że to jest właściwa pora na śniadanie. Pieczołowicie przygotowane wczoraj kanapki kończą zgodnie ze swoim przeznaczeniem.
Cisza, słychać tylko śpiew ptaków. Można by tak siedzieć długo, ale czas ruszać w drogę. Łagodna początkowo ścieżka staje się coraz bardziej stroma.
O 9:10 jestem na Borowej. Sam szczyt, to nic nadzwyczajnego. Nie ma żadnych widoków ani nawet oznakowania. Znalazłem tylko trochę porzuconych butelek i ślady po ognisku.
No ale jakby nie było, zaliczyłem jeden ze szczytów Korony Sudetów!
Jeśli gdzieś w Sudetach jest potrzebna wieża widokowa, to chyba najbardziej właśnie tutaj.
Na Borowej.
Po chwili odpoczynku ruszam dalej czerwonym szlakiem. Z tej strony jest o wiele bardziej stromo.
Miejscami trzeba się przytrzymywać drzew. Po kilku minutach schodzę na wyjątkowo urokliwą drogę. Skręcam w lewo razem z czerwonymi znakami. Z prawej strony między słabo jeszcze ulistnionymi drzewami (chyba bukami) można zobaczyć Wielką Sowę. Docieram do Przełęczy Pod Borową i dalej idę żółtym szlakiem. No i wreszcie spotykam pierwszego wędrowca i jedynego na tej trasie, który jak się okazało po chwili rozmowy maszerował dziarsko na Sokolec i dalej do Walimia. Ja tymczasem docieram na Przełęcz Kozią.
Widok z Przełęczy Koziej na wschód.
W tym miejscu, ulegając już mocno urokowi gór, zamiast podążać dalej żółtym szlakiem w kierunku Góry Zamkowej, poszedłem dalej szlakiem rowerowym. Zanim się zorientowałem, uszedłem już spory kawałek. Próba powrotu nie miała najmniejszego sensu. Nic to myślę sobie, podejdę na krechę do Zamku Nowy Dwór. Jednak droga, którą schodziłem miała sporo zakrętów i mylnie oceniłem, że Góra Zamkowa jest po lewej stronie, a niestety była po prawej. Strome podejście między gęstymi drzewami i krzakami kosztowało mnie sporo czasu i sił. W efekcie wylądowałem z powrotem na czerwonym szlaku, którym podchodziłem na Borową. Po chwili refleksji i złapaniu oddechu stwierdziłem, że jednak tym razem zamek Nowy Dwór pozostanie niezdobyty i powinienem w miarę szybko schodzić do Wałbrzycha, żeby zdążyć na planowany pociąg. Jeszcze tylko chwila relaksu na łączce.
Widok na Chełmiec z czerwonego szlaku na Borową.
Schodzę dalej szlakiem, którym wchodziłem. Na dworcu jestem 10 minut przed czasem. Z ciekawości przechodzę jeszcze przez wnętrze budynku dworca. No cóż, jego stan bardzo przypomina stan przemysłu w tej okolicy.
Siadam na ławce i cierpliwie czekam na przyjazd pociągu. Wreszcie „Kamieńczyk” dociera z 15 minutowym opóźnieniem. Z Wałbrzycha wyjeżdżam o 11:25.
O 12:35 wysiadam w Janowicach Wielkich. Nie tracąc czasu od razu kieruję się zielonym szlakiem na Zamek Bolczów. Droga prowadzi zabytkową aleją jarząbów. Po drodze trafiam na otwarty sklep spożywczy. Za niespełna 6 PLN zostaje szczęśliwym właścicielem dwóch bananów i słoika z bliżej nieokreśloną zawartością i napisem gołąbki. Tak zaopatrzony, odważnie ruszam dalej. Za leśniczówką droga wkracza do lasu. Po chwili spostrzegam, że góra jest oblegana przez nieprzeliczone zastępy harcerzy. Są wszędzie. Nad strumyczkiem, który właśnie przekraczam, na linach rozwieszonych między drzewami, siedzą na skałach, czają się za krzakami, maszerują drogą, są nawet na zamku, na który niebawem docieram. Całe oblężenie traktują bardzo poważnie, o czym świadczą rozciągnięte kable telefoniczne, które spotkałem dwukrotnie na drodze.
