Sobota, 26.05.2007r.
Po nie przespanej nocy punktualnie o 6:00 pojawiam się w umówionym miejscu kolo Dworca PKP we Wrocławiu. Niebawem podjeżdża Apollo wraz z uroczą żoną. Tak oto poznaję w realu najaktywniejszego użytkownika tegoż forum. Ruszamy dalej po Kierownika wyprawy Mariomara i znajomych Apolla z poza forum, którzy podróżują drugim samochodem. Razem jest nas siódemka.
Jestem jedynym „pyrusem” wśród szóstki Wrocławian, ale muszę przyznać, że czuję się w tym towarzystwie wyjątkowo dobrze. Przy okazji pozdrawiam wszystkich uczestników wyprawy.
Tankowanie paliwa i jedziemy trasą powrotu z pierwszego wyjazdu. Po drodze zwiedzamy jakieś ruiny poszukujemy kantoru po obu stronach granicy, robimy zakupy (pada propozycja, aby pojechać na zakupy do Pragi, która jest tylko żartem i tak tez zostaje odebrana) w końcu 11:40 stajemy koło Chaty Łuż. Teraz nasi kierowcy realizują bardzo prosty i jednocześnie genialny pomysł. Wysadzają nas i jadą samochodami na koniec naszej marszruty przez Góry Łużyckie, po czym zostawiają jeden samochód na końcu trasy i wracają drugim. Po przejściu trasy będą mieli czym wrócić po samochód zostawiony na początku trasy. Tym sposobem możemy wędrować liniowo!
Tymczasem w Chacie Łuż mamy pierwszy kontakt z czeskim browarem. Przy schronisku odkrywamy ciekawy obiekt.
Zemsta grafficiarza na „zemście Honeckera”.
O 12:20 w końcu wyruszamy czerwonym szlakiem na ŁUŻ (792) . Najpierw łagodnie leśną dróżką a później zakosami kamiennej ścieżki ostro pod górę wspinamy się na wierzchołek.
Pierwsza dominanta na wyprawie i jednocześnie Szczyt Korony Sudetów zdobyty!
Na wierzchołku Łuża.
Podziwiamy widoki i wpisujemy się do pamiątkowej „Księgi Zdobywców” umieszczonej w blaszanej skrzynce.
Widok z Łuża na Łużyce.
Na szczycie znajduje się maszt i ruiny karczmy, która spłonęła w 1946 roku w tajemniczych okolicznościach. W pozostałościach tej karczmy działa bufet, który od strony niemieckiej - mówiąc łagodnie - prezentuje się dosyć nieciekawie, co widać na poniższym zdjęciu.
Teraz właśnie schodzimy na niemiecką stronę ostro w dół do niebieskiego szlaku. Dalej idziemy niebieskim szlakiem, potem niebieskim i czerwonym łagodnie drogą przez las. Spotykamy pełno spacerujących Niemców. Pewną wesołość wywołuje u nas fakt, że na swoje górskie pikniki zabierają nawet kieliszki. Czerwonym szlakiem odbijamy w stronę granicy i docieramy do niewyraźnych ruin Zamku Falkenstein przy piaskowcowych skałkach.
Nasz człowiek pająk na skałkach!
Dalej idziemy wzdłuż granicy, po czym przechodzimy na czeską stronę. W sobie tylko znany sposób leśnymi ścieżkami i zaroślami Mariomar doprowadza nas na PLESIVEC (652). Druga dominanta zdobyta! Dużym zaskoczeniem, szczególnie dla tych którzy poszukiwali Skopca, Kłodzkiej Góry czy Wysokiej Kopy musi być fakt, że wierzchołek jest oznakowany.
Plesivec
Idąc dalej leśnymi ścieżkami docieramy do Krompach. Przed nami otwiera się piękny widok na
HVOZD (749) – następny cel wędrówki.
Po drodze natrafiamy na pensjonat, który jak się później okaże będzie miejscem naszego noclegu. Podczas chwili odpoczynku zainteresowany naszymi mapami dosiada się do nas pewien starszy Niemiec. Znajomość niemieckich nazw geograficznych Sudetów przez Mariomara sprawia naszemu gościowi dużą przyjemność. Pewnie posiedziałby z nami długo, gdyby nie to, że ruszamy żółtym szlakiem na niemiecką stronę, skąd dalej wchodzimy na Hvozd, a właściwie na Hochwald, bo tak nazywa się niemiecki wierzchołek z wieżą widokową, który jest o 5m niższy niż czeski Hvozd.
Hochwald
Widok z Hochwaldu na Velky Vapenny i Jested.
Przechodzimy teraz na czeską stronę.
Schronisko na Hvozdzie.
Tutaj duże zaskoczenie, bo schronisko też jest niemieckie. Wysokie ceny i kiepskie menu wyganiają nas stamtąd, tym bardziej że musimy uciekać przed nadciągającą burzą.
Trochę zmoknięci docieramy czerwonym szlakiem do Krompach, przekraczając kolejny już raz granicę niemiecko-czeską. Nasi kierowcy kończą opisany wcześniej manewr samochodowy i jedziemy do miejsca noclegu.
Sympatyczna atmosfera, w sumie niedrogo, gorąca woda obsługiwał nas bardzo miły Czech. Biesiadowaliśmy tak sobie, korzystając kolejno z jedynej kabiny prysznicowej. Właściwie jedynym mankamentem był fakt, że tamtejszy kucharz z całą pewnością nie oglądał programów o gotowaniu Kuronia czy Makłowicza. No i ciekawostka za śniadanie zapłaciłem więcej niż za obiad!
cdn...