TRASA
Przystanek PKS w Jodłowniku – Wigancicka Polanka (leśnymi drogami bez znaków, dalej GSS-em) – Kalenica – Zimna Polanka – Przełęcz Jugowska (chaszczami bez znaków) – Wielka Sowa – Schronisko Sowa (nocleg) – Schronisko Orzeł – Przełęcz Sokola – Sokół (bez znaków) – Masyw Włodarza (powrót na GSS) – Jedlinka – Grzbiet Jałowca ( grzbietem bez znaków) – niebieskim szlakiem na Przełęcz Kozią – nieznakowaną drogą na PKP Wałbrzych Główny.
Z początku przedzieramy się leśnymi drogami, które Mario znajduje na swoich mapach topograficznych. Niktu znający Maria z wielu wędrówek nazywa ten sposób chodzenia „chaszczowaniem”. W końcu docieramy na normalny szlak, którym wędrujemy na Kalenicę.
Po drodze musimy czmychać przed pędzącymi motocrossowcami.
Na Kalenicy wiatr omal nas nie zrzucił z wieży, ale za to piękne widoki:
na Góry Bystrzyckie i Orlickie,
na Masyw Śnieżnika
i na Wielką Sowę.
Wiata przy wieży okazała się być zamieszkana!
Idziemy dalej, po drodze spotykamy jednego z miejscowych.
Za Kalenicą powiedziałem, że tutaj teren jest już mi znany, bo chodziłem tędy. Obym nigdy nie wypowiedział tych słów. Już za chwilę przekonałem się, jak bardzo się myliłem. Od Zimnej Polanki Mario poprowadził nas taką trasą, że „udało nam się” ominąć zarówno Zygmuntówkę jak i nowe schronisko na Rymarzu. Przedzieraliśmy się przez jakieś ogrodzenia drabinki i powalone drzewa. Przy okazji dwa niegroźne wypadki – Mario spadł z drabinki a Niktu skaleczył się drutem z ogrodzenia. To nieudane zdjęcie obrazuje w pewien sposób jak „rozmyta i niewyraźna” była nasza droga tutaj.
Mijamy wreszcie przełęcz Jugowską. Kolejna wiata zamieszkana.
Podwójnie zakwaterowani.
Dalej już idziemy prosto czerwonym szlakiem i o 20:40 docieramy trochę zmoknięci ( bo właśnie zaczęło padać) na Wielką Sowę. Zdobywamy jedynego „tysięcznika” na wyprawie.
Wiata na szczycie znowu zamieszkana!
Musimy szukać noclegu dalej. O 21:00 docieramy do Schroniska Sowa, gdzie zostajemy na nocleg za jedyne 20 zł. Serwują tu bardzo dobre pierogi ruskie za 8 zł. Na pewno można polecić to miejsce.
W Schronisku Sowa.
Niedziela
Pobudka o 7:30, są pewne problemy z wybudzeniem Niktu – chyba to jest dla niego jeszcze zbyt barbarzyńska pora. Mario proponuje abym do niego mówił. Faktycznie to pomaga. Jemy śniadanko i jakoś tak nie możemy się rozstać z tym sympatycznym miejscem. Wreszcie o 9:00 ruszamy w drogę.
Opuszczone pensjonaty koło Schroniska Sowa.
Schodzimy dalej do Schroniska Orzeł.
Bardzo ładnie zagospodarowane miejsce. Mnóstwo różnych tarasów, miejsc do siedzenia, miejsc na ognisko i nawet boisko! Po ostatnim remoncie drogi da się tu wjechać samochodem z Przełęczy Sokolej, co już nie wszystkim musi się spodobać. Za to na Przełęczy Sokolej o połowę spadły ceny parkingów strzeżonych.
Widok z jednego z tarasów koło Schroniska Orzeł.
Piwnica w Schronisku Orzeł.
Dalej wchodzimy na Sokoła.
Widok na Przełęcz Sokolą.
Widok ze stoku Sokoła na Góry Kamienne i Wałbrzyskie.
Gdzieś w masywie Włodarza trafiamy na szopopaśnik.
Pierwszy raz widzę coś takiego na własne oczy. Zachwycam się tym ulubionym miejscem noclegu niektórych użytkowników forum niczym małe dziecko. Na Włodarzu robimy sobie mały piknik. Tutaj i ja mam drobny wypadek, upuszczając aparat Mariomara. Mario sorry, ale ciapa ze mnie. Mam nadzieję, że zdjęcia jednak wyjdą. Idąc dalej czerwonym szlakiem ( w międzyczasie trochę chaszczowania) docieramy do Jedlinki, przekraczając po drodze mostek na Bystrzycy.
Tutaj Mario się z nami rozstaje, a my po odwiedzeniu jedynego sklepu na szlaku idziemy dalej docierając z pewnymi perturbacjami na Przełęcz Pod Wawrzyniakiem i dalej wędrujemy grzbietem Jałowca. Znowu chaszczujemy. Chociaż Maria nie ma z nami, jednak wędrujemy w duchu Maria. Można by powiedzieć, że jego duch wędruje z nami. W sumie jest to bardzo fajny odcinek trasy. Miejscami ładne widoki na południe – na Góry Kamienne.
Na Jałowcu.
Idąc cały czas grzbietem Jałowca docieramy w końcu do niebieskiego szlaku, którym kierujemy się na Kozią Przełęcz. Po drodze piękna panorama Gór Kamiennych.
Na ostatnim zdjęciu widać na horyzoncie Karkonosze a za drzewami Rudawy Janowickie. Przez lornetkę można stąd zobaczyć schronisko na Śnieżce. Idąc dalej trafiamy na kolejny szopopaśnik jeszcze bardziej wypasiony, jednak nie mamy już czasu, aby przyjrzeć mu się z bliska. Dalej szlak pięknie trawersuje Borową. Między drzewami po prawej stronie można dostrzec Wielką Sowę. Z Koziej Przełęczy chcieliśmy iść szlakiem żółtym ale znowu nie udało mi się na niego trafić, chociaż tym razem Niktu wybierał drogę. Chyba musi tam być jakiś błąd w oznakowaniu. W efekcie na dworzec Wałbrzych Główny docieramy nieznakowaną drogą spacerową (spotykamy kilka osób na niedzielnym spacerku). Na dworcu jesteśmy o 16:55 – 11 minut przed odjazdem pociągu. Toaleta zamknięta – nie ma nawet gdzie się odświeżyć.
W pociągu prowokacyjnie żartuję, że po co mi było jechać tak daleko i tak się umęczyć. Wiem jednak, że za niedługo znowu wyruszę w góry.
To by było na tyle, tak mniej więcej w skrócie.
Może Niktu coś jeszcze dorzuci.