Na Zamku Bolczów.
Chwila odpoczynku i idę dalej czarnym szlakiem. Pozostawiając za sobą cały zgiełk, znowu wędruje samotnie. Po około 15 minutach docieram do niebieskiego szlaku. Eleganckie miejsce odpoczynku przypomina mi, że to już pora obiadu.
Rozsiadam się wygodnie i zawartość słoika spotyka podobny los, jaki spotkał banany na podejściu pod zamek.

.
Miejsce mojego obiadu.
Pokrzepiwszy się ruszam dalej niebieskim szlakiem w kierunku Starościńskich Skał. Niestety powtarza się sytuacja z Borowej. Gubię niebieskie znaki. Korzystając z mapy, zegarka i pięknie świecącego słońca ustalam kierunek marszu południowo-zachodni i schodzę na drogę biegnącą z Janowic Wielkich odkrywając przy okazji ziemiankę.
Ziemianka gdzieś w lesie.
Wychodzę w końcu na drogę, ale odszedłem spory kawałek od niebieskiego szlaku i muszę teraz nadrabiać trasy i to jeszcze pod górę. Spotkani skałkowcy pokazują mi na mapie, gdzie dokładnie jestem.
Skałki gdzieś w Rudawach Janowickich.
Wracam w końcu na niebieski szlak i docieram do Starościńskich Skał, wyprzedzając po drodze szkolną wycieczkę.
Starościńskie Skały.
Nie mam niestety czasu na wdrapywanie sie na skałki i podziwianie widoków. Dochodzę do wniosku, że Rudawy Janowickie, to nie są góry na jedno popołudnie. Spokojnie przez tydzień byłoby tu gdzie chodzić. No nic ruszam dalej w kierunku Sokolików. W końcu ukazują się na horyzoncie w pełnej krasie.
Krzyżna Góra i Sokolik.
Przez spóźnienie pociągu i zgubienie szlaku straciłem zbyt dużo czasu, aby iść do Szwajcarki i na Krzyżną Górę. Ciągnące w tamtym kierunku tłumy i sporo samochodów na parkingu na Przełęczy Karpnickiej upewniają mnie, że lepiej sobie odpuścić to mrowisko. Dochodzę zatem niebieskim szlakiem do żółtego (będąc zaledwie o 5 minut drogi od Szwajcarki) i schodzę do Trzcińska. Po drodze odpoczynek i chwila kontemplacji na łące.
Skałki na Sokoliku.
Schodzę dalej do Trzcińska. Po drodze sielskie widoki, krowy pasące się na łąkach. Przekraczam most na Bobrze, mijam wieś i w szczerym polu wychodzę na tory kolejowe. Nie za bardzo mi wygląda to miejsce na stacje kolejową. Widzę jednak dwóch panów siedzących pod mizerną wiatą. Podchodzę i wypowiadam łamaniec - dzień dobry czy to stacja Trzcińsko? Panowie potwierdzają. Po kilku minutach nadjeżdża pociąg z ledwie 3 minutowym opóźnieniem. O 17:08 jestem w Jeleniej Górze. Okazuje się, że trochę nie doszacowałem odległości między PKP a PKS. Idąc w kierunku na PKS zauważyłem, że w Jeleniej Górze ulica 1 Maja nie awansowała jeszcze na 3 Maja, rynek wygląda na czysty, zadbane elewacje. Autobus o 17:15 odjechał, następny mam o18:00. Pozostało pół godziny, akurat na wypicie gorącej herbaty z cytryną w całkiem schludnym barze dworcowym. W Szklarskiej Porębie Górnej jestem o 18:40. Kupuję sobie jeszcze dwie drożdżówki w cukierni koło przystanku i maszeruję na kwaterę. Tutaj spotyka mnie miła niespodzianka. Ponieważ akurat jest tzw. martwy sezon nocleg kosztuje tylko 15 PLN, a w pokoju mam czajnik, telewizor i widok na ośnieżoną Szrenicę. Nie mam już siły nigdzie chodzić. Prysznic, drożdżówka z herbatą i o 21 zasypiam.
Ciąg dalszy nastąpi...